Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Maria Lucyna i Henryk Seweryniak – Oświęcimska Medytacja Psalmu 22 – Edith Stein i Mariam Baouardy

Strona: 2


Dla chrześcijan podstawowe znaczenie w medytacji tego psalmu ma to, że Psalmem 22 modlił się w chwili egzekucji sam Jezus.  Konkretnie, dwaj Ewangeliści – Mateusz i Marek przekazali w swoich Ewangeliach, że ostatnią ziemską modlitwą wiszącego na krzyżu Jezusa Chrystusa był właśnie Psalm 22. Obaj relacjonują, że działo się o to godzinie dziewiątej lub około tej godziny. Wtedy właśnie Jezus zawołał donośnym głosem, według Marka: „Eloi, Eloi, lema sabachthani”, według Mateusza zaś:Eli, Eli, lema sabachthani?”, to znaczy „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił”? Niektórzy ze stojących obok, słysząc to, uważają, że Skazaniec woła Eliasza. Ktoś wkłada na trzcinę gąbkę i daje Mu pić, żeby przedłużyć agonię, a jednocześnie kpi: „Poczekajcie, zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, żeby Go zdjąć”. Jezus jednak jeszcze raz woła donośnym głosem i oddaje ducha (por. Mk 15, 33-39; Mt 27, 45-54). 15
Wszyscy Ewangeliści, każdy na swój sposób, ukazując Mękę Chrystusa, traktują Psalm 22 jak swoisty „podkład malarski” pod swoje „obrazy Pasji16.  Oto najbardziej dramatyczna z chwil zapisanych w Ewangeliach: żołdacy sprawnie wykonali swoją robotę. Jezus dogorywa w samotnej agonii, ciemności ogarniają ziemię, nic nie wskazuje, że Bóg jest z Nim. Wielcy tego świata, ich poplecznicy i szydercy zdają się zwyciężać. Uczniowie uciekli, tylko gdzieś w oddali majaczą postacie wiernych kobiet z Galilei. Ukrzyżowany, nagi, pobity, zakrwawiony Jezus, zredukowany do poziomu „robaka”, staje się „pośmiewiskiem dla ludu”, „wzgardzonym”. Aroganckie słowa gapiów, sceny naśmiewania się: „Innych wybawiał, niech Siebie wybawi” przypominają psalmiczne: „Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową: «Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje»”. W Mt 27,43 pojawia się wprost powyższy cytat z dodaniem: „Przecież powiedział: <17 Wzgórze Golgoty wypełnia bezbrzeżny smutek, „smutek pełniejszy niż ten w Getsemani - Jezus nie modli się już: <<Abba, Tato mój>>, lecz: <>”. Sam od siebie, sam z siebie – nigdy nie wzywał Boga: „Boże”. Teraz, rozdarty, jak na krucyfiksie Zemły nad warszawskim Grobem Bł. Księdza Jerzego, z „gardłem suchym jak skorupa”, z „językiem przywartym do podniebienia”, „położony w prochu śmierci”, w bólu i poczuciu osamotnienia skarży się jak każdy Izraelita, jak każdy człowiek wierzący, jak sługa: „Boże mój, Boże...”.  
Spośród „siedmiu słów” Jezusa na krzyżu te – szczególnie w wielkopiątkowych czytaniach Męki i w wielkich „pasjach” muzycznych – najbardziej dramatycznie. Może dlatego zarówno w żydowskie, jak i chrześcijańskie próby rozumienia Psalmu 22 pozostają przede wszystkim pod ich wrażeniem. „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił...” jest tak mocne, tak porażające i tak wyraziście oddające wiele ludzkich losów, zwłaszcza los żydowski; tak mocno stawiających pod znakiem zapytania historię życia Jezusa, że niejako nie mogło i nie może być inaczej.18
W teologii współczesnej podkreśla się, że Jezus modlił się prawdopodobnie całym tym Psalmem. Jak podkreśla kard. Walter Kasper, „według ówczesnej metody cytowania cytat początkowego wersetu Psalmu był równoznaczny z przytoczeniem całego Psalmu. Psalm ten jest lamentacją, która w drugiej części przechodzi w pieśń dziękczynną. Cierpienie pobożnych traktowano jako opuszczenie przez Boga; lecz w cierpieniu i śmierci doświadcza człowiek pobożny, że Bóg od samego początku jest Panem i że uratuje go do nowego życia”19 Zdaniem Ojca Świętego Benedykta XVI, „cała Męka została w tym psalmie uprzednio już jakby opisana. W wypowiedzianych przez Jezusa początkowych słowach Psalmu jest w gruncie rzeczy obecna już całość tej wspaniałej modlitwy - także pewność wysłuchania, które nastąpi w zmartwychwstaniu, pewność powstania <> i nasycenia ubogich (zob. w. 25nn). To wołanie w krańcowej potrzebie jest jednocześnie pewnością Boskiej odpowiedzi, pewnością zbawienia – nie tylko dla samego Jezusa, lecz dla <>”.20
Bł. Jan Paweł II, którego także pod koniec życia zdawał się frapować problem postawy i świadomości Jezusa Chrystusa w godzinach Męki, przedstawił niemal mistyczną odpowiedź na ten problem w Liście apostolskim „Novo millennio ineunte”  (2001).  W Getsemani i na Golgocie – pisał tam Papież – ludzka świadomość Jezusa zostanie poddana najtrudniejszej próbie. Ale nawet dramat męki i śmierci – kontynuuje – „nie zdołał podważyć Jego niewzruszonej pewności, że jest Synem Ojca niebieskiego” (24). W Ogrójcu Jezus prosi o oddalenie kielicha cierpienia. „Jak się jednak wydaje [ - warto zwrócić uwagę na to niezwykłe stwierdzenia Papieża - ] Ojciec nie chce wysłuchać prośby Syna” (25). Syn musi obarczyć się nawet „obliczem grzechu”; musi zawołać: Eloi, Eloi, lema sabachtani. W tym miejscu Jan Paweł II przypomina, że słowa te są pierwszymi słowami Psalmu 22, który określa mianem „wielkiej modlitwy ufności”. Zdaniem Papieża, „wydany w ręce ludzi” Jezus, wydobywając z mroku swego bólu Psalm 22, oddaje się całkowicie „w ręce Ojca”21, a Jego cierpienie jest przede wszystkim spowodowane jasnym widzeniem grzechów, które ranią Boga, Jego Ojca. „Czyż można sobie wyobrazić większą udrękę i ciemność bardziej mroczną? W rzeczywistości owo bolesne «dlaczego?» skierowane do Ojca i wypowiedziane pierwszymi słowami Psalmu 22, choć oddaje w pełni rzeczywistość nieopisanego bólu, zostaje rozjaśnione przez sens całej tej modlitwy, w której Psalmista wyraża w przejmującym splocie uczuć jednocześnie boleść i ufność” (25).
Papież nie odsuwa jednak na bok pewnego realizmu tej sceny – realizmu kenozy: opuszczenia (choćby pisanego w cudzysłowie) przez Boga, ogołocenia z boskości,. Pisze bowiem: „W chwili, gdy utożsamia się z naszym grzechem, «opuszczony» przez Ojca, Jezus «opuszcza» samego siebie, oddając się w ręce Ojca. Jego oczy pozostają utkwione w Ojcu. Właśnie ze względu na tylko Jemu dostępne poznanie i doświadczenie Boga nawet w tej chwili ciemności Jezus dostrzega wyraźnie cały ciężar grzechu i cierpi z jego powodu. Tylko On, który widzi Ojca i w pełni się Nim raduje, rozumie do końca, co znaczy sprzeciwiać się Jego miłości przez grzech. Jego męka jest przede wszystkim straszliwą udręką duchową, dotkliwszą nawet niż cierpienie cielesne” (26). Podobny motyw znajduje się u André Frossarda w ostatniej jego książce – „Niedokończona Ewangelia”, pisanej już na łożu śmierci: w chwili, w której Jezus „wyzbył się swojego bóstwa”, „kiedy niejako Bóg opuścił Boga”, dotknął całego dramatu człowieczeństwa, wtedy dokonało się Odkupienie.22
Kontynuując swoją myśl, Jan Paweł II podkreśla, że zrozumieniu tajemnicy fizycznych, ale także duchowych cierpień Jezusa na krzyżu może nam pomóc „teologia życia świętych” (27). W „Dialogu o Bożej Opatrzności – przypomina – Bóg Ojciec „ukazuje Katarzynie ze Sieny, że w świętych duszach może być jednocześnie obecna radość i cierpienie: «Dusza zatem pozostaje szczęśliwa i bolejąca: bolejąca z powodu grzechów bliźniego, szczęśliwa dzięki zjednoczeniu i serdecznej miłości, jaką sama otrzymała. Święci naśladują niepokalanego Baranka, mego Jednorodzonego Syna, który wisząc na krzyżu był szczęśliwy i cierpiący»”. W podobny sposób – kontynuuje Papież – „Teresa z Lisieux przeżywa swoją agonię w zjednoczeniu z konaniem Jezusa, doświadczając w sobie samej tegoż właśnie paradoksu Jezusa jednocześnie szczęśliwego i udręczonego: «Pan nasz w Ogrójcu zaznawał wszelkich radości Trójcy, ale Jego konanie nie było przez to mniej okrutne. Jest to tajemnica, ale zapewniam, że rozumiem ją po trochu dzięki temu, czego sama doświadczam». To świadectwo wiele wyjaśnia! – niemal wykrzykuje Ojciec Święty. Sama zresztą relacja ewangelistów – kontynuuje – stwarza podstawę do takiego rozumienia przez Kościół świadomości Chrystusa, kiedy przypomina, że choć Jezus umierał pogrążony w otchłani cierpienia, modlił się jeszcze o przebaczenie dla swoich oprawców (por. Łk 23, 34) i w ostatniej chwili zwracał się do Ojca ze słowami synowskiego zawierzenia: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego» (Łk 23, 46)”.

 
MEDITATIO

Do owej „teologii życia świętych” należy dopisać imię św. Teresy Benedykty od Krzyża. Jest faktem powszechnie znanym, że Krzyż Chrystusowy rozświetlał całe życie Edyty Stein od chwili jej nawrócenia. Gdy padł na froncie I wojny światowej przyjaciel Edyty Adolf Reinach, jego żona poprosiła filozofkę o uporządkowanie spuścizny po mężu. Edyta, niewierząca wtedy, bała się spotkania z młodą wdową. Nie wiedziała, jak mogłaby ją pocieszyć. Tymczasem spotkała kobietę pełną pokoju i pogody – Reinachowie niedawno przedtem przyjęli chrzest w Kościele ewangelickim. „Było to moje pierwsze spotkanie z krzyżem i Bożą mocą, jakiej udziela on tym, którzy go niosą – wyznaje później. [...] W tym momencie załamała się moja niewiara i ukazał się Chrystus w tajemnicy krzyża”.
Zanim dr Edyta Stein roku Jubileuszu Odkupienia 1933 wstąpi do karmelu w Kolonii, napisze: „Istnieje powołanie do cierpienia z Chrystusem i przez nie do współdziałania w Jego zbawczym dziele”. W przeddzień pierwszego piątku marca tego roku, w drodze do Beuron, słucha w Kolonii nauki pewnego księdza. „Mówił pięknie i wzruszająco – będzie potem wspominać – ale głębiej niż jego słowa zajęło mnie co innego. Rozmawiałam ze Zbawicielem i powiedziałam Mu, że wiem, iż to Jego Krzyż zostaje teraz włożony na naród żydowski. Ogół tego nie rozumie, ale ci, co rozumieją, ci muszą w imieniu wszystkich z gotowością wziąć go na siebie. Chcę to uczynić, niech mi tylko wskaże jak. Gdy nabożeństwo się skończyło, miałam wewnętrzną pewność, że zostałam wysłuchana. Ale na czym ma polegać to dźwiganie krzyża, jeszcze nie wiedziałam”.23 Ta myśl będzie jej towarzyszyć do końca.
30 kwietnia, w niedzielę Dobrego Pasterza, Edith Stein idzie do św. Ludgeri w Münster, jej parafialnego kościoła. Modliła się tam, tak przynajmniej uważają monastyrczycy, przed krucyfiksem, który po nalotach brytyjskich 1944 roku zostanie znaleziony bez rąk Ukrzyżowanego i tak właśnie zawieszony na nowo z napisem, który stanie się słynny: „ICH HABE KEINE ANDEREN HAENDE ALS DIE EUEREN“ – „Nie mam innych rąk – tylko twoje”. „Późnym popołudniem poszłam tam – zapisała pani docent Marianum – i powiedziałam sobie: nie odejdę stąd, dopóki jasno nie poznam, czy teraz mogę wstąpić do karmelu. Gdy udzielano ostatniego błogosławieństwa, miałam już zgodę Dobrego Pasterza“.
Wstępując 15 kwietnia 1934 roku do karmelu w Kolonii przyjmie imię Teresy Benedykty od Krzyża OCD. „Muszę Matce powiedzieć – wyznaje w liście do Petry Brüning – że moje imię zakonne wniosłam już do postulatu. Otrzymałam dokładnie takie, o jakie prosiłam. Pod krzyżem zrozumiałam przeznaczenie ludu Bożego, które wówczas zaczęło się zapowiadać. Uważam, że ci którzy rozumieją, iż to jest Krzyż Chrystusowy, w imię reszty winni go wziąć na siebie. Dziś wiem o wiele lepiej, co znaczy być poślubioną Bogu w znaku Krzyża. Jednakże w całej pełni nie zgłębi się tego nigdy, gdyż jest to tajemnica.” 24 To „a Cruce” z jej imienia bł. Jan Paweł II w swojej homilii beatyfikacyjnej przełoży jako: „pobłogosławiona przez Krzyż” (Kolonia, 1987). „Jako <> - mówił wtedy – chciała nieść swój krzyż wraz z krzyżem Chrystusa za zbawienie jej narodu, jej Kościoła, całego świata”.
Jak głęboko przeżywała to niesienie krzyża, możemy tylko domyślać się, analizując jej ostatnie, nieukończone, dzieło „Wiedza krzyża” („Kreuzwissenschaft”). Porywa nas oboje prostota tej ksiązki, nie ma w niej nic niezrozumiałego, nic nudnego – jest potężny zapis praktyki krzyża. I to tutaj znajduje się najdłuższa i chyba najpełniejsza refleksja Siostry Teresy Benedykty nad Psalmem 22.  
Zanim tę sprawę podejmiemy, zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz, pozornie  tylko podrzędnej natury. Dla Siostry Teresy Benedykty Psalmy nie były tylko, nie były przede wszystkim przedmiotem analiz egzegetycznych czy filozoficznych. Każda autentyczna karmelitanka żyje, oddycha Psalmami, włącza przez nie całą naturę w wychwalanie Boga. Oto jeszcze jeden z zapisków s. Lucyny, żyjącej przecież w miejscu, w którym być może młody Dawid wyśpiewywał swoje pierwsze Psalmy: „Wiosną tego roku, jak nigdy dotąd, dwie synogarlice uwiły sobie gniazdo w środkowym oknie naszego chóru [chór – to miejsce modlitwy w klasztorze]. Zainstalowały się więc w cieniu wielkiego sumaka, na którym często siadają rozmaite ptaki, zwłaszcza kiedy śpiewamy oficjum brewiarzowe. Tutaj w Betlejem na Wzgórzu Dawida nie recytujemy Psalmów, jak to czyniłyśmy w Polsce, ale wszystkie Psalmy śpiewamy i ptaki nam niekiedy wtórują. Kiedy modlimy się w ciszy, one też są cicho, ale kiedy zaczynamy śpiewać, włączają się w chwałę Bożą. Najczęściej są to te nowe gruchające synogarlice, często też hałaśliwe stadko wróbli... Najbardziej lubię, kiedy w nasz chór włączają się kosy. Te piękne ptaki odgrywają właściwie operową serenadę. Być może dziękują nam za obfitość owoców drzewek, które kilka lat temu posadziłyśmy, a które tego roku obficie wydały plon: morele, brzoskwinie, rozmaitego koloru i gatunku śliwy, jabłonie... Bo pomarańcz, cytryn, grejpfrutów, mandarynek, których też trochę mamy i które owocują od grudnia... ptaki nie ruszają, wiadomo” („Gniazdo synogarlic”)...
Podobnie pisała o Liturgii Godzin Siostra Teresa Benedykta: „Ranne laudesy wzywają całe stworzenie, by się łączyło w uwielbieniu Pana. Góry, pagórki, rzeki i strumienie, morza, lądy i wszystko, co je zamieszkuje; chmury i wiatry, deszcz i śnieg, wszystkie narody ziemi, nawet mieszkańcy nieba, aniołowie i święci, wszystkie stany i pokolenia ludzkie nie tylko poprzez człowieka, lecz osobiście mają wziąć udział w wielkiej Eucharystii stworzenia – albo lepiej – my właśnie, przez naszą liturgię winniśmy się łączyć z ich wiecznymi laudesami. My, to nie znaczy zakonnicy jedynie, którzy ex professo uwielbiają Boga, lecz cały lud chrześcijański, wypełniający kościoły i biorący czynny i radosny  udział w służbie Bożej w zrozumiałej dla siebie liturgii ludowej, z całą świadomością swego powołania do oddawania czci Bogu”.25 Edyta Stein miała chyba szczególną świadomość, ze odmawia Psalmy jako pieśni swego ludu; że łączy się przez nie z Dawidem, Jezusem, Maryją, Józefem, Piotrem, tak często cytującym je w swoich mowach, których konspekty przechowane są w Dziejach Apostolskich. Psalm 22 powracał w „Breviarium Romano-Carmelitanum ad usum Carmelitarum discalceatorum”, z którego z pewnością modliła się, w piątkowej prymie, a potem szczególnie w Wielkim Tygodniu: „Deus, Deus meus, réspice in me: quare me dereliquisti? * longe a salúte mea verba delictórum meorum”.
Wiemy też, że zdążyła zabrać ze sobą Brewiarz w ostatnią drogę...
I druga, krótka tym razem, myśl. Edyta Stein słusznie stała się dla nas uosobieniem sztuki łączenia filozofii i wiary, dziedzictwa żydowskiego i miłości do Chrystusa w Kościele. Ale może warto, żebyśmy nie stracili przy tym z oczu jej wizerunku mistrzyni duchowości karmelitańskiej, nauczycielki prawdziwego chrześcijańskiego życia duchowego, w którym kategoria kenozy, umierania dla Chrystusa i braci jest być kategorią centralną.
Mając to wszystko przed oczyma, wróćmy do „Wiedzy krzyża”. Chodzi o część II tego dzieła, rozdział B) „Duch i wiara. Śmierć i Zmartwychwstanie (Noc ducha)”, punkt 1. „Ogołocenie władz duchowych w nocy czynnej”. Zostawmy jednak trudne podziały i słownictwo. Mówiąc najprościej, Siostra Teresa Benedykta podejmuje w tym fragmencie zagadnienie relacji wiary, rozumu i zmysłów w przyjęciu w wierze Tego, który jest całkiem inny od wszystkiego, co poznajemy w tym świecie. Benedykt XVI zmaga się nieustannie o to, żeby pokazywać naszemu światu, jak wiara uzupełnia, pogłębia, oczyszcza poznanie rozumu. Siostra Teresa Benedykta czyni właściwie coś podobnego, cytując wraz z Janem od Krzyża zdanie proroka Izajasza: „Si non credideritis, non intelligetis – Jeśli nie uwierzycie, nie zrozumiecie”; ucząc, że wiara potrzebuje światła rozumu, ale także prosi go, aby zechciał zamilknąć i wniknąć, „wsłuchać się” w jej światło. „Światło wiary przez swój nadmiar pochłania i przemaga światło naszego rozumu, które samo z siebie dąży tylko do poznania naturalnego”26 – powie św. Jan od Krzyża. Z czego wynika – doda Siostra Teresa Benedykta – że wiara jest ciemną nocą, ale także drogą, po której wędruje człowiek dążący prawdziwie, do końca naśladując Jezusa, do zjednoczenia z Bogiem, do stopienia w jedno swojej woli z wolą Boga.27 Żeby swobodnie nią iść, człowiek taki nie może opierać się na żadnej rzeczy, którą rozumie, kosztuje, czuje czy sobie wyobraża; musi jak ślepiec wspierać się na samej tylko ciemności. Zewnętrznie może się to wyrażać w utracie poczucia szczęśliwości z przebywania z Bogiem, w pozostawaniu w oschłości i „uznojeniu”.
Na drodze uważnego i poważnego przyjęcia krzyża w duszy wierzącego dokonuje się ogołocenie: rozumu przez wiarę, pamięci przez nadzieję i woli przez miłość. Wobec wiary, jak powiedzieliśmy, ustają wszelkie władze naturalne. Prawdziwa nadzieja uczy się spodziewać wszystkiego od Boga, a niczego od siebie samych i od innych stworzeń. Miłość każe kochać Boga ponad wszystko.28 „Kiedy dusza odrzuci wszystko, co nie zgadza się z wolą Bożą, wówczas zostaje przekształcona w Boga przez miłość”.29  To właśnie oznacza – zdaniem Siostry Teresy Benedykty od Krzyża – Chrystusowe „stracić swą duszę”, pić z Nim kielich (Mt 20,22), brać na siebie Jego słodkie jarzmo i lekkie brzemię (Mt 11, 30).Brzemieniem tym – komentuje Święta – jest krzyż Chrystusa. Tylko w tak rozumianym ogołoceniu, kenosis człowiek będzie ciągle postępować naprzód. Jeśliby jednak będzie chciał cokolwiek mieć dla siebie, czy to od Boga, czy od stworzeń, nie będzie już ogołocony na wzór swego Mistrza, nie będzie obumierał jak pszeniczne ziarno, nie będzie w nim zaparcia się we wszystkim.30 W tym kontekście Siostra Benedykta jeszcze raz dodaje: Chrystus jest naszą drogą. Wszystko polega na tym, aby zrozumieć, jak iść za Jego przykładem. I tu następuje w „Wiedzy krzyża” długi cytat ze św. Jana od Krzyża; cytat, w którym główną rolę odgrywa drugi werset naszego Psalmu:
„Po pierwsze, jest pewne, że Chrystus co do zmysłów obumarł duchowo w swym życiu, a naturalnie w swej śmierci. Sam bowiem powiedział, że w życiu nie miał, gdzie by głowę skłonił (Mt 8, 20)... Po drugie, w chwili śmierci był w swym najgłębszym wnętrzu całkowicie opuszczony, ba, był jak unicestwiony, ponieważ Ojciec pozostawił Go bez wszelkiej pociechy i bez wszelkiej ulgi, zatem w tak skrajnej oschłości.. Dlatego musiał zawołać na krzyżu: Boże mój. Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46). Zapewne  było to największe opuszczenie, jakie musiał zmysłami wytrzymać w swym życiu. Ale też wtedy dokonał dzieła większego niż wszystkie znaki i cuda, które zdziałał: pojednał i połączył przez łaskę rodzaj ludzki z Bogiem. A stało się to w chwili, gdy nasz Pan wyniszczony był we wszystkim. Opuścili Go ludzie, bo w chwili śmierci zamiast uszanowania, naigrawali się z Niego. Opuszczały Go siły przyrodzone, dla których śmierć była ostatecznym wyniszczeniem. Opuścił Go i Ojciec, pozostawiając bez pociechy i pomocy. I w tym opuszczeniu, zupełnie ogołocony i równocześnie wyniszczony, starty na proch, odkupił winę i pojednał ludzi z Bogiem”.
Czy to wszystko? Nie, nie wszystko... Proszę pozwolić nam zamknąć tę medytację dwoma jeszcze kartkami z naszych notatników. To będą nasze krótkie Oratio i Actio. Dość paradoksalnie myśli do oratio poda ksiądz, karmelitanka zaś pochyli się nad actio
 
Strona: 1 2 3

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.022956°N, 19.19906°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 - 2022 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies RODO
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies