Ks. Łukasz Kamykowski

Co nas obchodzi Auschwitz?

(Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, 19.03.2005)

Wątpliwość

Pytanie w tytule zostało postawione prowokacyjnie w sposób zamierzony. W sposób mniej lub bardziej wyraźny może ono bowiem pojawiać się dziś w Polsce w różnym znaczeniu, w zależności od tego, kim są ci, których ono nurtuje. Warto je sobie wyraźniej uświadomić, gdyż wybór tekstów, stanowiących materiał do naszej refleksji, jest próbą szukania odpowiedzi pogłębiającej rozumienie wagi tego miejsca dziś.

To tak dawno temu

Po pierwsze, dla młodego pokolenia wątpliwość coraz bardziej wynika z samego upływu czasu: mogą sobie myśleć: „To tak dawno temu. Życie toczy się dalej, są nowe problemy, nowe dramaty ludzkie; mało kto już to pamięta”. Rzeczywiście, coraz mniej jest wśród nas takich, których by to dotykało z odczuwalnych względów rodzinnych (jako tragedia rodziców, czy nawet dziadków). Coraz bardziej wydaje się to rzecz dla historyków, którzy zresztą w ostatnich dwóch dziesięcioleciach dość gruntownie zmienili nasz obraz tego obozu. Ponieważ nie jest to sprawa naszego pokolenia, łatwo nam myśleć, że te czasy już minęły – nie my jesteśmy temu winni, co się tu stało. Może oburzać łączenie nas z tą ogromną winą z odległej już przeszłości i łatwo nam wzruszać ramionami: nie my jesteśmy winni tej krwi.

Nie myśmy temu winni: nie my – chrześcijanie

Ale w polskim kontekście próba odcięcia się, puszczenia w niepamięć tego, czym jest były obóz Auschwitz-Birkenau może mieć też inne podłoże. Można nie chcieć przyjąć odpowiedzialności za tę przeszłość w ramach własnej społeczności wyznaniowej lub narodowej.

Z jednej strony oburza nas łączenie Auschwitz z odpowiedzialnością chrześcijańską – pamiętamy w Polsce na ogół dobrze, że ginęli tu księża, zakonnice – pamiętamy św. Maksymiliana i św. Teresę Benedyktę. Auschwitz dla nas – to dzieło ateistycznego nazizmu, kpiącego z chrześcijaństwa i judaizmu, nienawidzącego Boga Objawienia. Inaczej niż w Niemczech, nie dociera do naszej świadomości, że wielka liczba wykonawców zbrodniczych planów Hitlera i jego ekipy to nasi współwyznawcy, którzy nigdy w sposób świadomy nie wyrzekli się swojej przynależności chrześcijańskiej czy to ewangelickiej, czy to katolickiej.

Nie myśmy temu winni: nie my – Polacy

Z drugiej strony – absolutnie nas oburza łączenie zbrodniarzy z Auschwitz z odpowiedzialnością Polaków – nasi przodkowie byli więźniami – „męczennikami Oświęcimia”… Oświęcim był dla nas przez parę dziesiątków lat wręcz jednym z głównych symboli losu naszego narodu w okresie hitlerowskiej okupacji i jako taki był dla nas czymś niezmiernie ważnym. Pamiętaliśmy obóz Auschwitz tylko przez pryzmat tego, czym był w pierwotnym zamierzeniu i początkach realizacji: narzędziem terroru i ujarzmienia świeżo podbitego narodu. Mieliśmy raczej mgliste wyobrażenie tego, czym stał się w dwa lata potem: głównym narzędziem zagłady Żydów…

Nie nas tu mordowano: to chodziło o Żydów

Ale ostatnie wyjaśnienia historyków, zachwiawszy ten nasz obraz przez uściślenie statystyki ofiar, spowodowały jeszcze jedną przyczynę możliwego dystansu Polaków wobec sprawy Auschwitz: skoro 90% ofiar to Żydzi – Auschwitz przestaje być symbolem męczeńskiej Polski naszych przodków – lepiej zwrócić się ku Katyniowi, łagrom Syberii i Kazachstanu – symbolom tego, o czym o wiele dłużej trzeba było milczeć – a co do Oświęcimia – bronić ewentualnie tylko tego, żeby Żydzi nie zawłaszczyli całkiem tego symbolu i pamięci, bronić tu tylko „własnych interesów narodowych”.

Mówi Pismo, mówią ludzie:

Uświadomiwszy sobie wszystkie te (a może też inne) wątpliwości, czy nawet czując je jakoś w sobie, możemy przejść do drugiej części, która ma pomóc z kolei w szukaniu odpowiedzi: dlaczego Auschwitz wciąż nas obchodzi: jako ludzi przede wszystkim, jako chrześcijan, katolików, Polaków…

Nie będzie to gotowa odpowiedź wprost, lecz zaproszenie do wysłuchania paru świadectw. Będzie to, przede wszystkim, świadectwo Pisma Świętego, ale komentowane glosami ludzi, dla których Oświęcim – Auschwitz jest z różnych powodów ważny: jako osobiste doświadczenie, jako wspomnienie spraw rzutujących na ich życie, jako symbol najważniejszych spraw ludzkich. Niech wsłuchanie się w harmonię i dysonanse tych głosów poprowadzi nas w głąb nas samych i pomoże każdemu z nas budować swoją odpowiedź: „Co mnie to wszystko obchodzi?, Co dla mnie dziś to znaczy?”

Rdz 4, 1-10

Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: Otrzymałam mężczyznę od Pana. A potem urodziła jeszcze Abla, jego brata. Abel był pasterzem trzód, a Kain uprawiał rolę. Gdy po niejakim czasie Kain składał dla Pana w ofierze płody roli, zaś Abel składał również pierwociny ze swej trzody i z ich tłuszczu, Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować. Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go. Wtedy Bóg zapytał Kaina: Gdzie jest brat twój, Abel? On odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego? Rzekł Bóg: Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!

Głos 1

Prace nad organizacją dzielnicy żydowskiej zbliżają się ku końcowi. […] Rozpoczęła się wędrówka ludów. Wyprowadzają się dawni lokatorzy, przeklinając na równi hitlerowców, jak i Żydów za kłopoty związane z wysiedleniem, Do getta ściągają z centrum Krakowa i okolicy wozy drabiniaste i małe, ręczne wózki dziecięce, wiozące ubożuchne mienie wysiedleńców. […] W kilkanaście dni później zjawiły się brygady murarzy. Stawiali mur. […] Mur rośnie. Patrzyłem na tępe, beznamiętne twarze murarzy, na twarze ludzi ze strony jeszcze względnie wolnej i ludzi, którzy za parę dni będą odcięci od świata. Mur co dzień wyższy. Z Krakowa przychodzą wędrówki gapiów. Nurtują w nich sprzeczne uczucia. Zauważyłem pewnego razu, jak z grupy widzów „aryjskich” wysunęła się jaskrawo ubrana stara kobieta. Wzięła do rąk cegłę, i , unosząc ją teatralnym gestem, zawołała: „Niechże i ja przyczynię się do wytracenia tego plemienia!”. Położyła cegłę na murze. Jedni z patrzących na tę scenę śmiali się, inni odwracali z się niesmakiem i odchodzili[1].

Głos 2

Człowiek zniewolony zmuszony był dokonywać ciągle i na każdym kroku wyborów moralnych, i to wyborów zasadniczych, choć niekiedy w sprawach drobnych. „Musiałam zbudzić około 150-200 więźniarek – wspomina żydowska więźniarka funkcyjna – które nie chciały się pogodzić z rzeczywistością dnia (…) Ściągałam więc koce z leżących, krzycząc: wstawać! – ciągnąc, a nawet bijąc. Raz uderzyłam kogoś i ta osoba spojrzała na mnie. Była to jedna z przyjaciółek mojej matki. Przeprosiłam ją, było mi strasznie nieprzyjemnie, ale musiałam to robić… Musiałam dokonać wyboru […] Trzeba pamiętać, iż w warunkach egzystencji obozowej więzień był osłabiony brakiem pożywienia, snu, wyczerpany pracą nad siły, nierzadko schorowany, i jego reakcje były zwolnione, na wpół senne, i tylko krzyk mógł zmusić go do odpowiedniego działania. „A i to nieraz zawodziło i wtedy trzeba się było naprawdę powstrzymywać się ze wszystkich sił, żeby nie uderzyć […] Sam nieraz tego doświadczałem, że ręka świerzbiała i pięści same się zaciskały, gdy wygłodniały i niewyspany wpadałem w złość”[2].

Głos 3

Wiosną 1942 roku spowodowano katastrofę niemieckiego pociągu koło Bochni. Niemcy węszą wspólny front polsko-żydowski. Rozbić go za wszelką cenę. Znów represje. W Płaszowie ustawiono szubienicę, 26 czerwca 1942 roku wieszają siedmiu ludzi, Polaków i Żydów. Kto katem – łatwo się domyślić, znając psychologiczne metody okupanta. Żyd, odeman Feiler, sprawnie dokonał egzekucji. A „szczekaczki” GG-Rundfunk w całym mieście i okolicy nadają audycję za audycją: „Żydzi wieszają Polaków”. „Żyd – wesz – tyfus plamisty”. Ogromny odeman Feiler, rzeźnik z zawodu, miał potężny, ochrypły głos, był dobroduszny i głupi. Pił czysty spirytus szklankami. […] Przy czwartej powie ci, że życie to bezsens, że nie masz na nie wpływu. Niesie cię z prądem, jak chce, nie jak ty chcesz. Ale sens – to śmierć! Gardłowy rechot imituje śmiech. „Mnie los wybrał, by niewinnym zadawać śmierć! Widzicie – to jest życie”. Ryczący śmiech przechodzi w gwałtowny szloch[3].

Głos 4

Byliśmy umarli na skutek grzechu (por. Ef 2, 5) — tak św. Paweł opisuje sytuację człowieka bez Chrystusa. Oto dlaczego Syn Boży zechciał przyjąć ludzką naturę, wyzwalając ją z niewoli grzechu i śmierci. Człowiek codziennie doświadcza tej niewoli, odczuwając, że jej najgłębsze korzenie tkwią w jego własnym sercu (por. Mt 7, 11). Czasem przejawia się ona w formach dramatycznych i niezwykłych, na przykład poprzez wielkie tragedie XX w., które tak głębokie piętno wycisnęły na losach wielu społeczności i osób, ofiarach okrutnej przemocy. Przymusowe wysiedlenia, systematyczna zagłada narodów, deptanie podstawowych praw człowieka to tragedie, które także dzisiaj niestety znieważają ludzkość. Także w życiu codziennym występują wielorakie postaci przemocy, nienawiści, unicestwiania bliźniego, kłamstwa, których człowiek jest ofiarą i sprawcą. Ludzkość jest naznaczona grzechem. Jej dramatyczne położenie uświadamia nam pełen niepokoju okrzyk Apostoła Narodów: «Nie ma sprawiedliwego, nawet ani jednego» (Rz 3, 10; por. Ps 13, 3)[4].

Lm 2, 18-22

Sercem wołaj do Pana, lamentuj, Córo Syjonu! Każ płynąć łzom niby rzece zarówno dniem, jak i nocą! Nie zaznaj wytchnienia, niech nie spocznie źrenica twego oka! Każdej nocy wstawaj, lamentuj z początkiem nocnych straży! Wylej – jak wodę – swe serce przed obliczem Pana! Do Niego wznoś swoje dłonie o życie twych dziatek zamorzonych głodem na rogach wszystkich ulic! Racz wejrzeć, Panie, a zobacz, z kim tak postąpiłeś. Czyż mają niewiasty pożywać swój płód, dziatki przez siebie chowane? Czyż w Świątyni Pana mają być zabijani kapłan i prorok? Spoczęli leżąc na ziemi wśród ulic młodzieńcy i starcy, dziewice moje i młodzież moja polegli od miecza! Pobiłeś ich w dzień swego gniewu, zgładziłeś ich bez miłosierdzia. Ty zwołałeś jak na dzień świąteczny zewsząd tych, co grozą są dla mnie, i nie było w dniu gniewu Pana nikogo, kto by uszedł, ocalał; tych, których piastowałam i wychowałam, wróg mój wytracił!

Głos 1

Zobaczmy, jaka jest odpowiedź religijnego człowieka na coś, co trudno jest wyrazić słowami. Bo jeżeli tutaj jest nas powiedzmy 40 osób, proszę sobie wyobrazić, ile to jest 400 ludzi. I proszę sobie wyobrazić, ile to jest 4 tys. ludzi. I proszę pomyśleć, ile by to było 40 tys. ludzi – już to jest nam trudno sobie wyobrazić. Albo ile to jest 400 tys. ludzi. […] I są to ludzie, którzy byli dziećmi, którzy mieli rodziców, mieli imię i nazwisko. W pewnym momencie ktoś ładuje ich do wagonów i ciężarówek. Przybywają gdzieś, a ich niewinność myśli jest takiego rodzaju, jak powiedzmy kurczaka, który za chwilę będzie zabity. Żadnego wyobrażenia o tym, co się stanie. I piętnaście minut, czy pół godziny później tej duchowości, tego życia, tego całego mikrokosmosu, o którym mówiliśmy – nie ma. Wszyscy zostali zamordowani: z rodzicami, z braćmi, z wnukami.

Jesteśmy tutaj, żeby porozmawiać jeszcze o czymś innym. Co jest takiego w człowieku, że jest zdolny po dwóch czy prawie po trzech latach życia w pewnej rzeczywistości, pod koniec swoich zapisków zanotować: „I oprócz wszystkiego wierzę, że ludzie są głęboko dobrzy”. To jest zdanie z dziennika Anny Frank. Tam jest zdanie, które mówi: „Oprócz wszystkiego ja wierzę, że ludzie są dobrzy”. Co kieruje człowiekiem, że jest zdolny nie przez dzień, nie przez tydzień albo miesiąc, ale przez kilka lat żyć w całkowitym strachu i jeszcze zapisać takie zdanie? To jest pytanie, które chciałbym sobie zadać […]

W Torze jest taki werset, który mówi, że kiedy Żydzi nie będą dobrzy, to Bóg uczyni ester panim (ukrycie twarzy). Rdzeń str jest również w takich słowach jak na przykład misteria. Słowo nistar – misterium oznacza nie coś, czego nigdy nie możemy zrozumieć, ale coś, co jest zakryte, coś do czego nie mamy wglądu. […] Zwykle jako interpretację słowa panim, co oznacza twarz, uznaje się opiekę, doglądanie, opatrzność. […] Zwykła interpretacja tego wersetu brzmi więc: kiedy Bóg odwraca twarz, skrywa twarz, ta opieka nie istnieje i wtedy wszystko może się zdarzyć. Zanim powiem, jak interpretuje ten werset – radykalnie inaczej – rabi Kalonimus Kalman Szpira, pragnę przypomnieć, że jest to człowiek, który przebywa w warszawskim getcie prawie od samego początku. Chodzi ulicami i widzi, jak ludzie tam umierają. Żyje tam i co święto, i co szabat, przemawia do ludzi w synagodze. […] Wróćmy do Piaseczne Rebe i do tłumaczenia tego wersetu, że Bóg odwraca swoją twarz. Rabi Kalonimus Kalman Szpira w takim miejscu jak warszawskie getto i w takim czasie jak rok 1943, mówi (i to jest naprawdę radykalne tłumaczenie tego wersetu): Bóg się odwraca nie dlatego, że jest zły na swój lud, ale: Bóg odwraca swoją twarz, bo Bóg płacze i cierpi za swój lud. Kiedy Bóg płacze, nikt nie może zobaczyć Jego twarzy. […] jest jedna podstawowa cecha narodu żydowskiego, która pozwala takim ludziom jak Anna Frank powiedzieć zdanie: wierzę, że ludzie są jednak dobrzy. Albo która pozwala takiemu człowiekowi jak rabi Kalonimus Kalman Szpira powiedzieć, że Bóg jest bardzo przejęty tym, co się dzieje. Tych wszystkich ludzi, którzy zostali w tak niewłaściwy sposób pozbawieni życia, łączyła jedna rzecz. I to nie jest wiara, bo wiara jest terminem zbyt wąskim. Myślę, że odpowiednie słowo to ufność. Ufność, że jest sens tego świata, że historia to jest mozaika i że nie od razu wszystko możemy pojąć. My podchodzimy do życia z własną, cichą pieśnią głęboko w duszy, którą można określić jedynie słowem ufność. Myślę, że to jest to, co dawało siłę. Dla nas w sensie religijnym jest prawie niemożliwe nie ufać. (Dialog u progu Auschwitz, tom I, s. 121-123)[5].

Głos 2

Nasza epoka przeżyła dramatyczne momenty, w których doświadczenie milczenia czy nieobecności Boga, klęski i nieszczęścia, takie jak wojny albo jak pochłaniający wiele niewinnych istot holocaust, pozwoliły głębiej zrozumieć znaczenie symbolu nocy, nadając mu ponadto charakter doświadczenia zbiorowego, stanowiącego element rzeczywistości samego życia, nie tylko pewien etap rozwoju duchowego. […] Człowiek, który doświadcza bólu lub niesprawiedliwości, prawie spontanicznie odczuwa żal do Boga lub wręcz oskarża Go o milczenie lub nieobecność. Ci, którzy nie dostrzegają w Bogu przyczyny radości, czynią Go często odpowiedzialnym za ludzki ból i cierpienie. W inny sposób, ale zapewne z większą głębią przeżywa chrześcijanin mękę utraty Boga lub Jego oddalenie; może nawet czuć się porzucony w ciemnościach przepaści. […] Bóg czasem milczy i ukrywa się, ponieważ przemawiał już i się objawił z wystarczającą jasnością. W końcu doświadczenie Jego nieobecności może być środkiem przekazywania wiary, nadziei i miłości, pod warunkiem, że człowiek otworzy się na Niego z pokorą i łagodnością. […] Boża pedagogia działa w tym wypadku jako wyraz Jego miłości i miłosierdzia. Bóg przywraca człowiekowi poczucie wdzięczności, czyniąc się dla niego darem przyjmowanym w sposób wolny. Kiedy indziej daje mu odczuć cały ciężar grzechu, który jest zniewagą Boga, śmiercią i pustką człowieka. Uczy go także rozróżniania między obecnością i nieobecnością Bożą: człowiek nie powinien kierować się uczuciem upodobania lub niechęci, ale wiarą i miłością. Bóg jest miłującym Ojcem zarówno w godzinach radości, jak i w momentach bólu[6].

Głos 3

Bochenek obozowego chleba, zawsze z tej samej formy, powinien być dzielony na cztery części, po jednej dla każdego więźnia. Nigdy tak nie było. Dostawaliśmy nie więcej niż jedną kromkę. Ważyliśmy te kromki, a później jeszcze dzieliliśmy drobinki z chleba, żeby było równo. To była nasza wewnętrzna sprawiedliwość. Mieć własną wagę! Mieć własną wagę! Ja nie mówię tylko o chlebie. Nie o chleb mi tylko idzie…[7]

Głos 4

Nie, już nie wciąga mnie ten zdradziecki, okrutny dół śmierci. Nie boję się bólu odkrywanych ran, sensu tych baraków, drutów kolczastych, bram – dawniej bez wyjścia. One są we mnie, ale w inny sposób, na mój sposób i pod moją kontrolą, z mojej woli, z mojej doznanej wtedy prawdy, której nie dam nigdy – na ile mogę dotrzeć do ludzi – wypaczyć, umniejszyć, zbanalizować w jakikolwiek sposób. I wiem, zdaję sobie dokładnie sprawę, że to nie dziś, że to było wtedy, wczoraj – a dziś władzę objęła inna, ludzka rzeczywistość. […] Przyjeżdżam tutaj jak do świętego miejsca. Do pustki mojego baraku, do zakurzonej nary, na której przeleżałam ponad rok i czuję jak głębia owego cierpienia, bólu, strat i mą przynosi zrozumienie sensu i wartości życia – oczyszczenie. Potęgę uczucia, zwycięstwa nad tym, co było tak strasznie nieludzkie, zryw nowych sił twórczych, otwarcia na miłość do ludzi, do świata, do działania dla ich dobra i wiarę, że ono jest możliwe, a życie mimo wszystko jest wspaniałe i piękne. Właśnie dlatego, dlatego to Miejsce, to miasto Oświęcim i obóz pamięci w Oświęcimiu tyle dla mnie znaczą, tyle we mnie budzą uczuć. Poznałam pracujących tu ludzi, kierowników, historyków, przewodników, urzędników. Stali się moimi najserdeczniejszymi przyjaciółmi, jak również pierwsi więźniowie polscy, więźniowie Auschwitz. Przyjeżdżam do nich, jak do swoich najbliższych, jak do domu, do tak bardzo nierozerwalnego z wczoraj i dziś – domu. […] I raz po raz zaznaję tutaj, w tym niesamowitym Miejscu coraz więcej i więcej uznania, oddania – miłości. Często ogarnia mnie uczucie szczęścia, radość życia, ale wtedy zaczynam czuć się winna i zadaję sobie pytanie – Czy mam prawo czuć się tutaj szczęśliwa?… A jednak tak się czuję pośród tych ludzi w Muzeum Oświęcimia – i tak się czuję, gdy chodzę lub jadę ulicami miasta Oświęcimia, w pobliżu obozu, miejsca moich dwuletnich męczarni, zawieszenia między życiem a śmiercią, jak na kruchej, cieniutkiej siatce pajęczyny[8]…

J 3, 1-17

Był wśród faryzeuszów pewien człowiek, dostojnik judejski, który miał na imię Nikodem. Przyszedł on do Jezusa w nocy i rzekł Mu: — Rabbi, wiemy, żeś jest nauczycielem, który przyszedł od Boga, bo nikt nie może czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, jeżeli Bóg nie jest z nim. A Jezus mu odpowiedział: — Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kto nie narodzi się na nowo, nie może ujrzeć królestwa Bożego. Mówi do Niego Nikodem: — Jak może narodzić się człowiek będąc starcem? Czy może wejść po raz drugi do łona matki i narodzić się? Jezus odrzekł: — Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kto nie narodzi się z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. Co rodzi się z ciała, jest ciałem, a co z Ducha, jest Duchem. Nie dziw się, że powiedziałem: musicie narodzić się na nowo. Wiatr wieje, gdzie chce. Szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd zmierza. Tak samo bywa z każdym, kto się z Ducha narodził. Nikodem odpowiedział: — Jakże to może się stać? Jezus odrzekł: — Jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, mówimy to, co wiemy, i dajemy świadectwo o tym, cośmy widzieli, a nie przyjmujecie naszego świadectwa. Jeżeli nie wierzycie, kiedy wam mówię o rzeczach ziemskich, to jakżeż uwierzycie, gdy będę wam mówił o sprawach niebieskich? Nikt nie wstąpił do nieba oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego. A jak Mojżesz podwyższył węża na pustyni, tak też musi być podwyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto wierzy w Niego, miał życie wieczne. Albowiem Bóg tak umiłował świat, że wydał swego Syna Jednorodzonego, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg bowiem posłał Syna na świat nie po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat był przez Niego zbawiony.

Głos 1

Na mrocznym tle grzechu i ludzkiej niezdolności do wyzwolenia się o własnych siłach jaśnieje pełnym blaskiem zbawcze dzieło Chrystusa: «Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi. Chciał przez to okazać swoją sprawiedliwość» (por. Rz 3, 25). Chrystus jest Barankiem, który wziął na siebie grzech świata (por. J 1, 29). Dzielił ludzki los «aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej» (Flp 2, 8), aby wyzwolić człowieka z niewoli zła i przywrócić mu pierwotną godność dziecka Bożego. Oto paschalna tajemnica, w której zostajemy odrodzeni! Tutaj właśnie, jak przypomina Sekwencja wielkanocna, «śmierć zwarła się z życiem w przedziwnym boju». Ojcowie Kościoła głoszą, że w Jezusie Chrystusie szatan atakuje całą ludzkość i grozi jej śmiercią, od której jednak zostaje ona wyzwolona dzięki zwycięskiej mocy zmartwychwstania. W zmartwychwstałym Panu złamana zostaje moc śmierci, a człowiek zyskuje możliwość dostąpienia przez wiarę komunii z Bogiem. Temu kto wierzy, zostaje udzielone życie samego Boga poprzez działanie Ducha Świętego, który jest «pierwszym darem dla wierzących» (por. IV Modlitwa Eucharystyczna). Tak więc odkupienie dokonane na krzyżu odnawia wszechświat i urzeczywistnia pojednanie między Bogiem a człowiekiem oraz ludzi między sobą nawzajem[9].

Głos 2

W ramach pierwszej pielgrzymki do Polski niedawno wybranego papieża Jana Pawła II była przewidziana także msza święta w obozie oświęcimskim. Neoprezbiterom, do których należałem, polecono dostać się na własna rękę do Oświęcimia, by pomóc podczas tej mszy rozdawać komunię świętą […] Wielu analizowało już papieską homilię z tej mszy. Ja z niej wtedy niewiele zapamiętałem, oprócz tego, co nadawało szczególny ton całej celebracji: wielkiego szacunku dla wszystkich ofiar tego obozu, kimkolwiek były. W mojej pamięci pozostał na zawsze przede wszystkim obraz udzielania komunii świętej tej ogromnej rzeszy żyjących w miejscu stworzonym dla masowej śmierci i rosnąca świadomość: Bóg nie da śmierci ostatniego słowa. Było to doświadczenie upartej wierności Boga, która każe Mu iść niestrudzenie ku ludziom, gdziekolwiek się znaleźli, jeśli tylko ich wiara stwarza Mu przestrzeń przyjęcia od Niego znaku, określonego Jego zbawiającym Słowem. W Jego imieniu, ostrożnie, by nie zapaść się w jakiś dół po fundamentach baraków lub nie podeptać rzeczy któregoś z przybyłych na tę mszę pielgrzymów, szedłem ku szeregom wyciągających się z nadzieją głów, przypominając słowo obietnicy, przyjmując potwierdzenie wiary i podając Chleb Życia. Myślałem z ogromną wdzięcznością o pokorze i cichości Boga, który w taki właśnie sposób okazuje się wierny wobec poniżonych i zdeptanych, umacnia słabych w nadziei, a sprzeciwia się pysze szyderców, morderców, władców tego świata: nie dyskutuje z nimi, nie spiera się, lecz obdarza tym obfitszym życiem; boskim życiem miłości mocniejszej niż śmierć[10].


[1] J. Aleksandrowicz, Kartki z dziennika doktora Twardego, Kraków-Wrocław 1983, s. 31.

[2] W. J. Wysocki, Świadectwa życia religijnego więźniów obozów koncentracyjnych, [w: ] Ks. M. Deselaers (red.), Dialog u progu Auschwitz. Tom 1, Kraków 2003, s. 42-43.

[3] J. Aleksandrowicz, Kartki…, s. 40.

[4] Jan Paweł II, Orędzie na wielki post 2000, 2 (fragmenty), „L’Osservatore Romano. Wydanie polskie” 21(2000), nr 3, s. 4.

[5] Rabin S. Pečarič, Niezdolność mówienia, [w: ] Dialog…, s. 121-123.

[6] Jan Paweł II, List Apostolski Maestro en la Fe, 14-15 (fragmenty), „L’Osservatore Romano. Wydanie polskie” 11(1990), nr 12, s. 6-7.

[7] M. Kołodziej, Waga, [w: ] Dialog…, s. 64.

[8] H. Birenbaum, Auschwitz wczoraj i dziś. Czy mam prawo czuć się tutaj szczęśliwa? [w: ] Dialog…, s. 19-20.

[9] Jan Paweł II, Orędzie na wielki post 2000, 3 (fragmenty), „L’Osservatore Romano. Wydanie polskie” 21(2000), nr 3, s. 4

[10] Ks. Ł. Kamykowski, Spojrzenie na „Auschwitz” – polski punkt widzenia, [w: ] Dialog…, s. 109-110.