Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Halina Birenbaum – Życie jako nadzieja

Strona: 3


Hela walczyła dla mnie i dla siebie o miejsce na podłodze w przetłoczonym baraku, o miskę na zupę, któych było o wiele mniej niż oszalałych z głodu i pragnienia kobiet; pchała się do kotła po wodziankę z pokrzywy, po pajdkę chleba. Nie rostawałyśmy się ani na chwilę. Ale Hela szybko zaczęła chudnąć, słabnąć, zanikała mi w oczach i wtedy ja się zerwałam do walki, żeby jej nie stracić. Nieraz oddawałam jej swoją zupę, jeśli udało mi się zdobyć tylko jedną i przysięgałam, że nie mogę tego przełknąć, żeby zechciała wziąźć. Okrywałam ją swym ciałem od zimna, od goniących nas do dźwigania kamieni, kapo.Tuliłyśmy się do siebie w krótkich godzinach odpoczynku na podłodze baraku, czerpiąc jedna od drugiej otuchę. Dzieliłyśmy się każdym okruchem chleba, łykiem zupy – każdą uwagą i myślą, przekazywaną wzrokiem, gdy brakło sił wydobyć z siebie głos.     

Minęło kilka miesięcy o głodzie, chorobach, biciu i katorżniczej pracy. Ciągłe selekcje, niemożność mycia się, zmiany odzieży. Łaźnia, do której gnali nieraz z apelu pod eskortą, mogła okazać się komorą gazową i nigdy nie było się pewnym: dokąd?

W lipcu 1943 roku zaczęli wybierać transporty najzdrowszych, najsilniejszych dziewcząt na wysłanie do obozu pracy - tutaj był koncentracyjny obóz zagłady. Do pierwszego transportu nie nadawałyśmy się, do drugiego mnie wybrali, ale uciekłam, bo Hela nie przeszła, była już za chuda. Do trzeciego wybrano nas obie. Zanotowali wszelkie dane o nas, rozdzieli zupę i zamknęli nas na klucz w baraku. Przytulone do siebie na podłodze, jak zwykle, marzyłyśmy o tym lepszym obozie. Wśród nocy Niemcy wpadli do baraku, bijąc kolbami karabinów, wrzeszcząc i szczując psy, wyganali nas na dwór. Ustawili w kolumnę, przeliczyli kilkakrotnie, aż się w głowie mieszało od tego liczenia i zaprowadzili... do komory gazowej. Cały nasz transport. Niby łaźnia, natryski. Czekałyśmy rozebrane do naga w ciągu bezkresnych godzin.

Trzymałam Helę za rękę, patrzałam na natryski, z których miał przyjść gaz: jak to będzie umierać, co to jest śmierć??? A może oni znikną nagle, wojna się nagle skończy? Rano okazało się, że zabrakło akurat gazu tej nocy!... Przeżyłyśmy swą śmierć. Esesmani znów przeliczyli nas, funkcyjni więźniowie rozdzielili porcje chleba, które natychmiast połknęłyśmy.

Pognali do pociągu. Znów wagony bydlęce, ale przy otwartych drzwiach tym razem, w których się usadowili wygodnie dwaj żołnierze z Wermachtu. Rozkazali nam usiąść w rzędach, jedna między rozkraczonymi nogami drugiej, by wykorzystać każdy centymetr miejsca i pod groźbą rozstrzelania zabronili zmienić pozycję. Nareszcie mogłyśmy siedzieć, ale kto by się spodziewał, że będzie to twało niezmiennie przez dwie doby?!

Lipcowy upał, pragnienie, głód i szpilki w całym ciele zdrętwiałym od niemożności poruszenia się. Nowo poznana męka - siedzenia. Kobieta z pobliskiego rzędu, obejmująca nogami kilkunastoletnię córkę uniosła się nieco i zaczęła błagać o pozwolenie wyprostowania się na chwilę. Żołnierz wstał, zdiął karabin i wycelował. Zamarłyśmy. Myślałam, że tylko grozi, gdy kula już trafiła w jej skroń. Stawała się bledsza i bledsza, upadła martwa na ramiona córki. Żołnierz zawiesił karabin z powrotem na ramieniu, usiadł na miejsce i warknął, żeby wyrzucić trupa, a mała niech zamilknie (płakała cichutko), ona też niedługo zdechnie, jest przecież Żydówką! Pociąg wtoczył się na stację: Auschwitz. Ukazała się brama i duzy napis: „Arbeit macht frei”. 

Rzędy murowanych baraków, druty kolczaste naładowane prądem elektrycznym, wieże wartownicze z wyzierającymi lufami karabinów maszynowych, jak na Majdanku. Z okien baraków i wokoło nich jakieś postacie niepodobne ani do męczyzn, ani do kobiet, do starych czy dzieci... Zgolone włosy, przedziwna odzież bez koloru, olbrzymie, zabłocone drewniaki na nogach, bezbarwne twarze. Nieskończoność zła. Stąd już nigdy nie wyjdę, pomyślałam coraz bardziej załamana. Ale nie było czasu na rozmyślania, trzeba szybko działać wedle praw nowego piekła; nie zagubić Heli w tym zdziczałym, oszołomionym tłumie kobiet, zorientować się, która aufzejerka jest mniej okrutna, jaki zawód podać, potrzebny w obozie, dający szanse na życie – gdzie wreszcie zdobyć łyk wody!

Wieczór zastał nas już upodobnione do zamęczanych tutaj więźniarek. Miałyśmy już zgolone głowy, wytatuowane na lewym przedramieniu numery, tak samo dziwaczną, marną odzież z długim krzyżem, namalowanym czerwoną farbą olejną; ciężkie drewniaki, których nie można było wyrwać z błota. Stałyśmy już na kilkugodzinnym apelu codziennym w  cuchnącym bagnie przed blokiem wśród bicia i wyzwisk.

Głód, nikłe porcje wodnistej zupy z brukwi i chleba raz dziennie, ciągłe bicie, wyzwiska, brud, wszy, wszelkiego rodzaju choroby, za które zabierają do gazu. Nie możność mycia się, zmiany zgniłej od deszczu i oblepionej ekstrementami odzieży. Wrogość na narach, w klozetach, przy kotłach z zupą, praca nad siły ludzkie. A ponad tym zapach palonego mięsa ludzkiego. Oddychałam nim dniami i nocami w ciągu dwóch lat niemal. Natykałam się na prowadzonych do gazu w drodze do „dobrej” pracy w komandzie „kanada”, bogatej w żywność i odzież  po zamordowanych. Na rampie było wciąż moc ludzi zwożonych z całej Europy do komór gazowych, które pracowały dniem i nocą. Nie można było przejść: masy ludzkie gnane do gazu – a my w odwrotnym kierunku do „kanady” sortować rzeczy po nich na wysłanie do Niemiec.

Pewnego razu nasze komando zatrzymało się obok małżeństwa z maleństwem na rękach. Pytali nas, jak daleko do kolonii żydowskiej, bo trzeba nakarmić dziecko. Milczałyśmy. Mieli jeszcze kilka metrów do ostatniej w życiu kolonii – w niebie, jako dym z komina. W „kanadzie” stałam na górach odzieży wymieszanej z fotografiami, listami, paczkami żywności i nie mogłam już więcej wogóle mówić! Słowa straciły wszelki sens! Wydawało mi się, że zagnali tutaj i rozebrali do naga wszystkich ludzi – i nie ma już świata, a nas po uporządkowaniu bagaży, też wrzucą w ten ogień. „Kanada” czyli Keine da, nie ma już nikogo!

Podawałam zawsze, że mam 17 lat, jak mnie mama uczyła w getcie. W obozie otworzono specjalny blok dla dzieci. Dawali tu biały chleb, mleko, masło i nie brali do pracy. Zgłaszały się do tego bloku też kobiety, które przy swych zgolonych głowach i nieprawdopodobnym ubraniu wyglądały, jak dzieci. Znęciły je dobre warunki dziecięcego raju. Drwiły, że ja nie chcę tam pójść, by nie rozłączyć się z Helą. Mogłabyś i jej pomóc, wymawiały mi... Po kilku tygodniach załadowali wszystkich na ciężarówki i odwieźli do gazu. 

Hela przemieniła się w żywy szkielet. Zapadłe policzki, wielkie, zagłodzone oczy, piszczele rąk, nóg. Unikałam jej wzroku, gdy błagała mnie, żebym poprosiła sztubową o dodatkową porcję zupy. Nie potrafiłam wyciągnąć ręki, narazić się na bicie i obelgi żebraniem. Łatwiej mi było oddać swoją zupę. Tłumaczyłam jej i sobie, że jeśli wydostaniemy się stąd, będziemy miały dość jedzenia, a jeśli nie, to dotakowa zupa nie nasyci wiecznego tu głodu. Hela nie miała sił wysłuchiwać moich „wymądrzań”.

Wszystko to jednak stawało się nie ważne na dźwięk gwizdka i paraliżujących słów: Wszystkie Żydówki na apel, albo Zydówki nie rozchodzić się po ogólnym apelu! Zapominało się wtedy o skręcającym kiszki głodzie, zimnie, klęczeniu godzinami w błocie na deszczu, na mrozie - nieraz bez butów, bo zostały skradzione lub rozkazali je zdiąć za wymyślone przestępstwa i kary. W takich chwilach znaczyło już tylko oczekiwanie wyroku - skinienie ręki niemieckich władców: w lewo, na śmierć - w prawo, na życie i dalsze męki w obozie. 

Szłam za Helą na placu przed łaźnią. Był jasny dzień jesienny. Ustawili nas rzędem rozebrane do naga. Chore, chude, słabe czy po prostu takie, które im nie przypadły do gustu odstawiali na lewo. Ja jeszcze wyglądałam nie najgorzej. Drżałam o bratową, ona nie miała już szansy. Wciąż przysuwałam się do Heli, chcąc ją osłonić swym ciałem w miarę, jak zbliżałyśmy się do sortujących esemanów. Z trudem oddychałam z napięcia. Mengele uniósł rękę i wyznaczył Helę na lewo! Schwyciłam ją ze wszystkich sił i mocno  przytuliłam do siebie. Oni są tylko ludźmi, wierciło mi w głowie, nie jakąś siłą wyższą, mogą powiedzieć, tak, i Hela zostanie! To jest wszak w mocy ludzkiej!

Kapo szarpały się ze mną, chcąc mi wyrwać Helę. Kim ona jest dla ciebie - zagrzmiało zimne pytanie Unterscharfuhrera Taube. To moja matka, siostra, bratowa, nie mogę żyć bez niej, mówiłam gorączkowo, jak do człowieka. Władca życia i śmierci zawyrokował, żebym poszła z bratową. Blokowa zapisała posłusznie mój i Heli numer na listę do gazu. Ale w żaden sposób nie dawałam się wypchnąć z miejsca, w które się wparłam, nie wypuszczając ze swych objęć Heli. Nie umrę teraz w tej jasności dnia, mówiłam sobie, i nie wrócę bez niej! Czułam całą siłę swego życia.

Zastępca komendanta obozu, stojący naprzeciw nas w grupie wysokich oficerów przypatrujących się selekcji, jak teatru, przywołał mnie skinieniem palca. Milcz! - przerwał moje błaganie, jak nie, to pójdziesz tam – wskazał na ogień z komina krematorium, a jeśli zamilkniesz, zwolnię cię wraz z twoją Schweigerien. Oficerowie zaśmiali się diabelsko, przedrzeźniając moje niedowierzające: Jaaa?? Hessler rozkazał blokowej skreślić nasze numery z listy wyznaczonych na śmierć.

Siarczysty policzek powalił mnie na ziemię, gdy rzuciłam się Hesslerowi na szyję w porywie wdzięczności. Urodziłam się na nowo wraz z Helą, ale ona już na krótko. Powiedziała mi po selekcji, wskazując na swe ręce i nogi - gołe kości, że ona już nie żyje, oddycha jeszcze tylko moim oddechem...Wmawiałam jej, że wojna się niedługo skończy i ona wyzdrowieje, stanie się z powrotem, jak dawniej.

Hela wiedziała lepiej ode mnie, że nie da się cofnąć losu. Jeszcze się wlokła ze mną ostatnimi siłami na apel, do pracy w szwalni. Starałam się, jak mogłam walczyć z jej licznymi chorobami, ulżyć jej. Szmuglowałam do latryny garnuszki, w których się musiała załatwić, nie będąc w stanie dotrzeć do drzwi baraku i tam się tłoczyć w tłumie kobiet chorych na dezynterię. Z setek chorych wypuszczano po 10 – 15 osób pod eskortą do odległych, zawsze przepełnionych ustępów! Załatwianie się do naczyń na jedzenie było karane niemal śmiertelnie. Jednak mie przyłapano mnie. Ignorowałam groźbę kar, myślałam wyłącznie o szybkim opróżnieniu wciąż potrzebnego Heli garnuszka. Pożerała ją gorączka, szkorbut, i ta nieustanna biegunka z krwią. Sąsiadki z pryczy namawiały mnie, żebym ją zostawiła, ona ma gruźlicę i ja się zarażę. Nie miały pojęcia, czym  jest dla mnie Hela, zdrowa czy chora!

Nie mogła już zejść z nary, nie docierał do jej świadomości sens gwizdka na apel. Sztubowe wyniosły ją na noszach i położyły w błocie obok mnie. Po raz pierwszy stałam sama na apelu. Hela wpatrywała się we mnie, jakby żegnała się ze mną, jakby błagała o pamięć lub przepraszała, że mnie musi zostawić. Jej spojrzenie z tych chwil pozostało we mnie na całe życie. Odprowadzono Helę w grupie chorych na rewir. Blokowa przyrzekła mi, że mnie weźmie do niej, gdy będzie prowadzić inne chore do szpitala. Po owej selekcji odnosiła się do nas trochę lepiej. Odtąd nie zjadałam swych porcji chleba,  by je zanieść  Heli z nadzieją, że ona  się wzmocni i wróci do mnie. 

Leżała na górnej pryczy, jak duch. Jej twarz rozjaśniła się ns mój widok, nie odrywała ode mnie wzroku, jakby chciała wchłonąć w siebie moją postać: Halinka, przyszłaś do mnie, przyszłaś! Na chleb nie spojrzała nawet. Nie był już jej potrzebny. Odrazu niemal też wyrzucli mnie stamtąd biciem. Odważyłam się po kilku dniach zapytać blokową, co jest z Helą. Odwarknęła przez zęby, że nie ma jej już. Musiałam wiedzieć, czy ją wzięli do gazu – albo umarła tam na pryczy. Było to dla mnie niezmiernie ważne. Blokowa przestała na chwilę przeklinać i bić. Ludzkim głosem odpowiedziała, że Hela umarła na pryczy. Czyli naturalną śmiercią... Miała 20 lat.  Nie byłam potrzebna już nikomu, ani samej sobie. Skuł mnie pancerz zobojętnienia.

Samotność, obcość i wrogość wokoło, bo nawet powietrza do oddychania nie było dość i o wszystko trzeba było się szarpać, bić. Pociągi z ludźmi nieustannie zwożonymi na śmierć na przeciw mojego bloku na rampie, ogień z komina, zapach palonego mięsa ludzkiego; błoto, choroby, rany ropne na całym moim ciele, świerzb, wszy, tyfus – selekcje.
 
Przechodziłam je. Nie stawałam się szkieletem. Ocierałam się ciągle o śmierć, a ona omijała mnie. Wracałam do zdrowia bez lekarstw, nie zaziębiałam się naga i bosa na dworze w deszcz, mróz na przekór prawom natury... Udawało mi się ukryć choroby, niedozwolony wiek, za które groził mi wyrok śmierci. Nie wiedziałam już kim jestem, do kogo przynależę. Ci, z którymi mnie tu przywlekli warszawskim transportem z getta i Majdanka dawno ulecieli dymem z krematorium. Zmieniały się raz po raz wspólniczki do nar, przybywały z innych transportów i krajów, a te również padały, jak muchy.

Dwukrotnie doświadczyłam Christmas w Birkenau, gdy na jednym krańcu obozu świeciły się kolorowe lampki na choince, orkestra grała przy wymarszu i wmaszerowaniu do obozu (jak codzień, zresztą) - a na drugim krańcu słup ognia z komina z palonych ciał ludzkich. I grysik na mleku dla więźniarek, zamiast zupy ze zdrewniałej brukwi czy kalarepy - świątecznie, jak przystało na władców, znających tradycje, przestrzegających gorliwie stary porządek  - w hitlerowskim nowym.

Podczas selekcji „tyfusowej” przesądzał życie kolor języka. Mój nie zdradzil mnie – stał się biały dopiero wieczorem po selekcji. Nie powaliła mnie też wysoka gorączka w ciągu dwóch tygodni przy pracy bez jedzenia, ani ciężkie pobicie przez Nachtwachę. Przy następnej selekcji mój język miał już odpowiedni kolor... Epidemia tyfusu i bez selekcji dziesiątkowała obóz. Kobiety padały nieprzytomnie na apelach, przy pracy, na rewirze, bloki putoszały masowo.

Przy ostatniej selekcji zapisywali tylko jakieś znaki na liście, nie odprowadzali nikogo do gazu i wszystko poszło w zapomnienie pośród innych koszmarów obozowych. Po dwóch tygodniach zapędzili nas po rannym apelu z powrotem na blok. Cieszyłyśmy się, że nie musimy iść do pracy i ogrzejemy się na narze... Była nas już tylko trójka po epidemii tyfusu. Okryłam się kocem z Frumą i ona zaczęła opowiadać o swojej matce, domu,  matczynych potrawach. Nagle powstał zamęt na bloku. Zaczęli wywoływać jakieś numery, krzyczeć. Nie zwracałyśmy uwagi pogrążone w dobrych wspomieniach. Powtórzony z wściekłością numer uderzył, jak piorun z nieba: Fruma!...

Urwała w pół zdania i zeskoczyła z nary. Ciepło jej ciała zostało pod kocem, w uszach dźwięk jej głosu. Wyznaczone wtedy kobiety na śmierć musiały się rozebrać do naga przy drzwiach baraku i owinięte w szorstkie, ciemne koce, zostały zapędzone do gazu. Fruma miała 16 lat, przetrwała tyfus na ciężkim „Aussenkomando”,, ale jej język nie spodobał się niemieckim specjalistom.  

Sabina, której matkę zastrzelili w wagonie w drodze do Auschwitz - zagnali jeszcze wpierw do gazu. Wlokła się na apele i do pracy z płonącymi od gorączki oczami, bojtlem pelnym nie zjadanych porcji chleba, popękanymi wargami - błagała wciąż o łyk wody! Łyk wody! Wstawałam rano mokra od gorączkujących koleżanek, leżałyśmy tam z początku po szesnaście na narze! Ale szybko się rozluźniało od epidemii i nieustannych selekcji.

Polska sztubowa dała mi uciec z innej selekcji na dworze podczas silnego mrozu, gdzie przechodziło się przed trybunałem esesmańskim nago i boso. Jeszcze kiedy Hela żyła, Stasia dolewała mi czasem sama trochę zupy, którą dzieliła. W Jom Kipur wyznaczyła na dyżury w bloku nie-Żydówki, a wieczorem po powrocie z pracy zapaliła świecę na górnej narze naprzeciw drzwi, prosiła, żeby się nie rozchodzić i pomodlić się w ciszy, każda po swojemu, o doczekanie wyzwolenia.

Dzięki małej Polusi uratowałam się od ciężkich kar w komandzie Weberei, bo pomagała mi wykonywać normę plecionych lin ze szmat i zdobywać materiał. Potem dostałam się dzięki Polusi i zaprzyźnionej z nią sztubowej do „kanady”, gdzie wreszcie nie byłam głodna przez kilka tygodni. Patrzałam tam z bliska w proces masowego mordu i rabunku.

Kapo Alwira z Kartofelkomanda przydzieliła mnie do lżejszej pracy w kisiarni kapusty, gdzie było centralne ogrzewanie i dość kapustyczy brukwi do jedzenia... Nie wytrzymałabym przy dźwiganiu trag z kartoflami do rowów w rozkopanej, błotnistej ziemi. Potem Alwira uratowała mnie w marszu śmierci, w chwili, gdy już padałam i o mało nie zastrzellili mnie na drodze. Wlokła mnie na sobie, ledwie dysząc już sama. Ojciec Alwiry był Żydem, matka Niemką. 

Prajsowa i jej starsza ode mnie o rok córka, przygarnęły mnie do siebie po utracie Heli. Usługiwały blokowej, Żydówce słowackiej i miały dzięki temu więcej zupy, więcej miejsca na narze, dojście do przydzielanych w małych ilościach butów – nie musiały stać długo na apelach, wychodzić na selekcje. Poznałam je, gdy przyszłam na ich blok ze swą porcją chleba, by wymienić ją u Ukrainek na maść dziegciową, leczącą świerzb. Przynosiły tę maść z pracy. Chciałam też zobaczyć się z kuzynką, która była również na tym bloku. Okazało się jednak, że już wzięli ją w selekcji, choć jeszcze wyglądała  dobrze. Blokowa podsunęła Halinę: „a ta, Herr Unterscharfuhrer?” Nie odmówił. 

Jesienią 1944 roku ustały transporty do gazu. Nie było już prawie Żydów w Europie. Zostały po nich rozsypane popioły i  rzeczy wysortowane skrupulatnie, wywiezione do Niemiec. Ja też pracowałam przy tym sortowaniu i wysyłce.

Zbliżało się wojsko rosyjskie. Niemcy zburzyli komory gazowe i krematoria w akcji zacierania śladów swych zbrodni; wywozili transporty więźniów do innych obozów, w głąb Niemiec przeważnie. Nadchodził upragniony koniec królestwa Auschwitz, i jeśli Niemcy nie zabiją nas swoim zwyczajem przed opuszczeniem obozu, będziemy wkrótce wolni!   Miałam już 15 lat. Za szmuglowane kartofle i kapustę Prajsowa zdobyła mi ciepłą odzież, skórzane buty – dodatkową porcję chleba codziennie.  

1 stycznia 1945, ł Nowy Rok i nie wzięli nas tego dnia do pracy. Słońce i śnieg... Postanowiłam podejść do drutów, co było dozwolone, by podzielić się z Celiną, szkolną koleżanką Marka, poprawą w mojej sytuacji. Róźka poszła ze mną, mimo ostrzeżeń matki, których nie brałyśmy pod uwagę, bo wiele kobiet komunikowało się w tym miejscu. Celina była także w łaskach u tej blokowej, jako pielęgniarka i pomagała mi trochę. Dzieliły we trójkę narę z Prajsową i Róźką. Potem przeniesiono ją na inny odcinek lagru, graniczący z naszym.

Zaczęłam wołać: Celina! Wtem strzał i jednocześnie gorąc oraz straszliwy ból w dłoni. Wartownik z wieży wycelował do mnie. Popędziłam na oślep za Róźką. Ból w dłoni rozsadzał, najchętniej oderwałabym rękę od siebie. Było mi ciemno w oczach, padałam, zrywałam się, w głowie huczało: teraz zabił mnie?! Na krok od wyzwolenia, po ponad pięciu latach cierpień?! Nie dam życiu uciec! Nie umrę! Zaciskałam zęby, pięści. Dowlokłam się za Róźką na rewir. Okazało się, że kula przeszyła mi górne podramię, przeszła blisko serca, utkwiła obok kręgosłupa i płuca. Obezwładniła mi lewą rękę.

Nie było teraz komór gazowych, ale był lekarz esesmański, który dobijał ciężko chorych na pryczach. Patrzałam z przerażeniem na drzwi baraku... Przyjdzie i wykończy mnie. Okazało się, że zaciekawił go mój wypadek. Kazał mnie wyprowadzić na środek baraku pod światło, obejrzał moje rany i rozkazał odprowadzić mnie natychmiast do szpitala na męski lager, by mi usunęli kulę i złączyli nerw... Nie nadążałam myślami za biegiem wypadków, nie wierzyłam w to, co działo się ze mną.  

W małym baraku szpitalnym leżały na trzypiętrowych pryczach nieliczne kobiety po operacji. Nie były to Żydówki, więźniarek żydowskich nie leczono, robiono na nich jedynie eksperymenty „naukowe”. Przyjął mnie młody sanitariusz. Okazał zainteresowanie i życzliwość, co mi dodało otuchy, bo byłam przerażona do najwyższego stopnia. Pytał o szczegóły mojego wypadku, o pochodzenia, skąd i jak długo jestem w obozie. Były to charakterystyczne pytania, ludzie wciąż doszukiwali się wiadomości o oderwanych bliskich, może żyją gdzieś, może ktoś ich widział?...

Nie wiedziałam, co tu ze mną zrobią i bałam się wszystkiego, wszystkich. Życzliwa obecność sanitariusza, polskiego Żyda, działała uspakająco. Czekały mnie aż dwie operacje: usunięcie kuli i złączenie nerwu Radialis. W Auschwitz?! Przechodziły mnie ciarki na samą myśl! Utraciłam dużo krwi, gorączkowałam ciągle. Dwaj lekarze więźniowie kłuli mi rękę aż po ramię – niczego nie czułam. Nie mogłam nagiąć dłoni, poruszyć palców... Kaleka od piętnastego roku życia! Byłby mnie już lepiej zabił, mówiłam nieraz. Abram oponował, uczył mnie swego adresu w Krośniewicach, zapewniał, że wojna się wkrótce skończy i my zostaniemy razem.    

Usunęli mi kulę z pleców bez znieczulenia, nerwu nie można było operować, bo ręka  była pokryta cała pęcherzykami z ropą. Okazało się to szczęściem -  w pierwszych dniach po wyzwoleniu, gdy zaczęłam się normalnie odżywiać, wróciła mi władza w ręku! Jednak musiałam jeszcze w ciągu miesięcy, aż do wyzwolenia ukrywać swe kalectwo przed esesmanami w Ravensbruck, majstrami i chłystkami z Hitlerjugend w fabryce samolotów w Neustadt Glewe. Przykręcałam tam zdrową ręką śrubki do części samolotów, chorą podtrzymywałam je od dołu. Ukrywałam  bezwładną rękę w dużym rękawie męskiego płaszcza, w które Abram mnie ubrał przed ewakuacją z Auschwitz. 

18 stycznia 1945 roku wyprowadzono nas wieczorem w wielkiej kolumnie z kobiecego lagru B2B. Na śniegu paliły się ogniska; Niemcy palili teraz dokumenty, już nie ludzi! Jakaś kobieta rozpytywała o Halinę z przestrzeloną ręką – miała dla mnie paczuszkę przerzuconą  przez druty. Od Abrama. Ostatnie pozdrowienie! Abram zachorował i zmarł po wyzwoleniu, nie mógł już strawić jedzenia po latach głodu.    

Spotkałam Celinę na jakimś odcinku tego beznadziejnego marszu, którym nas wlekli po oblodzonych drogach dniami i nocami, aż do pociągu w Loeslau. Załadowali nas w nieopisanej ciasnocie do towarowych wagonów bez dachów. Mróz i wiatr w pędzie pociągu ciął, jak nożem. Dojechałyśmy ledwie żywe do Ravensbruk. Po godzinach wystawania na dworze na zimnie, zamknęli nas w bloku karnym z przestępczyniami niemieckimi.

Ciasnota na podłodze małego pomieszczenia, nie codziennie trochę zupy albo kawałek chleba. Niemki znęcały się nad nami. Czasem wykradałam się z baraku i myłam się topniejącym śniegiem pod rynną. Po kilkunasatu dniach odliczyli nas i znów odprowadzili pod eskortą do pociągu. Pociąg osobowy tym razem, ogrzewany nawet!... Ale wszy ożywiły się od ciepła i dokuczały jeszcze mocniej.

Siedziałam przy oknie i przyglądałam się mijanym krajobrazom niemieckich miast i wiosek. Stąd do nas przyszli i wszystkich nam zabili, spalili nam wszystko, zabrali?! W tych pięknych domkach mieszkają ich żony, matki, dzieci?! Czy oni wiedzą o tym?! Jeżeli przeżyję, pomyślałam, chciałabym do nich przyjść i opowiedzieć... W roku 1989 miałam przyjechać jako wolny człowiek do Berlina ze swą książką „Nadzieja umiera ostatnia” i filmem „Z powodu tej wojny”.

Ale tymczasem zaczynał się luty 1945 roku i czekały mnie dalsze miesiące na podłodze baraku w Neustadt Glewe. Przez dziesięć pierwszch dni nie dawali nam tu zupełnie jedzenia, potem dali chochlę zupy i chleb na dziesięć oszalałych z głodu kobiet. Mierzyło się te porcje sznurkiem. Nieraz chleb był w środku zielony od pleśni!... Podczas marszu śmierci jadłam i piłam śnieg. W chwili, gdy już padałam z wycieńczenia, schylając się po garść śniegu, znalazłam się właśnie w objęciach Alwiry. Niemcy zabijali odstających od kolumny. Cała droga była usiana trupami.  

3 maja 1945 roku Niemcy ubrani w cywilną odzież załadowali się na ciężarówkę, wystrzelili salwę z karabinów w tłum napierający na magazyn z żywnością – i odjechali. Brama obozu była otwarta! Nie potrafiłam się cieszyć odzyskaną wolnością na ziemi niemieckiej duszą uwięzioną w wiecznym Wczoraj. Jeszcze się nie urodziłam się do radości, byłam raczej wypaloną staruszką.

Po kilku tygodniach włóczęgi dotarłam z Celiną do Warszawy. W drodze do komitetu żydowskiego spotkałam na ulicy brata! Okazało się, że Marek wyskoczył z okienka w biegu pociągu na Majdanek. Został postrzelony z dachu wagonu przez esesmanów. Dowlókł się do chaty wiejskiej, gdzie opatrzyli jego ranę w plecach i dali przenocować. Inż. Strójwąs pomógł mu uratowć się w kryjówce w Warszawie. W styczniu 1945 Marek już był wolny w wyzwolonej Warszawie, ja wróciłam z obozów pod koniec maja...     

Po roku wyruszyłam z grupą młodzieży ocalałej z zagłady i osieroconej, jak ja, nielegalną drogą do Palestyny. Przekradaliśmy się przez granice różnych państw, półtora roku zostaliśmy w Niemczech w obozie dla emigrantów UNRA, potem kilka tygodni w południowej Francji.

W listopadzie odpłynęliśmy małym, starym statkiem rybackim na żaglach, bo motor popsuł się niemal od razu. Ukrywaliśmy się pod pokładem, by sprawujący wówczas władzę w Palestynie, Anglicy, nie schwytali nas i nie odesłali do obozu na Cypr. Po dwóch tygodniach niebezpieczeństw i wszelkiego rodzaju niedostatków na morzu udało nam się 3 grudnia 1947 roku dobić niezauważeni przez Anglików do Tel Avivu, jako pierwszy statek w przyznanym przez ONZ państwie Izrael.


Halina Birenbaum, 3.01.2003


Strona: 1 2 3

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.022956°N, 19.19906°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 - 2020 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies RODO
zamknij
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies