Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Halina Birenbaum – Życie jako nadzieja

Strona: 2


Jak spod ziemi wyrasta grupa policjantów żydowskich, okrążają ojca. Ich pałki spadają na niego ze wszystkich stron. Ojciec próbuje się osłonić rękoma, potem pochyla się, pałki na jego plecach, i znika w tej fali ludzkiej. Na zawsze. Nie mam nawet fotografii ojca, to jest ostatni jego obraz przed moimi oczami. Pozostał we mnie na całe życie.

Chilek zaczął krzyczeć, błagać mamę: chodź do pociągu, co będzie z wszystkimi Zydami, niech będzie z nami! Oni tu znają wszystkie kryjówki, zabiją was i mnie rozkażą uprzątać wasze trupy, ja nie chcę dożyć takiej chwili! Ja też już miałam dość ukrywania się i napięcia, czułam jakąś siłę i oparcie w tej masie ludzkiej. Ale mama nie słuchała: głupie dzieci, powiedziała spokojnie, ten pociąg to śmierć, tam zawsze zdążymy... Wreszcie ucichło wszystko, zostaliśmy we troje w jakimś kącie placu. Tobołki na ziemi, rozrzucone rzeczy, pogubione buty. Przerażająca pustka cmentarna. Chilek ukrył nas w kanale, gdzie o mało nie udusiłyśmy się. Nie jeden raz wyciągał stąd trupy.

Na szczęście okazało się niebawem, że nie było miejsca w wagonach dla wszystkich i garstka złapanych Żydów została w budynku policyjnym. Mogłyśmy przeczekać razem z nimi do rana, do przyjścia następnego pociągu. I mamie udało się przekupić żydowskiego policjanta. Zgodził się za ślubną obrączkę, dwa kilogramy ryżu i garnitur ojca, które mieliśmy w kryjówce na strychu, wyprowadzić nas  na „wolność”! Zwykła cena za wyprowadzenie z Umschlagu była 10.000 „od główki”.  

Dalsze tygodnie łapanek, kryjówek, męczarni, potem wielka kilkudniowa selekcja we wrześniu w Rosz Haszana (Nowy Rok żydowski) zwana kotłem na Miłej, z której Niemcy wywieźli dziesiątki tysięcy ludzi z getta – już teraz wszyscy wiedzieli, że wysiedlenie na Wschód, wagony, Umschlagplatz to znaczy po prostu śmierć w komorach gazowych w Treblince! Z pół miliona Żydów w getcie warszawskim, pozostało kilkadziesiąt tysięcy. My jeszcze wśród nich. Bez ojca.

Sieroctwo, zniszczenia, pustka. Wokoło strzępy rodzin, życia. Mama pracowała w szopie, szyła mundury dla wojska niemieckiego, ja schowana pod jej maszyną przyszywałam guziki, by mieć prawo do życia. Getto mieściło się teraz zaledwie na kilku, odciętych od siebie ulicach i zostało zmienione w obóz pracy. Chilek i Marek pracowali na placówce po aryjskiej stronie, sprowadzali żywność za rzeczy szmuglowane z pustych mieszkań po wywiezionych. Zakazano Żydom znajdować się na dworze prócz jednej godziny rano, gdy się szło pod eskortą do pracy i jednej godziny na powrót wieczorem. Esesmani grasowali nieustannie po getcie, strzelali, robili zasadzki na strychach, bo przechodziło się tędy po kryjomu na inne ulice.

Chilek ożenił się. Rodziców Heli (pochodzili z Bydgoszczy) zabrano w wrześniowej selekcji na Miłej, my schowaliśmy się wtedy na strychu, bo mama zgubiła Aussweis. Na szczęście, bo kiedy przyszła kolej na jej szop, Niemcy przestali wybierać i pognali wszystkich do wagonów. Po selekcji Ausweiss się znalazł wśród rozrzuconych rzeczy w mieszkaniu...  

Rozeszły się pogłoski, że wiosną Niemcy zlikwidują ostatecznie getto. Warszawa ma być Judenrein – czysta od Żydów!  Zaczęła się gorączkowa budowa bunków pod ziemią w nadziei, że po klęsce Niemców w Stalingradzie wojna już nie potrwa długo i będzie można w nich przetrwać. Zaopatrywano bunkry w prycze, żywność, wodę, wentylatory, łomy żelazne, by uciec z wagonu, gdzieniegdzie w broń – truciznę, byle nie do Treblinki!

Organizowało się powstanie żydowskie. Pozostali w getcie pojedyńczy członkowie rodzin nie mieli już nic do stracenia, nikogo więcej nie narażą oporem. Przed wielkanocą przeszliśmy do tz. małego getta, na Miłą, gdzie mama postarała się o miejsce w bunkrze, musiała za nie zapłacić. Wartownicy niemieccy placówki, z którą postanowiliśmy wieczorem przejść na Miłą, gdzie znajdował się nasz bunkier, byli wyjątkowo brutalni i Marek zadecydował, że nie zabierzemy ze sobą przygotowanej żywności. On to przyniesie nazajutrz...

Mama wzięła tylko swój koszyczek z mąką, kostkami cukru i butelką oleju, co nie rzucało się w oczy. Na Miłej natkęliśmy się niespodziewanie na Ernę i jej matkę. Żywe duchy niedawnej, a tak dalekiej przeszłości, jak i my. Namawiały mnie, żebym została u nich na noc, tyle wszak mamy sobie do opowiedzenia! Ale Marek sprzeciwił się: nie wolno nam się oddalać od siebie, nie wiadomo, co przyniesie następna godzina... Marek wrócił do poprzedniego mieszkania po zostawioną tam żywność.  

Wielkanoc, 19 kwietnia 1943 roku, „Leil Haseder” – Noc Sederowa, matka obudziła nas gwałtownie: wstawać, Niemcy okrążyli getto, schodzimy do bunkru, szybko! Napięcie, pośpiech, oszałamiający strach i nadzieja ratunku w mrokach podziemia, odcinających od zewnętrznego świata. Mdłe, słabe światełko, duszność, gorąc. Zdenerwowanie, krzyki i kłótnie na przepełnionych pryczach i w wąskich przejściach. Zebrało się tu odrazu więcej ludzi, niż było miejsca. Na pryczach można się było poruszać tylko w pozycji leżącej.

Niemcy nie chodzili, jak przedtem od domu do domu rozwalać drzwi i wyciągać Żydów, po prostu podpalali ulicę po ulicy, dom za domem. Ludzie palili się żywcem, dusili się od dymu – uciekających rozstrzeliwali na miejscu lub odprowadzali na Umschlag. Bunkry, których ogień nie sięgał, zalewali wodą. Bunkier Erny na Nalewkach został zatopiony. Ukrywało się tam kilkadziesiąt osób. Mnie nie pozwolił Marek wczoraj (czy przed wiekiem?) zostać u przyjaciółki... On był teraz też odcięty od nas. Zamieniono w kryjówce dzień na noc, by łapacze i ich różni pomocnicy-zdrajcy nie słyszeli nas i  nie złapali. Nocą nie chodzili szukać.

Mdleliśmy z głodu. Mama dzieliła nam co kilka godzin kostkę cukru, łyżeczkę marmelady i trochę wody. Nie mogła się dopchać do pieca, by ugotować te kluski z mąki – tam zawsze dostawali się najsilniejsi. Ludzie leżeli na narach lub kręcili się nerwowo obok nich prawie nadzy. Bunkier zapełnił się  ponad granice pojemności, bo uciekający z palących się domów też docierali do nas. Dym wdzierał się do środka, nie można już było nawet zapałki zapalić z braku tlenu. Ludzie padali w charczącym oddechu. Nad nami ogień, strzelanina, czołgi, armaty i auta pancerne przeciw garstce powstańców żydowskich, i nam, ukrytym w podziemiach... Silniejsi moczyli ręczniki i powiewali nimi, dając zludę powietrza, orzeźwiającego chłodu... Zaczęli się dzielić nawet ostatnią kroplą lekarstwa. Na progu śmierci niewiele już jest potrzebne, jedynie iskierce życia tak wiele trzeba, by się utrzymać, aż zgaśnie. 

Leżałam na pryczy nawpół omdlała, gdy mama szarpnęła mnie mocno za ramię: ubierz się szybko, „nakryli” nas, walą już do wejścia! Czym mierzy się klęskę nadziei, ile czasu trzeba, by sobie ją uprzytomnić i wejść w dalszy wyścig ze śmiercią?! Wrzucony do środka granat, wpuszczona drabina,  postacie w zielonych mundurach i wysokich butach z cholewami przerzucają nas błyskawicznie w inną erę: „Alles heraus!Wychodzić!! Nic wam nie grozi, jedziecie do pracy, tylko posłusznie wykonywać rozkazy! Schneler!” Może to prawda?...

Po trzech tygodniach światło dzienne! Pomagają nam nawet wydostać się na zewnątrz po drabinie. Boją się, że ktoś ma broń i będzie strzelać, co się zdarzało w tym czasie. Dołączyli nas do kolumny na jezdni - po raz ostatni. Początek maja. Ślady walk na ulicach, czołgi, auta pancerne, ani jednego całego domu w getcie, nawet szkielety spalonych budynków wysadzili w powietrze, żeby nikt się w nich nie mógł ukryć. Po  drugiej strony muru ktoś gral na pianinie. 

Umschlagplatz. Po raz drugi. Mama, Chilek, Hela, Halina. Znów do budynku szkolnego–policyjnego. Stłoczyli nas na podłodze w jednej z byłych klas. Czekanie na pociąg przez całą noc w pełnej świadomości, co oznacza „do pracy na Wschód”. Nie zmniejsza to bezradności, ale i ta bliska, nieukniona przyszłość jest daleka w obliczu koszmaru sprzed pociągu. Nie wolno nam poruszyć się pod groźbą rozstrzelania. Raz po raz zjawia się jakiś Niemiec i  na kogo pada jego wybór, ma dać  mu pieniądze, złoto, biżuterię! Jeden wszedł z pustymi butelkami w rękach.

Wtuliłam głowę w kolana matki, zatkałam palcami uszy, mama pochyliła się nade mną, by mnie osłonić. Trwało to chyba wieczność albo zamarłam, nie widząc ani nie słysząc niczego. Nagle poczułam, że ciało matki drży nade mną hamowanym spazmem. Mama nie załamywała się nigdy, nie płakała. Odetkkałam uszy. Grobowa cisza, przerywana uderzeniami pejcza. Uniosłam głowę. Mój brat! Twarz Chilka, zbita, pokrwawiona, zwężone z bólu oczy za rozbitymi okularami. Nie jęknął nawet, gdy tamten go katował. Usiadł cicho obok Heli i mamy. Chciał wody, ale mama miała w koszyku  butelkę oleju...

Jak rozwieszczone, żądne krwi bestie wpadli nad ranem do budynku. Zganiali biciem i strzelaniną do wagonów. Przepychałam się wśród tratujących się na schodach ludzi.Trzymałam się kurczowo matki, by się nie zagubić. Krótka przestrzeń od wyjścia z budynku po trupach zabitych aż do pociągu trwała całe życie i już nie określę, z któregu kręgu następujących po sobie epok.

Znaleźliśmy się w wagonie. Zaden cud nie zdołał tego powstrzymać. Niemcy nie stali się mniej potężni i okrutni po swych klęskach na Wschodzie, ziemia ani niebo nie rozwarły się nad masowym mordem narodu w rozpaczy czy łasce. Ale kto by o tym teraz myślał?! Nie było, gdzie nogi postawić, uchronić się przed napierającym tłumem i uniknąć rozdeptania. Esesmani walili kolbami stłoczonych u drzwi wagonu, aż padali na innych, wlepiali się jedni w drugich i w ten sposób robili miejsce dla następnych... Zatrzasnęli  i zaplombowali drzwi, gdy już nawet szpilka nie mogłaby się zmieścić.

Pociąg ruszył, wąskie okienka wagonu zatkali swym ciałem najsilniejsi i nie dopuszczali powietrza do wnętrzna. Ludzie bili się o każdy centymetr miejsca, kłócili się, tratowali i dusili jedni drugich swym ciężarem. Wrzucane czasem przez Polaków po drodze butelki wody wyrywano sobie z rąk, z ust – dostawały się najsilniejszym. Esemani strzelali do wyskakujących przez okienka, do wnętrz wagonów. Stałam na tym stosie wtulona w matkę. Patrzałam z rozpaczą na nieszczęsną butelkę oleju w jej koszyczku – płyn, ale nie do picia!!! Wiedziałam już o Treblince, ale mama zapewniała, że jedziemy do pracy. Byłam wdzięczna za wszelkie kłamstwo, byle nie usłyszeć nazwy tej strasznej stacji.

A potem stało mi się już wszystko jedno, bo nie mogłam więcej wytrzymać tutaj. Upadłam. Inni zwalali się na mnie. Zaległa mnie ciemność, nie czułam więcej nic Wtem ktoś upadł mi na twarz, na nos. Nie mogłam oddychać! Zaczęłam się szamotać z nadludzką siłą, aż wyrwałam się spod tego duszącego stosu i z własnych, zasznurowanych butów, raniąc do krwi potratowane nogi. Zrzuciłam z siebie niemal całą odzież i na tej górze konających i umarłych oraz mojej odzieży, dosięgłam okna. Wychyliłam głowę, lufa karabinu esesmana stojącego na schodku wagonu dotykała mi grdyki. Miałam powietrze, chłonęłam je całą sobą!

Pociąg stanął na jakiejś stacji. Była noc, padał deszcz. Wrzaski, bicie: Raus!!! Ruszamy w wielkiej kolumnie ludzi, brodząc w błocie. Chciało mi się lizać to błoto językiem z pragnienia. Miałam na sobie jedynie płaszcz męski, który znalazłam po ciemku w wagonie. Ale byłam z mamą, bratem, bratową i kuzynką, nie pogubiliśmy się! Okazało się, że jesteśmy w Lublinie. Całowaliśmy się z radości, że to nie Treblinka...

Brnęłam w błocie bosa, opierając się na Chilku. Niemcy strzelali do tych, którzy nie byli w stanie chodzić. Mama zdięła z zabitej kobiety pantofle na wysokich obcasach. Miałam przecież wyglądać na 17 lat!... Chilek oderwał jeden obcas, bo nie mogłam chodzić, drugiego już nie zdążył. Akurat dotarliśmy do miejsca, gdzie oddzielali biciem mężczyzn od kobiet. Mówiono też, że zabiorą starych i dzieci. Powiedziałam do mamy, żeby nie poszła za mną, jak mnie wezmą. Mama spojrzała mi w oczy i spytała, czy wierzę naprawdę, że mogłaby mnie zostawić?!

Chilek przytulił nas do siebie, zanim esesman uderzył go pejczem i oderwał od nas na zawsze. Ostrzegł mnie w ostatniej chwili, żebym nie opierała się o matkę, bo to ją zawali. Dął zimny wiatr. Mama okrywała mnie swym płaszczem w tłumie kobiet na placu. Mówiła, że niedługo pójdziemy do łaźni, dostaniemy inną odzież, a potem ogrzejemy się i posilimy w baraku w obozie.

Słuchałam jej z niecierpliwością. Gwóźdź w pięcie po odłamanym obcasie i wysoki obcas w tym drugim pantoflu, dobijały mnie. Jeszcze nie wiedziałam, że te pantofle uratują mnie podczas selekcji na Majdanku. Aufsejerka wyganiając więźniarki na apel, odsyłała  kobiety o chorych, zranionych nogach na ciężrówkę do gazu. Zatrzymała mnie, ale zauważyła, że mam jeden pantofel bez obcasa i dlatego kuleję. Przepuściła!... 

Wciąż wyciągali grupy kobiet na placu i odprowadzali dokądś. Przyszła kolej na nas. Opierałam się o kuzynkę, pomna ostrzeżenia Chilka, mama z bratową szły za mną. Ból w nogach otępiał mnie na wszystko, myślałam jedynie, jak postawię następny krok. Nagle znalazłam się w wielkim baraku pełnym odzieży, gdzie i nam rozkazano rzucić swoją, z wyjątkiem butów. Wreszcie łaźnia! Dziesiątki nagich kobiet pod natryskami, także Halina, Hela. Mama miała rację, nie zabiją nas, będziemy żyć, pracować!

Chciałam objąć ją, przytulić... Szukałam jej oczyma wśród nagich kobiet coraz bardziej zdenerwowana. Nie odrywałam oczu od drzwi. Napewno wejdzie za chwilę, musi przyjść!!! Czułam jeszcze ciepło jej ciała pod paltem, którym mnie otulała przed chwilą na placu. Nie weszła! Bałam się zapytać bratową, nie chciałam słyszeć odpowiedzi. Zawisłam w przepastnej pustce bez wyjścia, bez sensu. Nie ma mamy, mówił niezrozumiały głos Heli, ja teraz jestem twoją mamą... Nie pojmowałam sensu jej słów. Chodziłam w kółko i powtarzałam w otępieniu -  nie ma mamy, nie ma mamy!!! Nie mieściło mi się to w głowie.

Ordynarnymi wyzwiskam, i biciem po nagich, mokrych ciałach zagnali nas do jakiegoś zimnego pomieszczenia. Rzucali nam odzież, za dużą, za małą, jak w cyrku. Mnie się dostała elegancka, czarna suknia balowa z koronkami. Hela wciągnęła ją na mnie i przewiązała w pasie, by ją skrócić i umożliwić mi chodzenie. Błagała przy tym: Halina, nie patrz na mnie, ja się boję twoich oczu.!... Jakie miałam wtedy oczy, które tak przerażały? Kim byłam?
Strona: 1 2 3

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.022956°N, 19.19906°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 - 2020 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies RODO
zamknij
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies