Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Świadectwa byłych więźniów

  • Halina Birenbaum - Życie jako nadzieja - cz. I

    Halina Birenbaum - Życie jako nadzieja - cz. I


    Życie jako nadzieja

     

    Moje lata - wieki w Shoa

     

     

    Spotkałam swą wolność z pustką w sercu po przebytych dramatach w latach Holocaustu. Ogrom sieroctwa, ruiny, zgliszcza w powojennej Warszawie - nic wokół mnie i jakby we mnie... Już miałam w rękach cały bochen chleba, mogłam kroić, ile tylko dusza zapragnie. Ale było mi ciasno w czterech ścianach domu i w sobie. Nie chciałam być, jak moja mama przed wojną, tylko troszczyć się o dom, gotować, sprzątać – byłam już o tyle starsza od niej przy swych piętnastu latach! Szmat drogi przebyłam od dzieciństwa po starość, po śmierć w ciągu tych lat wojny i okupacji. Tyle razy patrzałam śmierci w oczy, zamierałam w strachu, napięciu przedostatnich chwil; takie masy ludzkie paliły się na moich oczach - jak wejść po tym wszystkim w zwykłą codzienność na wolności w uwięzieniu tamtych obrazów i głosów?

     

     

    Marzyłam, że jeśli przeżyję to piekło, zamieszkam na bezludnej wyspie... Jeśli przeżyję - co w moim przypadku było najmniej prawdopodobne wobec praw hitlerowskich skazujących cały naród żydowski na zagładę, a w pierwszym rzędzie staców, chorych i dzieci... Byłam nielegalna nawet w obozach, tam dopuszczali tylko młodych, zdrowych, a i to zależało, ilu chcą zostawić do katorżniczej pracy, resztę odsyłali do gazu. Moje życie i ocalenie okazało się ciągiem przypadków... Do dziś.

     

     

    We wrześniu 1939 roku skończyłam 10 lat i przeszłam do III oddziału szkoły podstawowej. Miałam kochających rodziców, dwóch starszych braci, dziadków ze strony matki i ojca, licznych krewnych. Byliśmy niezamożną rodziną. Marek, starszy ode mnie o 11 lat brat, studiowal medycynę, był wyjątkowo zdolnym i pracowitym uczniem - starszy ode mnie o 7 lat, Chilek, uczył się w szkole rzemieślniczej. Ojciec był pośrednikiem handlowym, matka prowadziła dom i pomagała zarabiać na życie szydełkowaniem. Tego lata, na wieść o zbliżającej się wojnie rodzice i siostry matki z rodzinami przyjechali do Warszawy. Myśleli, że w stolicy będzie łatwiej przeżyć niż w Żelechowie. Rodzina ze strony ojca została w Białej Podlasce.

     

     

    1 września zagrzmiała syrena alarmowa – i już nie poszłam więcej do szkoły. Niebo nad Warszawą pokryły eskadry niemieckich Messerschmidtów, posypały się bomby burzące i palące, wybuchły pożary, których nie było czym gasić. Domy zawalały się, grzebiąc pod sobą tysiące ludzi. W ciągu trzech tygodni nie ustawało to piekło. Nie było, co jeść, nie było wody... Wywlekano z palących się sklepów konserwy kiszonych ogórków, marmelady, noszono wodę z Wisły – ludzie padali po drodze od odłamków, szrapneli. Huki bomb dniami i nocami, łuny pożarów, zapach rozkładających się pod gruzami trupów i spalenizny, ryk syren alarmowych i w głośnikach zapowiedzi: „uwaga, nadchodzi, przeszedł, nadchodzi, nadchodzi”!....

     

     

    W największe święto żydowskie Sądny Dzień – Jom Kipur, Niemcy bomardowali najbardziej dzielnicę zamieszkałą przez Żydów i nasza ulica stanęła w ogniu. Była noc po wielkim poście i żarliwych modlitwach. Wybiegliśmy z palącego się domu, chwytając do rąk, co się dało unieść. Schroniliśmy się w piwnicy domu znajomych. Panował tu tłok, zapach pleśni, wydechów ludzkich i nie dające się opisać przygnębienie. Niektórzy tracili przytomność umysłu z przerażenia, bełkotali jakieś niezrozumiałe słowa. Przypatrywałam się dorosłym, czytałam z ich twarzy, z każdego ich poruszenia i dojrzewałam do niepojętych sytuacji walącego się wokół nas świata.

     

     

    Aż wreszcie nastała cisza. Cisza klęski, znieszczenia i żałoby. Na ulicach ludzie z tobołkami na plecach. My również w tej fali szukających dachu nad głową. Po raz pierwszy zobaczyłam Niemców. Maszerowali butnie zburzonymi ulicami Warszawy, jak zamykająca na wieki, niezwyciężona ściana śmierci. Ludzie tłoczyli się po chleb, żołdacy niemieccy wyciągali Żydów z kolejek i maltretowali ich.

     

     

    Znaleźliśmy pokój w mieszkaniu dentystki sparaliżowanej po szoku bombardowań, jej mąż, także lekarz dentysta, umarł przed wojną. Ona, dwie córki, syn - technik dentystyczny, zajmowali teraz jeden pokój, a pozostałe cztery i kuchnię odnajmowali. Najmłodsza Elusia, o dwa lata starsza ode mnie i o rok ode mnie młodsza, Erna, mieszkająca z rodzicami w sąsiednim pokoju stały się moimi przyjaciółkami. Mieszkaliśmy razem do „wysiedlenia”.

     

     

    Niemcy nakazali Żydom od dwunastego roku życia nosić białe opaski z niebieską Gwiazdą Dawida na prawym podramieniu, by ich wyodrębnić od innych ludzi. Robili łapanki na Żydów, rozstrzeliwali pod byle pretekstem, czy bez pretekstów. Zabronili Żydom jechać pociągami, tramwajami, uczyć się, modlić się w bóźnicach, zbierać się w większych grupach. Od siódmej wieczór ogłosili godzinę policyjną i bezwzględny zakaz znajdowania się poza domem. Za dnia tłumy zalegały ulice. Ludzie sprzedawali z siebie odzież, pościel, bieliznę, by móc kupić, co dzień droższy i gorszy chleb, zmarznięte kartofle, kaszę, mokre drzewo. Byle jakoś przeżyć dzień w nadziei, że wojna się skończy wkrótce klęską Niemców i wszystko wróci do normalnego trybu.

     

     

    Groza narastała jednak z każdym dniem. Choroby, głód. Raz po raz wdzierał się z ulicy przeraźliwy okrzyk: Niemcy! - i triumfalne ciężarówki wjeżdżały w zatłoczone ulice, esesmani zeskakiwali z nich, strzelali w uciekających, skinieniem ręki i okrzykiem „Halt!” zatrzymywali mężczyzn, których ładowali biciem na ciężarówki. Wchodzili do domów żydowskich wyciągać meble, towary z mieszkań i sklepów, wyprowadzali właścicieli - ojców, synów i rozstrzeliwali ich.

     

     

    Pogłoski o getcie dla Żydów sprawdziły się, jak wszystkie najgorsze, niewyobrażalne przepowiednie. Wysoki mur odgrodził nas pod koniec jesieni 1940 roku od Aryjczyków. Niemcy rozkazali wszystkim Żydom opuścić w ciągu godziny swe mieszkania i skupić się na ciasnym obszarze najnędzniejszej okolicy Warszawy. Zapędzili tu pieszo także Żydów z innych miast i miasteczek, zabijali słabych po drodze, chorych w łóżkach. Setki tysięcy zostało bez dachu nad głową, nie mieli, więcej nic! Gnieździli się w niemożliwej ciasnocie w byłych klasach szkolnych i innych publicznych budynkach, zwanych Punktami. Umierali tam masowo z głodu, brudu, epidemii. Ale w Punktach nie było dość miejsca dla wszystkich wygnańców. Leżeli na ulicach, podwórkach, klatkach schodowych; żebrali, puchli z głodu, odmrożenia. Nie nadążono uprzątać trupów, przykrywano je gazetami, aż przyjedzie po nie wóz by je zebrać i wrzucić do wspólnego grobu.

     

     

    Byłam w tym tłumie, rosłam w nim i uczyłam się życia pośród ogólnego zniszczenia. Bawiłam się razem z innymi dziećmi, popychając ludzi w tłoku na ulicy, obok tych nakrytych gazetami trupów... W późniejszym okresie komitet domowy zorganizował nas do zbiórki pieniędzy dla żebraków i głodujących sąsiadów. Przypinaliśmy kokardki papierowe przechodniom, by ofiarowali kilka groszy. Występowaliśmy czasem na wieczorkach w domach zamożniejszych rodzin, deklamowaliśmy i śpiewaliśmy przedwojenne lub gettowe piosenki. Oczywiście, brały w tym udział dzieci i młodzież, które narazie nie głodowały i nie były załamane.

     

     

    Nasza rodzina też nie głodowała jeszcze w tym okresie. Marek pracował w szpitalu żydowskim, zarabiał trochę przy zabiegach lekarskich, polski właściciel fabryki konserw, Maggi, któremu ojciec pośredniczył w dostawie surowców z Galicji, przekazywał nam do getta fasolkę, brązowy cukier i konserwy zamiast pieniedzy, za które niewiele można było kupić, bo wszystko drożało z godziny na godzinę. Fabryka inż. Strójwąsa znajdowała się na granicy getta, co umożliwiało do pewnego czasu ten kontakt. Otrzymywane produkty w większości sprzedawaliśmy, by kupić chleb, kartofle, drzewo do ogrzania pokoju.

     

     

    Ja nawet uczyłam się jeszcze w tych warunkach. Pod kierownictwem i surowym nakazem starszego brata przerobiłam w ciągu tych trzech lat materiał od trzeciego oddziału szkoły podstawowej do pierwszej klasy gimnazjum. Marek uczył mnie także francuskiego. Może dla oderwania od ciężkiej rzeczywistości – a może w nadziei, że doczekamy końca wojny i ja nie zostanę w tyle w swej edukacji... Czytałam zwłaszcza wiele, także wiersze, których bardzo szybko uczyłam się na pamięć. Znajdywałam w tym ucieczkę od panującej wokoło grozy i coraz straszniejszych wieści o zwycięztwach Niemców na frontach, mordowaniu Zydów, budowaniu komór parowych czy gazowych do masowej zagłady w Chełmie, Bełżcu - i najokropniejszym ze wszystkich, Oświęcimiu!... Miałam 11 lat, kiedy zaczęłam pisać o tym, co działo się wokół nas, nie mogąc pomieścić w sobie ogromu okrucieństw, coraz gorszych wiadomości i beznadziejnych komentarzy dorosłych.

     

     

    Dwa okna naszego pokoju obito dyktami, za oświetlenie służył płomień z rurki gazowej, a potem śmierdząca lampa karbidowa. Spaliśmy na podłodze, rodzice i bracia na dwóch materacach, a ja, jako najmłodsza (zawsze mama uczyła mnie ustępować starszym, przeciw czemu buntowałam się) na posłaniu z kołdry. Kiedy zapędzili wszystkich Zydów do getta, dostaliśmy od znajomych tapczan, stół i cztery krzesła. Znów musiałam ustąpić... nie było piątego krzesła. Zwolnił się jednak dla mnie materac, bo bracia spali już na tapczanie.

     

     

    Na szczęście, nasza ulica została w getcie i nie musieliśmy, jak większość Zydów, szukać innego pomieszczenia. Niemcy zmniejszali kilkakrotnie getto i ludzie zostawali po prostu na ulicach, umierali masowo. Rodzina dentystki także przymierała głodem niemal od samego początku. Nikt potem nie płacił komornego ani nie leczył sobie zębów...

     

     

    Minęły dwa lata getta. Marzyłam, że obudzę się jednego rana i Niemców nie będzie więcej w Warszawie, znikną nagle z naszego życia, tak, jak się do niego wdarli.... Pod koniec lipca 1942 roku rozkleili plakaty na murach po polsku i po niemiecku, że wszyscy Żydzi będą przesiedleni do pracy na Wschód. W getcie zostaną tylko nieliczni, potrzebni Niemcom do pracy w szopach, gdzie szyje się mundury i buty dla wojska niemieckiego oraz w fabrykach po aryjskiej stronie. Zatrudnieni Żydzi otrzymają Aussweise (przepustki), które niebawem okazały się prawem do życia, i płacono za nie wysokie łapówki.

     

     

    Panika i rozpacz opanowały całe getto. Dopełniła grozy wieść o samobójstwie A. Czernikowa, prezesa gminy żydowskiej. Prezes, posłuszny zawsze Niemcom, nie chciał podpisać rozkazu wysiedlenia, co naprowadzało najgorsze domysły. Odrazu też znikła wszelka żywność. Słowa: akcja, blokada, wysiedlenie, wagony, Umschlagplatz stały się odtąd naszą wyłączną rzeczywistością, jedyną treścią życia. O Treblince nie wiedzieliśmy jeszcze... Umschlag to duży, obwarowany plac na Stawkach przed szkołą, w której Chilek uczył się do wybuchu wojny. Czekały tu codziennie wagony bydlęce, którymi Niemcy wywozili złapanych Żydów. Najpierw wywieźli wygnańców z Punktów, żebraków z ulic, chorych, kaleki, opuchłych z głodu, odmrożenia.

     

     

    O nic nie pytałam, nie upominałam się, niczemu się nie dziwiłam - wszystko czuło się w powietrzu, czytało się w twarzach ludzkich, w oddechu śmierci i strachu przed nią. Nawet male dzieci pojmowały, że trzeba milczeć, zakopać w gęsty mrok swe zabronione bycie, oddech, bicie serca – by nie zostać wykrytym i wywiezionym na ten zagadkowy, straszny „Wschód”... Włożyliśmy na siebie co najlepsze z odzieży i obuwia, kilka zmian bielizny, sukien, swetry - na wypadek, że złapią nas i wywiozą do jakiegoś okropnego obozu, by mieć tam, w co się przebrać czy wymienić rzeczy na żywność. Mama wzięła do koszyczka trochę mąki, kaszy, cukru w kostkach, butelkę oleju. Pożegnaliśmy się z sąsiadami. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to już na zawsze.

     

     

    Mieszkanie cioci Feli, młodszej siostry matki mieściło się na innej ulicy, na piątym piętrze. Myśleliśmy, że tak wysoko nie przyjdą po nas, by zawlec na Umschlag... Mama pragnęła też być w takim czasie razem ze swą najbardziej ukochaną siostrą. Wujka wraz z grupą Żydów wyciągnęli Niemcy z pociągu i rozstrzelali, mimo posiadanych przepustek; ich syna, Kubę w wieku Chilka, wywieźli do pracy w Starachowicach, gdzie przepadł bez wieści. Było to jeszcze przed wysiedleniem do Treblinki... Została tylko ciocia z Haliną, starszą ode mnie o dwa lata. Odtąd trzymaliśmy się razem.

     

     

    Łapanki zaczynały się około 8 rano i szalały do wieczora. Co dzień blokowali ulice getta i wlekli na Umschlag tysiączne kolumny Żydów. Wdzierali się do wszystkich domów i mieszkań, na każde piętro, docierali do wszelkich zamaskowanych precyzyjnie kryjówek, piwnic, strychów. Wywalali łomami żelaznymi drzwi, każdą zaporę i bijąc, strzelając, gnali ludzi do kolumn ustawianych na jezdni, skąd prowadzili ich pod eskortą uzbrojonych esesmanów do wagonów. Co dzień 15 – 17 tysięcy Żydów, ile tylko wagony mogły pomieścić!

     

     

    Akcje wciąż natężały się i zagarniały coraz więcej ludzi. Ulice pustoszały, plamy krwi na trotuarach i szosach, opuszczone domy, mieszkania - duchy. Rozrzucone rzeczy, listy, fotografie, wszędzie pełno fruwającego pierza z poprutych w czasie przeszukiwań poduszek. Gwizd lokomytyw wdzierał mi się w serce, jak nóż: tutaj pójdziesz, to cię czeka, jakaś stacja okropna, koniec wszystkiego!...

     

     

    Ojciec dostał się do pracy w szopie dzięki krewnemu, bo nie mielibyśmy pieniędzy zapłacić łapówki. Otrzymał zaświadczenie mające być „kryciem” także dla żony i dziecka „produktywnego” Żyda, czyli dla matki i dla mnie. Dyrektor był dawniej właścicielem tej fabryki butów. Okazało się jednak, że obiecująca i popłatna funkcja, nie uratowała go od śmierci w Treblince, ani jego żony i ich trojga dzieci. Nikt nie mógł ujść wszechmogącemu wyrokowi niemieckiemu zagłady.

     

     

    Marek pozostał w szpitalu, który był tymczasowo czynny, że niby nie wszystkich wysiedlą, są też lepsi, wybrani, dozwoleni do życia... Miał więc, Ausweis. Chilka wzięli do pracujących na Umschlagu, przypięli mu blaszany numer, znak, że jest produktywny i nie ulega wywózce. Miał wynosić zastrzelonych czy pobitych na śmierć przy napychaniu Żydów do pociągów.

     

     

    Groza, która wyzierała z jego oczu, gdy po raz pierwszy wrócił z tej pracy przeniosła mnie w dalsze pokolenia mojej dojrzałości. Zapomniałam o nękającym nieustannie głodzie, o pragnieniu bodaj jeszcze jednej łyżki klusek na wodzie, które mama gotowała wieczorami przy nikłej świeczce w jakimś opróżnionym po wywiezionych mieszkaniu; o ściągnięciu z jej koszyka dodatkowej kostki cukru, które dzieliła co kilka godzin w kryjówkach, jak lekarstwo. Do dziś nie wiem, skąd czerpała ta mała, słaba fizycznie kobieta odwagę i siłę gotować wtedy te kluski?

     

     

    Wyraz twarzy Chilka ukazał mi głąb rozpaczy, w której już nic z tego, co było dotąd, czego uczono i przekazywano nam od pokoleń, nie miało więcej żadnego znaczenia, pozostało daleko za nami... Nagle urosłam w sobie, jakbym przeniknęła treść największych ksiąg świata, tych nie napisanych ludzką ręką. Zrozumiałam niepojęte i tajemnicę trwania w nim, wszystko inne stało się błahe i marne aż do absurdu. Mój brat trzymał głowę w dłoniach i tylko mamrotał: nie pytajcie mnie o nic, co oni tam robią z ludźmi!!!

     

     

    Tuliłam się do matki w ciasnych, cuchnących kryjówkach, ściskałam mocno jej rękę i wstrzymywałam oddech w największym napięciu, gdy dochodził z bliska tupot buciorów esemańskich i mrożący krew w żyłach, okrzyk: Halt, Jude! Jęk bólu, odgłos strzałów, tuż obok, jakby już we mnie. Spokój matki, jej opanowanie, promieniująca z niej wiara i uparta chęć życia, były dla mnie drogowskazem i fundamentem, na którym potrafiłam dojrzewać i rozwijać błyskawicznie wrażliwość, ostrość intuicji. Szłam z nimi swą długą, niemożliwą drogą poprzez powszechną śmierć - do życia.

     

     

    Mijały coraz trudniejsze tygodnie w piwnicach i na strychach w ciągłym strachu, niepewności chwili, bez jedzenia, bez możności umycia się, zdięcia z siebie ubrania, butów w ciągłej gotowości na najgorsze - wywózki na Wschód. Pognali już tam setki tysiący Zydów także wszystkich naszych bliskich. Narastało sieroctwo, bezradność.

     

     

    Zapadał zmierzch, gdy zeszliśmy ze strychu, by zaczerpnąć trochę powietrza na dworze. O tak późnej porze nie robili łapanek. Ojciec akurat wrócił z szopu, Chilek po dniu na Umschlagu i staliśmy razem wycieńczeni po długim, jak wieczność dniu. Nagle z czterech stron ulicy zajechały riksze, z których zeskoczyli uzbrojeni Niemcy, Litwini, Łotysze! Kryjówka na rozprażonym strychu była już nieosięgalnym rajem z minionej epoki... Słowo „Halt!” natychmiast przenosi w nową rzeczywistość, jedynie aktualną. Już jesteśmy pierwszą czwórką w kolumnie, powiększającą się przez powracających z fabryk po aryjskiej stronie. Zasadzka na tych z placówek o najlepszych przepustkach.

     

     

    Na szosie rozsypują się szmuglowane do getta kartofle, cebula, cukier – po obu stronach kolumny, oni, nasi władcy i kaci. Bicie, strzały o byle poruszenie. Posunęłam się o wiek w swym dojrzewaniu. Matka uspokaja, że jedziemy do pracy na rolę, jesteśmy młodzi i zdrowi, nic złego nam nie grozi. Muszę tylko wszędzie mówić, że mam 17 lat! Szczypała mi policzki, by wydobyć na nich rumieńce, dowód zdrowia, upięła mi szybko koronę z warkoczy, bym się wydawała wyższa. W jakimś sensie imponowało mi to i ciekawiło.

     

     

    Czułam się cząstką tej wielkiej kolumny ludzi, napiętego do szału skoncentrowania myśli i nerwów. Matka nigdy przedtem nie poświęcała mi tak wielkiej uwagi. Wpatrywała się we mnie teraz, jakby chciała przeniknąć mój los, obronić przed nim. Wprowadzili nas na Umschlag. Tłumy złapanych w całodziennej akcji Żydów, pchanina, krzyki, tłok! Rozpaczliwe szukanie kryjówki, wody, zagubionych dzieci, bliskich, by choć razem odjechać tym pociągiem.

     

     

    Nagle Niemcy wyprowadzają karabin maszynowy na środek placu i celują w tłum. Zapada głucha cisza. Chwila przedostatnia... Obejmujemy się mocno we czworo, patrzymy sobie w oczy głeboko, jak się patrzy przed odejściem na zawsze. Za chwilę nas nie będzie. Chilek może odejść, trzeba będzie wszak uprzątać trupy, ale on zostaje z nami. Ojciec tuli nas do siebie kurczowo, matka odsuwa się nieco, patrzy na mnie w skupieniu i miłości: każdy człowiek musi kiedyś umrzeć, mówi - my teraz umrzemy razem, nie bój się, to nie będzie straszne... Byłam już poza wszelkim strachem, nawet śmierć wydawała mi się mała i nic nie znacząca wobec potęgi uczuć w tym ostatnim uścisku, w pełnym poczuciu naszego czlowieczeństwa, przewyższającego wszystko inne.

     

     

    Gwizd wtaczającego się pociągu. Karabin maszynowy jest już zbędny. Rzucają się na nas kolbami karabinów, pałkami, kijami, strzelają w ten obłędny tłum zganiany do wagonów: żandarmi niemieccy, esesmani, policja polska i żydowska.

     

    Rozdzierające krzyki, wyzwiska, płacz. Ojciec mówi, że przed wagonem pokaże swój Aussweis i zwolnią nas, Chilek ma numer pracownika Umschlagu i nie jest zagrożony. Mama nie wierzy w żadne papiery, bierze mnie i Chilka za ręce i odciąga czym dalej od pociągu. Ojciec stara się przekonać mamę, ale idzie za nami, żebyśmy się nie pogubili. Najważniejsze teraz być razem!

     

     

    Jak spod ziemi wyrasta grupa policjantów żydowskich, okrążają ojca. Ich pałki spadają na niego ze wszystkich stron. Ojciec próbuje się osłonić rękoma, potem pochyla się, pałki na jego plecach, i znika w tej fali ludzkiej. Na zawsze. Nie mam nawet fotografii ojca, to jest ostatni jego obraz przed moimi oczami. Pozostał we mnie na całe życie.

     

     

    Chilek zaczął krzyczeć, błagać mamę: chodź do pociągu, co będzie z wszystkimi Zydami, niech będzie z nami! Oni tu znają wszystkie kryjówki, zabiją was i mnie rozkażą uprzątać wasze trupy, ja nie chcę dożyć takiej chwili! Ja też już miałam dość ukrywania się i napięcia, czułam jakąś siłę i oparcie w tej masie ludzkiej. Ale mama nie słuchała: głupie dzieci, powiedziała spokojnie, ten pociąg to śmierć, tam zawsze zdążymy... Wreszcie ucichło wszystko, zostaliśmy we troje w jakimś kącie placu. Tobołki na ziemi, rozrzucone rzeczy, pogubione buty. Przerażająca pustka cmentarna. Chilek ukrył nas w kanale, gdzie o mało nie udusiłyśmy się. Nie jeden raz wyciągał stąd trupy.

     

     

    Na szczęście okazało się niebawem, że nie było miejsca w wagonach dla wszystkich i garstka złapanych Żydów została w budynku policyjnym. Mogłyśmy przeczekać razem z nimi do rana, do przyjścia następnego pociągu. I mamie udało się przekupić żydowskiego policjanta. Zgodził się za ślubną obrączkę, dwa kilogramy ryżu i garnitur ojca, które mieliśmy w kryjówce na strychu, wyprowadzić nas na „wolność”! Zwykła cena za wyprowadzenie z Umschlagu była 10.000 „od główki”.

     

     

    Dalsze tygodnie łapanek, kryjówek, męczarni, potem wielka kilkudniowa selekcja we wrześniu w Rosz Haszana (Nowy Rok żydowski) zwana kotłem na Miłej, z której Niemcy wywieźli dziesiątki tysięcy ludzi z getta – już teraz wszyscy wiedzieli, że wysiedlenie na Wschód, wagony, Umschlagplatz to znaczy po prostu śmierć w komorach gazowych w Treblince! Z pół miliona Żydów w getcie warszawskim, pozostało kilkadziesiąt tysięcy. My jeszcze wśród nich. Bez ojca.

     

     

    Sieroctwo, zniszczenia, pustka. Wokoło strzępy rodzin, życia. Mama pracowała w szopie, szyła mundury dla wojska niemieckiego, ja schowana pod jej maszyną przyszywałam guziki, by mieć prawo do życia. Getto mieściło się teraz zaledwie na kilku, odciętych od siebie ulicach i zostało zmienione w obóz pracy. Chilek i Marek pracowali na placówce po aryjskiej stronie, sprowadzali żywność za rzeczy szmuglowane z pustych mieszkań po wywiezionych. Zakazano Żydom znajdować się na dworze prócz jednej godziny rano, gdy się szło pod eskortą do pracy i jednej godziny na powrót wieczorem. Esesmani grasowali nieustannie po getcie, strzelali, robili zasadzki na strychach, bo przechodziło się tędy po kryjomu na inne ulice.

     

     

    Chilek ożenił się. Rodziców Heli (pochodzili z Bydgoszczy) zabrano w wrześniowej selekcji na Miłej, my schowaliśmy się wtedy na strychu, bo mama zgubiła Aussweis. Na szczęście, bo kiedy przyszła kolej na jej szop, Niemcy przestali wybierać i pognali wszystkich do wagonów. Po selekcji Ausweiss się znalazł wśród rozrzuconych rzeczy w mieszkaniu...

     

     

    Rozeszły się pogłoski, że wiosną Niemcy zlikwidują ostatecznie getto. Warszawa ma być Judenrein – czysta od Żydów! Zaczęła się gorączkowa budowa bunków pod ziemią w nadziei, że po klęsce Niemców w Stalingradzie wojna już nie potrwa długo i będzie można w nich przetrwać. Zaopatrywano bunkry w prycze, żywność, wodę, wentylatory, łomy żelazne, by uciec z wagonu, gdzieniegdzie w broń – truciznę, byle nie do Treblinki!

     

     

    Organizowało się powstanie żydowskie. Pozostali w getcie pojedyńczy członkowie rodzin nie mieli już nic do stracenia, nikogo więcej nie narażą oporem. Przed wielkanocą przeszliśmy do tz. małego getta, na Miłą, gdzie mama postarała się o miejsce w bunkrze, musiała za nie zapłacić. Wartownicy niemieccy placówki, z którą postanowiliśmy wieczorem przejść na Miłą, gdzie znajdował się nasz bunkier, byli wyjątkowo brutalni i Marek zadecydował, że nie zabierzemy ze sobą przygotowanej żywności. On to przyniesie nazajutrz...

     

     

    Mama wzięła tylko swój koszyczek z mąką, kostkami cukru i butelką oleju, co nie rzucało się w oczy. Na Miłej natkęliśmy się niespodziewanie na Ernę i jej matkę. Żywe duchy niedawnej, a tak dalekiej przeszłości, jak i my. Namawiały mnie, żebym została u nich na noc, tyle wszak mamy sobie do opowiedzenia! Ale Marek sprzeciwił się: nie wolno nam się oddalać od siebie, nie wiadomo, co przyniesie następna godzina... Marek wrócił do poprzedniego mieszkania po zostawioną tam żywność.

     

     

    Wielkanoc, 19 kwietnia 1943 roku, „Leil Haseder” – Noc Sederowa, matka obudziła nas gwałtownie: wstawać, Niemcy okrążyli getto, schodzimy do bunkru, szybko! Napięcie, pośpiech, oszałamiający strach i nadzieja ratunku w mrokach podziemia, odcinających od zewnętrznego świata. Mdłe, słabe światełko, duszność, gorąc. Zdenerwowanie, krzyki i kłótnie na przepełnionych pryczach i w wąskich przejściach. Zebrało się tu odrazu więcej ludzi, niż było miejsca. Na pryczach można się było poruszać tylko w pozycji leżącej.

     

     

    Niemcy nie chodzili, jak przedtem od domu do domu rozwalać drzwi i wyciągać Żydów, po prostu podpalali ulicę po ulicy, dom za domem. Ludzie palili się żywcem, dusili się od dymu – uciekających rozstrzeliwali na miejscu lub odprowadzali na Umschlag. Bunkry, których ogień nie sięgał, zalewali wodą. Bunkier Erny na Nalewkach został zatopiony. Ukrywało się tam kilkadziesiąt osób. Mnie nie pozwolił Marek wczoraj (czy przed wiekiem?) zostać u przyjaciółki... On był teraz też odcięty od nas. Zamieniono w kryjówce dzień na noc, by łapacze i ich różni pomocnicy-zdrajcy nie słyszeli nas i nie złapali. Nocą nie chodzili szukać.

     

     

    Mdleliśmy z głodu. Mama dzieliła nam co kilka godzin kostkę cukru, łyżeczkę marmelady i trochę wody. Nie mogła się dopchać do pieca, by ugotować te kluski z mąki – tam zawsze dostawali się najsilniejsi. Ludzie leżeli na narach lub kręcili się nerwowo obok nich prawie nadzy. Bunkier zapełnił się ponad granice pojemności, bo uciekający z palących się domów też docierali do nas. Dym wdzierał się do środka, nie można już było nawet zapałki zapalić z braku tlenu. Ludzie padali w charczącym oddechu. Nad nami ogień, strzelanina, czołgi, armaty i auta pancerne przeciw garstce powstańców żydowskich, i nam, ukrytym w podziemiach... Silniejsi moczyli ręczniki i powiewali nimi, dając zludę powietrza, orzeźwiającego chłodu... Zaczęli się dzielić nawet ostatnią kroplą lekarstwa. Na progu śmierci niewiele już jest potrzebne, jedynie iskierce życia tak wiele trzeba, by się utrzymać, aż zgaśnie.

     

     

    Leżałam na pryczy nawpół omdlała, gdy mama szarpnęła mnie mocno za ramię: ubierz się szybko, „nakryli” nas, walą już do wejścia! Czym mierzy się klęskę nadziei, ile czasu trzeba, by sobie ją uprzytomnić i wejść w dalszy wyścig ze śmiercią?! Wrzucony do środka granat, wpuszczona drabina, postacie w zielonych mundurach i wysokich butach z cholewami przerzucają nas błyskawicznie w inną erę: „Alles heraus!Wychodzić!! Nic wam nie grozi, jedziecie do pracy, tylko posłusznie wykonywać rozkazy! Schneler!” Może to prawda?...

     

     

    Po trzech tygodniach światło dzienne! Pomagają nam nawet wydostać się na zewnątrz po drabinie. Boją się, że ktoś ma broń i będzie strzelać, co się zdarzało w tym czasie. Dołączyli nas do kolumny na jezdni - po raz ostatni. Początek maja. Ślady walk na ulicach, czołgi, auta pancerne, ani jednego całego domu w getcie, nawet szkielety spalonych budynków wysadzili w powietrze, żeby nikt się w nich nie mógł ukryć. Po drugiej strony muru ktoś gral na pianinie.

     

     

    Umschlagplatz. Po raz drugi. Mama, Chilek, Hela, Halina. Znów do budynku szkolnego–policyjnego. Stłoczyli nas na podłodze w jednej z byłych klas. Czekanie na pociąg przez całą noc w pełnej świadomości, co oznacza „do pracy na Wschód”. Nie zmniejsza to bezradności, ale i ta bliska, nieukniona przyszłość jest daleka w obliczu koszmaru sprzed pociągu. Nie wolno nam poruszyć się pod groźbą rozstrzelania. Raz po raz zjawia się jakiś Niemiec i na kogo pada jego wybór, ma dać mu pieniądze, złoto, biżuterię! Jeden wszedł z pustymi butelkami w rękach.

     

     

    Wtuliłam głowę w kolana matki, zatkałam palcami uszy, mama pochyliła się nade mną, by mnie osłonić. Trwało to chyba wieczność albo zamarłam, nie widząc ani nie słysząc niczego. Nagle poczułam, że ciało matki drży nade mną hamowanym spazmem. Mama nie załamywała się nigdy, nie płakała. Odetkkałam uszy. Grobowa cisza, przerywana uderzeniami pejcza. Uniosłam głowę. Mój brat! Twarz Chilka, zbita, pokrwawiona, zwężone z bólu oczy za rozbitymi okularami. Nie jęknął nawet, gdy tamten go katował. Usiadł cicho obok Heli i mamy. Chciał wody, ale mama miała w koszyku butelkę oleju...

     

     

    Jak rozwieszczone, żądne krwi bestie wpadli nad ranem do budynku. Zganiali biciem i strzelaniną do wagonów. Przepychałam się wśród tratujących się na schodach ludzi.Trzymałam się kurczowo matki, by się nie zagubić. Krótka przestrzeń od wyjścia z budynku po trupach zabitych aż do pociągu trwała całe życie i już nie określę, z któregu kręgu następujących po sobie epok.

     

     

    Znaleźliśmy się w wagonie. Zaden cud nie zdołał tego powstrzymać. Niemcy nie stali się mniej potężni i okrutni po swych klęskach na Wschodzie, ziemia ani niebo nie rozwarły się nad masowym mordem narodu w rozpaczy czy łasce. Ale kto by o tym teraz myślał?! Nie było, gdzie nogi postawić, uchronić się przed napierającym tłumem i uniknąć rozdeptania. Esesmani walili kolbami stłoczonych u drzwi wagonu, aż padali na innych, wlepiali się jedni w drugich i w ten sposób robili miejsce dla następnych... Zatrzasnęli i zaplombowali drzwi, gdy już nawet szpilka nie mogłaby się zmieścić.

     

     

    Pociąg ruszył, wąskie okienka wagonu zatkali swym ciałem najsilniejsi i nie dopuszczali powietrza do wnętrzna. Ludzie bili się o każdy centymetr miejsca, kłócili się, tratowali i dusili jedni drugich swym ciężarem. Wrzucane czasem przez Polaków po drodze butelki wody wyrywano sobie z rąk, z ust – dostawały się najsilniejszym. Esemani strzelali do wyskakujących przez okienka, do wnętrz wagonów. Stałam na tym stosie wtulona w matkę. Patrzałam z rozpaczą na nieszczęsną butelkę oleju w jej koszyczku – płyn, ale nie do picia!!! Wiedziałam już o Treblince, ale mama zapewniała, że jedziemy do pracy. Byłam wdzięczna za wszelkie kłamstwo, byle nie usłyszeć nazwy tej strasznej stacji.

     

     

    A potem stało mi się już wszystko jedno, bo nie mogłam więcej wytrzymać tutaj. Upadłam. Inni zwalali się na mnie. Zaległa mnie ciemność, nie czułam więcej nic Wtem ktoś upadł mi na twarz, na nos. Nie mogłam oddychać! Zaczęłam się szamotać z nadludzką siłą, aż wyrwałam się spod tego duszącego stosu i z własnych, zasznurowanych butów, raniąc do krwi potratowane nogi. Zrzuciłam z siebie niemal całą odzież i na tej górze konających i umarłych oraz mojej odzieży, dosięgłam okna. Wychyliłam głowę, lufa karabinu esesmana stojącego na schodku wagonu dotykała mi grdyki. Miałam powietrze, chłonęłam je całą sobą!

     

     

    Pociąg stanął na jakiejś stacji. Była noc, padał deszcz. Wrzaski, bicie: Raus!!! Ruszamy w wielkiej kolumnie ludzi, brodząc w błocie. Chciało mi się lizać to błoto językiem z pragnienia. Miałam na sobie jedynie płaszcz męski, który znalazłam po ciemku w wagonie. Ale byłam z mamą, bratem, bratową i kuzynką, nie pogubiliśmy się! Okazało się, że jesteśmy w Lublinie. Całowaliśmy się z radości, że to nie Treblinka...

     

     

    Brnęłam w błocie bosa, opierając się na Chilku. Niemcy strzelali do tych, którzy nie byli w stanie chodzić. Mama zdięła z zabitej kobiety pantofle na wysokich obcasach. Miałam przecież wyglądać na 17 lat!... Chilek oderwał jeden obcas, bo nie mogłam chodzić, drugiego już nie zdążył. Akurat dotarliśmy do miejsca, gdzie oddzielali biciem mężczyzn od kobiet. Mówiono też, że zabiorą starych i dzieci. Powiedziałam do mamy, żeby nie poszła za mną, jak mnie wezmą. Mama spojrzała mi w oczy i spytała, czy wierzę naprawdę, że mogłaby mnie zostawić?!

     

     

    Chilek przytulił nas do siebie, zanim esesman uderzył go pejczem i oderwał od nas na zawsze. Ostrzegł mnie w ostatniej chwili, żebym nie opierała się o matkę, bo to ją zawali. Dął zimny wiatr. Mama okrywała mnie swym płaszczem w tłumie kobiet na placu. Mówiła, że niedługo pójdziemy do łaźni, dostaniemy inną odzież, a potem ogrzejemy się i posilimy w baraku w obozie.

     

     

    Słuchałam jej z niecierpliwością. Gwóźdź w pięcie po odłamanym obcasie i wysoki obcas w tym drugim pantoflu, dobijały mnie. Jeszcze nie wiedziałam, że te pantofle uratują mnie podczas selekcji na Majdanku. Aufsejerka wyganiając więźniarki na apel, odsyłała kobiety o chorych, zranionych nogach na ciężrówkę do gazu. Zatrzymała mnie, ale zauważyła, że mam jeden pantofel bez obcasa i dlatego kuleję. Przepuściła!...

     

     

    Wciąż wyciągali grupy kobiet na placu i odprowadzali dokądś. Przyszła kolej na nas. Opierałam się o kuzynkę, pomna ostrzeżenia Chilka, mama z bratową szły za mną. Ból w nogach otępiał mnie na wszystko, myślałam jedynie, jak postawię następny krok. Nagle znalazłam się w wielkim baraku pełnym odzieży, gdzie i nam rozkazano rzucić swoją, z wyjątkiem butów. Wreszcie łaźnia! Dziesiątki nagich kobiet pod natryskami, także Halina, Hela. Mama miała rację, nie zabiją nas, będziemy żyć, pracować!

     

     

    Chciałam objąć ją, przytulić... Szukałam jej oczyma wśród nagich kobiet coraz bardziej zdenerwowana. Nie odrywałam oczu od drzwi. Napewno wejdzie za chwilę, musi przyjść!!! Czułam jeszcze ciepło jej ciała pod paltem, którym mnie otulała przed chwilą na placu. Nie weszła! Bałam się zapytać bratową, nie chciałam słyszeć odpowiedzi. Zawisłam w przepastnej pustce bez wyjścia, bez sensu. Nie ma mamy, mówił niezrozumiały głos Heli, ja teraz jestem twoją mamą... Nie pojmowałam sensu jej słów. Chodziłam w kółko i powtarzałam w otępieniu - nie ma mamy, nie ma mamy!!! Nie mieściło mi się to w głowie.

     

     

    Ordynarnymi wyzwiskam,i biciem po nagich, mokrych ciałach zagnali nas do jakiegoś zimnego pomieszczenia. Rzucali nam odzież, za dużą, za małą, jak w cyrku. Mnie się dostała elegancka, czarna suknia balowa z koronkami. Hela wciągnęła ją na mnie i przewiązała w pasie, by ją skrócić i umożliwić mi chodzenie. Błagała przy tym: Halina, nie patrz na mnie, ja się boję twoich oczu.!... Jakie miałam wtedy oczy, które tak przerażały? Kim byłam?

     

     

    Hela walczyła dla mnie i dla siebie o miejsce na podłodze w przetłoczonym baraku, o miskę na zupę, któych było o wiele mniej niż oszalałych z głodu i pragnienia kobiet; pchała się do kotła po wodziankę z pokrzywy, po pajdkę chleba. Nie rostawałyśmy się ani na chwilę. Ale Hela szybko zaczęła chudnąć, słabnąć, zanikała mi w oczach i wtedy ja się zerwałam do walki, żeby jej nie stracić. Nieraz oddawałam jej swoją zupę, jeśli udało mi się zdobyć tylko jedną i przysięgałam, że nie mogę tego przełknąć, żeby zechciała wziąźć. Okrywałam ją swym ciałem od zimna, od goniących nas do dźwigania kamieni, kapo.Tuliłyśmy się do siebie w krótkich godzinach odpoczynku na podłodze baraku, czerpiąc jedna od drugiej otuchę. Dzieliłyśmy się każdym okruchem chleba, łykiem zupy – każdą uwagą i myślą, przekazywaną wzrokiem, gdy brakło sił wydobyć z siebie głos.

     

     

    Minęło kilka miesięcy o głodzie, chorobach, biciu i katorżniczej pracy. Ciągłe selekcje, niemożność mycia się, zmiany odzieży. Łaźnia, do której gnali nieraz z apelu pod eskortą, mogła okazać się komorą gazową i nigdy nie było się pewnym: dokąd?

     

     

    W lipcu 1943 roku zaczęli wybierać transporty najzdrowszych, najsilniejszych dziewcząt na wysłanie do obozu pracy - tutaj był koncentracyjny obóz zagłady. Do pierwszego transportu nie nadawałyśmy się, do drugiego mnie wybrali, ale uciekłam, bo Hela nie przeszła, była już za chuda. Do trzeciego wybrano nas obie. Zanotowali wszelkie dane o nas, rozdzieli zupę i zamknęli nas na klucz w baraku. Przytulone do siebie na podłodze, jak zwykle, marzyłyśmy o tym lepszym obozie. Wśród nocy

     

     

    Niemcy wpadli do baraku, bijąc kolbami karabinów, wrzeszcząc i szczując psy, wyganali nas na dwór. Ustawili w kolumnę, przeliczyli kilkakrotnie, aż się w głowie mieszało od tego liczenia i zaprowadzili... do komory gazowej. Cały nasz transport. Niby łaźnia, natryski. Czekałyśmy rozebrane do naga w ciągu bezkresnych godzin.

     

     

    Trzymałam Helę za rękę, patrzałam na natryski, z których miał przyjść gaz: jak to będzie umierać, co to jest śmierć??? A może oni znikną nagle, wojna się nagle skończy? Rano okazało się, że zabrakło akurat gazu tej nocy!... Przeżyłyśmy swą śmierć. Esesmani znów przeliczyli nas, funkcyjni więźniowie rozdzielili porcje chleba, które natychmiast połknęłyśmy.

    Życie jako nadzieja, cz. II

  • Halina Birenbaum - Jan Paweł II w Jerozolimie

    Tekst dostępny tylko w niemieckiej wersji językowej
  • "Zwycięstwo tego co ludzkie w nas" Rozmowa z Haliną Birenbaum

    Zwycięstwo tego co ludzkie w nas

    z Haliną Birenbaum rozmawia Katarzyna Jekiełek*


    Katarzyna Jekiełek: - Jako kilkunastoletnie dziecko przeżyła Pani cały koszmar wojny, począwszy od getta warszawskiego, poprzez Majdanek, Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. W tym czasie straciła Pani również najbliższą rodzinę. Co skłoniło Panią by uzewnętrzniać się, aby zacząć opowiadać o tym. Wydaje się, że taki koszmar chciałoby się wymazać z pamięci...


    Halina Birenbaum:
    - A dlaczego tak myślisz? Każdy człowiek, który doznaje czegokolwiek w życiu, czy jest to radość, czy smutek, chce dzielić swe doświadczenia i doznania z innymi ludźmi. A cóż dopiero doświadczenia, które są tak niezwykłe, kiedy życie było absolutnie niedozwolone dla nas Żydów, a szczególnie jeszcze dla mnie jako dziecka. Ja nie miałam prawa nawet być w takim obozie jak Auschwitz, a cóż dopiero przeżyć, ja tutaj byłam nielegalna... Uratowałam się po części dzięki temu, że matka już w getcie nauczyła mnie mówić, iż mam 17 lat. Wszystko to, co jest najstraszniejsze, tutaj było zupełnie normalne i możliwe. Więc, jak można nie opowiadać o tym, nie dzielić się z ludźmi, kiedy jest normalny świat, nowe pokolenia, moje własne dzieci? Widzisz, do Majdanka zawlekli mnie razem z matką, a ona tuliła mnie do siebie tam na placu pod swym płaszczem. Potem zagnali nas do łaźni, gdzie miałyśmy się przebrać w odzież więźniarską, a następnie pójść do jakiejś roboty, by pracować i jeszcze dalej żyć, aż ta wojna się skończy... I tu nagle matki już nie ma, bo ją zabrali u wejścia do tej łaźni do gazu, a ja nawet nie widziałam, kiedy. Jak więc mogę nie opowiadać o takim zniknięciu mojej mamy i oderwaniu od niej na zawsze?! Jak ja mogę nie opowiadać o tych wszystkich ludziach, którzy zostali zgładzeni, a teraz nie ma po nich nawet żadnego śladu?
    Już w samym obozie dzieliliśmy się swoimi doświadczeniami i przeżyciami. Kiedy była chwila oddechu, kiedy leżało się na pryczy jedna obok drugiej w największej ciasnocie, pytało się wciąż: skąd jesteś, jak się tutaj dostałaś, jaką miałaś rodzinę, czy miałaś matkę, ojca, rodzeństwo; jak długo już jesteś tutaj w obozie?... Jedna od drugiej pragnęła dowiedzieć się czegoś o losie swoich najbliższych; może któraś spotkała kogoś z nich przypadkiem w pracy lub na innym bloku, może widziała? I tak ludzie wciąż dopytywali się o swych bliskich wtedy, opowiadali sobie swoje losy, mimo najgorszych cierpień i braku sił oraz słów na ich wyrażanie - a cóż dopiero po wojnie?!...


    KJ: - Ale chyba po wojnie było trudniej mówić o tych przeżyciach...


    HB: - Nie, po wojnie to już żadna trudność. W każdym razie dla mnie. Są to, bowiem doświadczenia ludzkie, z tym, że zdarzyły się w nieludzkim świecie, jednak stworzonym przez zwykłych śmiertelników, a nawet wywodzących się z wysokiego poziomu kultury. Tamte przeżycia pochłonęły tyle myśli i tyle energii, są tak głębokie i bezkresne, że chce się je opowiadać, musi się... I wciąż porównywać z obecną rzeczywistością. Przekazywać tym, którzy tego nie zaznali i następnym pokoleniem. Tego najbardziej też pragnęli prześladowani, mordowani w gettach i obozach u kresu swych sił i bezradności wobec wydzieranego im życia. Żeby opowiedzieć o tym światu!
    Po wojnie, jeszcze w Polsce, wstąpiłam do kibucu, było nas tam około 40 młodych ludzi. Każdy z nas miał za sobą tragiczne doświadczenia wojny i absolutne sieroctwo, wspólnie dzieliliśmy się wspomnieniami, porównywaliśmy swe losy. Opowiadaliśmy sobie o tym jak udało się każdemu z nas przeżyć, kogo i w jakich okolicznościach straciliśmy. Razem uczyliśmy się również języka hebrajskiego i w ogóle życia po wojnie w tym osieroceniu.
    Ale gdy wywędrowaliśmy z Europy i dotarli do Izraela, czy do Ameryki, aby tam z dala od miejsc owych kaźni i grobów (tych w przestworzach nad Majdankiem i Auschwitz, gdzie rozwiały się dymy po spalonych) naszych bliskich, naszego narodu zbudować sobie nowe życie, ludzie stamtąd nie chcieli nas słuchać, bali się naszych opowieści, uważali, że jesteśmy nienormalni, bo z tak trudnych przeżyć nie można wyjść normalnym człowiekiem... My, ci z Holocaustu byliśmy według nich gorsi. Oni, na usprawiedliwienie, że nie zrobili niczego, aby nas ratować, pomóc, woleli się bronić przed naszymi opowieściami, nie słuchać ich. Rzucali pod naszym adresem również oskarżenia: kto wie kim wy byliście, skoro przeżyliście, gdy tylu innych zginęło, może wy pomagaliście Niemcom zabijać, może współpracowaliście z nimi? - oczywiście, zdarzali się też i tacy.
    Do dzisiejszego dnia jest tak, że większość ludzi mówi: "Ja tam nie byłem, więc nie mam prawa tego sądzić, nie mam prawa powiedzieć, kto był dobry, a kto zły, dlatego, że nie wiem jak ja bym postąpił na jego miejscu w takich sytuacjach."
    Nieustannie, w ciągu lat zwalczam te opinie. Wszak w każdych warunkach jest pewna rzeczywistość, w której musi się istnieć, działać skoro się jest. Jeden jest podły, a drugi poświęci życie dla innego. Są tacy, którzy powiedzą: ja bym taki nie był, albo starałbym się takim nie być, czyli podłym. Ale są i tacy, którzy powiedzą: ja nie wiem, co bym zrobił w takich niewyobrażalnych warunkach. A przecież każdy człowiek wie, że boli, kiedy go biją. To wcale nie jest trudno sobie wyobrazić. Każdy również może sobie przedstawić, co to jest głód i nie mieć co jeść, czym jest mróz kiedy nie masz w co się ubrać, nie masz ciepłego kąta, odzieży; każdy pojmuje, co znaczy, jak umiera ktoś kogo kochasz, czy oderwą go od ciebie i zabiją na twoich oczach - to wszystko jest wyobrażalne dla ludzi, bo takie rzeczy dzieją się w ludzkim świecie, choć nie tak masowo, jak Wtedy w latach Zagłady. Ale najłatwiej jest powiedzieć, że tego nie można sobie przedstawić, zrozumieć. Niektórzy ludzie mówiąc tak, chcą właściwie tym wyrazić jakie to było okropne, straszne! Że to ponad ludzkie słowa!
    Ja staram się opowiadać także dlatego, że jest dużo wypaczeń prawdy. Kiedyś np., w Izraelu ktoś napisał, że "w obozie w Auschwitz, dali im za jakąś wymyślną karę moc cukru do jedzenia, a nie dali wody..." Tu nikomu nigdy nie dawali cukru, a na dodatek za karę. Każdy więzień wtedy zrobiłby wszystko by dostać taką "słodką" karę...


    KJ: - Jak Pani wspomniała, przez jakiś czas istniała tendencja, by nie mówić o Holocauście, zwłaszcza w Izraelu. Jednak Pani zaczęła się spotykać z ludźmi. Jak wyglądały te pierwsze spotkania?


    HB: - Wszędzie tak samo, i wszędzie były zaprzeczeniem, że ludzie nie chcą słyszeć i nie mogą sobie tego wyobrazić. Po wojnie w Izraelu mówiło się, że nie trzeba o tym opowiadać, dlatego, że nie byliśmy bohaterami, nie walczyliśmy, nie wzięliśmy swojego losu we własne ręce, tylko daliśmy się prowadzić biernie na śmierć. Dlatego, że nasze opowieści o Zagładzie mogą również zniszczyć ducha walki wśród izraelskiej młodzieży...
    Jednak ja od samego początku zaczęłam opowiadać, a ci, którzy mnie słyszeli też odważali się mówić o swych losach. Doświadczyłam to w spotkaniach z ocalałymi z Holocaustu w Stanach Zjednoczonych, kiedy byłam tam w 1968 roku, i już w latach 50-tych w Izraelu. Wielu spośród ocalałych z Zagłady, którzy przyjechali do Izraela chciało się dostosować do urodzonych tutaj, dlatego w ciągu lat milczeli nawet przed własnymi dziećmi urodzonymi po wojnie i nie rozmawiali z nikim na temat swoich przeżyć wojennych. Gdy się ze mną spotykali, otwierali się i zaczynali opowiadać, ale wielu umarło w tym milczeniu. Ich dzieci i wnuki są dziś mi wdzięczne, że poprzez moje przekazy dowiadują się o przeżyciach swoich rodziców i dziadków.


    KJ: - Myślę, że Pani wspomnienia mają dlatego taką siłę, bo nie rozgranicza Pani wśród ludzi; Pani w prosty sposób opowiada swoje przeżycia, które są pełne emocji. Wydaje mi się, że nie ma takiej osoby, której by to nie poruszyło. Każdy słuchający identyfikuje się z Pani losem, przeżyciami.


    HB: - Masz rację Kasiu, a szczególnie młodzież. Młodzież, bowiem jest najbardziej czysta, nie jest interesowna, wyczuwa czy ktoś zwraca się do niej z jakąś tendencją, czy z autetyczną prawdą. Ja natomiast nie przychodzę ich uczyć. Po prostu dzielę się z nimi moimi dawnymi doznaniami i doświadczeniami, a oni sami wyciągają wnioski. Jako osoba dorosła otwieram przed nimi swe serce bez żadnego wstydu czy poczucia wyższości wobec kogokolwiek, chociaż mogłabym ze względu na swój wiek, czy ogrom przeżyć. Młodzież to bardzo ceni. Kiedy mówię do nich, czuję się jakbym była na równi z nimi. Staram się tak opowiadać by było to zrozumiałe, jasne i ciekawe. Podczas takich spotkań zwykle czuję w ich reakcjach, że oni są ze mną Tam, z tą małą dziewczynką, która Wtedy nie miała prawa do życia. Chcieliby dziś mnie otulić, obronić, zapominają, że to przecież było dawno... Bo ja nie wypominam, a wspominam, a to jest różnica.
    Pamiętam moje pierwsze spotkanie z dziećmi w Izraelu. Był to czas, kiedy u nas nie poruszało się tematu Holocaustu. Nauczycielka mojego syna dowiedziała się, że ja, podczas okupacji hitlerowskiej, jako dziecko byłam w warszawskim getcie i obozach zagłady i zaprosiła mnie na lekcję, żebym opowiedziała w szkole o tych zdarzeniach. W klasie zebrały się dzieci z III, IV i V klasy. Było to bardzo trudne spotkanie, bo po raz pierwszy miałam mówić publicznie o swoich przeżyciach z Holocaustu, i na dodatek w języku hebrajskim, którego dobrze jeszcze nie znałam. Dawno się tak nie bałam... Z początku dzieci w żaden sposób nie chciały umilknąć ścieśnione razem na ławkach i na podłodze, aż wreszcie ja jakoś zajrzałam głębiej w siebie. Zobaczyłam nagle z całą wyrazistością obraz takiej szkoły w getcie warszawskim, która właściwie była już tylko miejscem, gdzie wysiedleni Żydzi spoza terenu getta i z okolicznych miasteczek wokół Warszawy, wygnani ze swych domów pod grozą śmierci, stłoczeni na podłodze klas szkolnych, umierali masowo od głodu, chorób, brudu... Ogarnęła mnie nagle ta cała potęga grozy i bezradności z Wtedy - a wszak jestem tutaj, teraz, żywa i wolna w klasie w Izraelu, tonącej w jasności, słońcu!... I pomyślałam sobie: kogo ja się tu boję?, przecież to są normalne dzieci na wolności, nic im nie grozi i mnie nic nie grozi. Odetchnęłam mocno, połykając strach - i zaczęłam opowiadać.
    Trwa tak do dziś. Dzielę się smoimi doświadczeniami i nie jest ważne, czy są to Izraelczycy, Niemcy, Polacy, czy inni. Słuchają mnie wszędzie z jednakowym zainteresowaniem i wzruszeniem, są ze mną w czasie tej trudnej wędrówki w moją przeszłość, która nie jest tylko moją. Te dzieje należą w rozlicznych znaczeniach i wymiarach do całej ludzkości.


    KJ: - Czy nie czuje Pani jakieś nienawiści do Niemców?


    HB: - Nie, ja nie czuję żadnej nienawiści. Jest we mnie ból, tęsknota za tymi, którzy zginęli, których mi odebrali i zabili. Boli mnie również, kiedy niektórzy Niemcy znów chcieliby rozpowszechniać rasizm, neonazizm, zapomnieć i zatrzeć ślady tych niesłychanych zbrodni, których dopuścili się ich rodacy w tamtych latach panowania komór gazowych, pieców do spalania ludzi - zabijania ludzi tylko za ich przynależność narodową.
    Kiedy mnie krzywdzą, a są wśród nich i tacy, którzy potrafią mnie też dziś skrzywdzić, boli to dużo więcej, niż krzywdy od innych - bo jeszcze raz od nich, od Niemców!... Ale ja potrafię rozgraniczyć wczoraj od dziś, nie gubię się w odróżnianiu rzeczywistości. Wiem, gdzie byłam kiedyś i gdzie jestem teraz.
    Wielu uratowanych z Holocaustu uważa, że nie należy w ogóle utrzymywać kontaktu z Niemcami, jeździć do Niemiec. Ja natomiast uważam, że hodowanie w sobie nienawiści czy chęci zemsty prowadzi jedynie do utrwalania zła i zatruwania samych siebie. Dzieci i wnuki morderców nie ponoszą winy za swych ojców i dziadków, ale muszą wiedzieć, co zrobili ich nieodlegli przodkowie, muszą być odpowiedzialni przed historią, teraźniejszością i przyszłością.
    Kiedy w styczniu 1945 roku wlekli nas pociągiem do kolejnego obozu w Niemczech po kilku dniach i nocach Marszu Śmierci, bez odpoczynku, bez jedzenia (jedliśmy i piliśmy wtedy śnieg, ten kto miał jeszcze siły by schylić się po garstkę śniegu, słabych rozstrzeliwali niemieccy posteni po drodze, i mnie o mało też to nie spotkało, bo już nie mogłam więcej chodzić...) pomyślałam, że jeśli ja przeżyję, to chciałabym do nich przyjść, do ich pięknych domków i opowiedzieć im o tym, jak nam wszystkich i wszystko zabrali, zabili, spalili. W 1989 roku nastąpiła taka okazja. Przyjechałam po 50 latach do Berlina w związku z wydaniem po niemiecku mojej książki Nadzieja umiera ostatnia i izraelskim filmem Z powodu tej wojny, w którym wzięłam udział wraz z moim synem, znanym autorem rozlicznych tekstów piosenek oraz z bardzo sławnym u nas kompozytorem i pieśniarzem, synem Żyda ocalałego z getta Salonik, Auschwitz i innych obozów niemieckich. Również ojciec tego pieśniarza opowiada w tym filmie swoje wspomnienia.
    Od tamtej pory przyjeżdżam do Niemiec dość często, mam tam wielu oddanych, serdecznych przyjaciół. Niektóre grupy młodzieżowe gościłam również u mnie w domu, w Izraelu. Jest to dla mnie i dla nich niezwykłe doznanie.


    KJ: - Jest teraz Pani w Oświęcimiu. Z jednej strony jest to miejsce Pani cierpienia, kaźni...


    HB: - A jednocześnie jest to miejsce mojego zwycięstwa nad śmiercią, nad podłością i brutalnością naszych prześladowców, moich-naszych fizycznych i duchowych mąk. Ja jednak nigdy nie byłam podła, nie stoczyłam się, nie kradłam, nie karmiłam się krzywdą moich współwięźniarek. Zawsze starałam się nie poniżać się, zostać sobą, człowiekiem. Wolałam oddać swoją porcję zupy mojej bratowej, jedynej jeszcze żyjącej z całej rodziny, która była o wiele mniej wytrzymała ode mnie i słabsza, niż wyciągnąć rękę po dodatkową porcję zupy, narażając się na bicie i obelgi. Tłumaczyłam jej i sobie, że jeśli wydostaniemy się stąd, będziemy miały dosyć jedzenia; jeśli natomiast nie, to ta dodatkowa zupa nie nasyci naszego głodu... Miałam wówczas 13 lat, a moja bratowa, wychudzona jak szkielet już po trzech miesiącach w Auschwitz-Birkenau, która umarła z zagłodzenia i rozmaitych chorób lagrowych - 20 lat!


    KJ: - Skąd, zatem miała Pani w sobie tą siłę bycia człowiekiem do końca w tak strasznych warunkach? Była Pani przecież tylko dzieckiem.


    HB: - Już w getcie zaczęłam pisać o tych nieustannych, straszliwych zwrotach w naszym życiu. A później nawet i w Birkenau, na skrawkach papieru oderwanych z worka po cemencie przy pracy w Kartofelkomando, znalezionym tam kawałkiem ołówka... Pisałam tylko po to, by się jakoś z tego piekła wyłączyć i móc wierzyć, że to, w czym się znalazłam, jest czymś nienormalnym, tymczasowym, że nie takie ma być życie, nie tacy są wszyscy ludzie. Zapiski te niszczyłam po przeczytaniu jakiejś koleżance. Raz nawet słyszeli to jacyś polscy robotnicy-specjaliści z wolności (spoza obozu) i orzekli w zamyśleniu, że jeśli ja przeżyję, napiszę kiedyś książkę... Te słowa też dodały mi sił i wiary. Moją siłę czerpałam również z przeczytanych wcześniej, w getcie warszawskim książek. Bardzo dużo wtedy czytałam. Mój starszy brat Marek wskazywał mi w tych książkach na różne wartości ludzkie i ja potem żyłam nimi wewnątrz siebie...
    Pośród tego czym Tam oddychałam, miałam władzę nad jednym: mogłam być w sobie i nierzadko na zewnątrz mnie tym, czym chciałam być - nie pchać się, nie żebrać, nie poddawać się apatii, depresji, nie zapadać w brudzie i wiecznym tam, wszechobecnym błocie. Walczyłam z tym na swój sposób, wkradałam się do Waschraumów, myłam się śniegiem, pod rynną, wciąż się czyściłam od wszy. Nie chciałam przyjąć jedzenia od mężczyzny w największym głodzie, gdy i taka okazja się nadarzyła... Właśnie tutaj, kiedy widziałam wokoło mnie tyle zła i okrucieństwa, myślałam - nie, ja taka nie jestem, ja taką się nie stanę. Wojna się skończy i wszystko wróci do normalności. To właśnie tutaj, widząc tych ludzi idących na śmierć, te stosy rzeczy pozostałych po nich, ten dym i ogień, marzyłam, jakim będę kiedyś człowiekiem i jaki będzie świat, kiedy to wszystko się skończy i mnie się uda tego dożyć... Te marzenia też dawały mi siłę trwać w tej grozie dzień po dniu, godzinę po godzinie i jeszcze nadal wierzyć w życie, w sens życia - naprzeciw ognia i dymu z komina z palonych tam setek tysięcy ludzi. A może potrafiłam tak marzyć i wierzyć, bo byłam dzieckiem po prostu, dzieckiem-staruszką?...


    KJ: - A może to była nadzieja?


    HB: - Nadzieję miałam cały czas, tak długo jak cierpienia pozwalały mi w ogóle cokolwiek czuć jeszcze. Przecież od początku widziałam śmierć i wiedziałam, że ja nie mam prawa tu być, a co dopiero stąd wyjść żywa jako Żydówka, jako dziecko. A jednocześnie nie mogłam sobie wyobrazić, że ja z tego nie wyjdę, że to piekło się nie skończy. Myślę, że człowiek zawsze ma nadzieję, że kiedyś spotka go coś dobrego. Nawet dzisiaj ciągle czekam, że coś dobrego mi przyjdzie niespodziewanie, jakieś nowe wyzwolenie... Wtedy często nie wierzyłam, że wyjdę stamtąd, ale również nie wierzyłam w moją śmierć, w koniec mojego istnienia, choć wciąż się ocierałam o śmierć, o cudzą i własną, która czekała... Ale ona omijała mnie, co nazywam jakimś niewytłumaczalnym cudem, szczęśliwym losem.


    KJ: - Jak wyglądał Pani pierwszy przyjazd do Oświęcimia po wojnie, a co teraz Pani czuje, myśli kiedy przyjeżdża tutaj?


    HB: - Pierwszy raz do Oświęcimia przyjechałam w czerwcu 1986 roku. Nie chciałam by mnie oprowadzali po obozie z grupą, pragnęłam tylko pójść do kogoś z dyrekcji, do działu historycznego, do archiwum. Czułam, że ja przynależę do tego miejsca w taki sposób, o jakim nikt z nich nie miał pojęcia. Ja na swym własnym ciele i duszy przeżyłam ten cały koszmar i chciałam im to przekazać.
    Oni, zaskoczeni moim zjawieniem się - żyjącego ducha umarłych - wysłuchali mnie z niesamowitym przejęciem, nagrali na kasetę moją opowieść. Trwało to tak przez kilka godzin, gdy nagle zrobiło mi się słabo od tego wszystkiego, od tego miejsca znów i moich w nim przeżyć. Wydawało mi się, że po raz drugi ja już stąd nie wyjdę... Obiecałam sobie, że jeśli wyjdę stąd jednak kolejnym cudem, jeśli nie umrę tu teraz, - to nigdy więcej nie będę wracać do tego tematu i miejsc. Ale uspokoiłam się po krótkim odpoczynku na dworze dzięki pomocy i otusze od nagrywającej moje wspomnienia pracowniczki działu historycznego Muzem Oświęcimia. Zaczęłam znów kontynuować powoli swą opowieść.
    W moim pierwszym, bezpośrednim zderzeniu się z widokiem byłego obozu, barakami, drutami kolczastymi i wieżyczkami wartowniczymi z Wtedy, miałam uczucie, jakbym dotknęła wieczności. Bo nagle pojawiło się dzieciństwo, to sprzed wojny i z getta w Warszawie, te wszystkie cierpienia, strach i męki, rozpaczliwa walka o życie, tysiączne rodzaje zagrożeń i śmierci w tym obozie tutaj, ten cały nieopisany koszmar!... Ledwo mogłam to ogarnąć umysłem i sercem. Wieczność całą mojego czasu, przeżyć, wspomnień! Chciałam nawet wejść na swą pryczę w Brzezince w bloku 27, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
    Kiedy jechałam tu następnym razem, już wiedziałam dokąd jadę, do czego i do kogo. A teraz przyjeżdżam do przyjaciół, a mam ich wielu, zwłaszcza w Muzeum Pamięci w Oświęcimiu. Wiem również, tak w każdym razie sądzę, że mam tu zawsze jeszcze coś do zrobienia.

    Podczas moich pobytów w Polsce spotykam się z młodzieżą w szkołach i ze swych licznych doświadczeń mam pewność, że na sali będzie absolutna, dobrowolna a nie nakazana przez nauczycieli cisza i wszyscy będą mnie słuchać. A nawet, gdy będą wśród nich jacyś antysemici lub tacy, którzy nie lubią Żydów, wobec mnie tego nie okażą.
    W czasie tych spotkań otwieram ich serca i wszystko inne między nami znika, wszelkie nieporozumienia, ewentualne zło. Potem zwykle podchodzą do mnie, obejmują mnie. Mam wiele takich wspaniałych doznań ze spotkań z polska młodzieżą, ale nie tylko z młodzieżą - i nie tylko z polską.
    Opowiadam o tamtej przeszłości, bo nie mogę się z tym pogodzić, że świat idzie naprzód, rodzą się nowe pokolenia, a po Tamtych nie zostało żadnych śladów. Poprzez moje opowieści chcę zachować o Nich pamięć. Mówienie o moich przeżyciach jest trudne i ciężkie fizycznie, ale nie psychicznie. Jest to bowiem we mnie, jest to, jak szuflada, którą otwierasz i tam to wszystko zawsze jest wiecznie żywe i świeże. Należy tylko wiedzieć w jaki sposób wyjąć to stamtąd, które, gdzie - ile... Na codzień jestem wrażliwa, łatwo się zrażam i denerwuję, ale gdy wracam do swych wspomnień, zmieniam się zupełnie. Gdy zaczynam opowiadać, czuję w sobie naraz ogrom siły i już sama się wtedy nie poznaję.
    Ja nie przychodzę opowiadać aby atakować. Nie mówię też, że my wszyscy byliśmy święci, że byliśmy wszyscy tylko ofiarami. Wśród nas także byli zdrajcy. Nie ukrywam przed nikim gorzkich prawd, jak ta, że mojego ojca po raz ostatni widziałam pod pałkami żydowskich policjantów na Umschlagplatzu. To mnie bardzo boli i dręczy do dziś.
    Kiedy mówię do ludzi szczerze prawdę o tym wszytkim, o tym co było dobre a co złe, niezależnie z jakiego narodu się wywodziło - bo ludzie wszędzie są różni, w każdym narodzie - oni mi wierzą i wiedzą, że ja nie wypominam a opowiadam i wspominam bez uprzedzeń. Nawet ci najbardziej przeciwni Żydom słuchają mnie i nie atakują mnie.


    KJ: - W 2001 roku Polska Rada Chrześcijan i Żydów przyznała Pani tytuł Człowieka Pojednania. Co znaczy dla Pani to wyróżnienie, co Pani robi by pojednać ludzi?


    HB: - Z jednej strony byłam zaskoczona, bo właściwie ja nie robię nic takiego z myślą o pojednaniu między ludźmi i narodami. Jestem tylko malutką jednostką, nie jakąś wielką humanitarną działaczką społeczną... Z drugiej strony poczułam się zaszczycona, że ktoś mnie uznał za godną takiego miana, że to, co ja robię jest jednak uznane za ważne. Myślę, że ja niczego nie potrafię przecież zrobić by pojednać ludzi, nie mam żadnego celowego planu pojednania, ani tak wielkiego wpływu. Ja tylko po prostu chodzę, spotykam się z ludźmi i dzielę się z nimi tą autentyczną prawdą, wiadomościami i doznaniami, które Wtedy poznałam, doświadczyłam i byłam ich naocznym świadkiem. Opowiadam o rzeczach strasznych, a jednak poprzez te moje opowieści ludzie potrafią lepiej zrozumieć i docenić wartość przyjaźni, poświęcenia, miłości w najgorszych czasach, w piekle nawet - czy właśnie w piekle tymbardziej!
    Nikogo nie oskarżam, nie przekazuję żadnych negatywnych uczuć, przekazuję raczej te dobre Stamtąd, z oświęcimskiego, auschwitzkiego piekła na ziemi - i pobudzam indetyfikowanie się z losami prześladowanych i traconych, współczucie, a nie poniżającą litość, nie mówiąc o lekceważeniu.
    Wczucie się w moje cierpienie jest szczególnie trudne dla Niemców. Z jednej bowiem strony identyfikują się z moimi losami w tym koszmarze, a z drugiej ciąży im poczucie winy, bo to przyszło od ich narodu. A ja mogę pojednać się tylko z takim ludźmi, którzy nigdy nie pojednają się z faktami, jakie miały miejsce w latach Holocaustu oraz z podobnymi do tamtych dziś - i nie przemilczą ich. Opowiadać o Holocauście jestem gotowa każdemu i wszędzie.
    Napisałam kiedyś, że "niebo ani ziemia nie przekażą owych potworności i ludzkiej męki w swej, nawet najświętszej ciszy, nie wyjawią, ani nie wyjaśnią niczego." Zapomnienie, czy milczenie jest ponowną śmiercią dla zgładzonych i jednocześnie niebezpieczeństwem powtórzenia zbrodni wobec żyjących. Nie może więc być pojednania bez pamięci o przeszłości. Potrafię jednak tutaj, w dawnym Auschwitz, stać z Niemcami razem na tej ziemi, podać im rękę, lub objąć ich, gdy są wstrząśnięci i załamani, jak ja, tym co się tutaj działo i dziś się im objawiło.


    KJ: - Czy nie obawia się Pani, że kiedy nie będzie już świadków, to ludzie powoli o tym zapomną?


    HB: - Nie, ja wcale tak nie uważam. Dawno już, gdy nie chcieli o tych czasach słuchać, nie chcieli czytać ani publikować moich wspomnień, napisałam w moim pamiętniku w 1982 roku: "jeszcze przyjdziecie po moje opowieści o Auschwitz, bo wszystko zło, jakie kiedyś się zdarzy na świecie, będzie miało początek stąd, dlatego, że tutaj było wolno w taki (nie znajduję odpowiedniego słowa, wszystkie są zbyt błahe i biedne!) sposób męczyć i zabijać ludzi, jak nigdy dotąd na świecie". Po nas zostaną wspomnienia, książki, niezliczone dokumenty we wszystkich językach na całej kuli ziemskiej...


    KJ: - Co chce Pani przekazać młodym ludziom podczas swych spotkań?


    HB: - Chcę im przekazać, to co było wtedy, jak ja przeżywałam ten cały okres, który jest ogromnym rozdziałem w historii ludzkiej. Holocaust, jak już powiedziałam kilkakrotnie, jest czymś, czego nigdy nie było w historii ludzkości. I tę inność tej tragedii ja chcę przekazać, chcę, żeby wszyscy ją zrozumieli. Chcę również aby okropności Holocaustu nie lekceważyć, nie przyrównywać do innych przestępstw i zbrodni znanych z bliskiej czy dalekiej historii wojen, pogromów i wszelkiego rodzaju prześladowań na świecie, nie umniejszać tego a i nie powiększać chorymi fantazjami lub pragnieniem zrobienia na kimś wrażenia. Gdy powiesz jednym tchem "Auschwitz, Kołyma, Hiroszima" - to nie są te same znaczenia. Takie porównania umniejszają unikalne znaczenie i ogrom ludobójstwa Holocaustu. Każde z tych straszliwych wydarzeń było czymś innym, z innych powodów się wzięło. W Auschwitz to było systematyczne zabijanie ludzi tylko za ich, powiedzmy ogólnie, poglądy, ale Żydów zabijano za to wyłącznie, że byli Żydami. Ja nie mogę z tymi faktami żyć, nie opowiadając o nich. Na ile potrafię, staram się niezmordowanie przekazywać tę prawdę.
    Mój starszy syn ciągle mnie pyta: "po co ty wracasz do tego, twoje opowiadania i tak niczego nie zmienią, popatrz, jak ludzie się wyrzynają i nienawidzą?!". Ja mu odpowiadam na to - "a wy urządzacie koncerty, śpiewacie te piękne piosenki, przez które przekazujecie pewne wartości; ludziom dobrze to robi, to ich jednoczy".
    Ze mną jest podobnie. Może przez tę godzinę, kiedy mnie słuchają, kiedy swym opowiadaniem wyzwolę w nich ich ludzkie emocje, zrozumieją życie głębiej i staną się potem nieco lepsi jedni do drugich? Ja nie chcę zmieniać świata, zmieniać ludzi, czy ich uczyć, wiem, że to nie jest w mojej mocy, jako zwykłej jednostki, ale chcę, żeby wiedzieli czym naprawdę był Holocaust!
    Znowu powtarzam to samo: - niczego nie robię w celu pouczenia, pojednania. Przekazuję tylko prawdę, o której wiem, że taka była, tak ją odczułam, przeżywałam, i podobnie czuło wielu, wielu ludzi, którzy nie przeżyli. A ja szłam drogą tych najsłabszych, samych najnędzniejszych w tym piekle, ja ją przeszłam całą, i przeżyłam.
    Myślę, że moje spotkania z młodzieżą nie są daremne, bo kiedy do nich mówię o tych przeżyciach, oni potem są jacyś inni, inaczej patrzą na mnie, na siebie, na swoje życie i to, co jest wokoło. Nawet często czuję się tak, jakbym była im coś dłużna, bo oni także bardzo dużo dają mi z siebie tym swoim skupionym słuchaniem.

    Te spotkania są czymś tak potężnym, dają niesamowite poczucie bycia razem i przeżycia tego, wyzwolenia - wspólnego zwycięstwa tego co ludzkie w nas! Wydaje mi się w takich momentach, że ja sama też jestem innym człowiekiem, lepszym, mocniejszym. Za każdym razem tak czuję podczas tych spotkań, choć każde z nich jest inne, jest zawsze inaczej i niezwykle...

    Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, lipiec 2003

     

    _____________

    *Wywiad ten został opublikowany jako część eseju pt.: "Halina Birenbaum i Manfred Deselaers - dwie drogi do pojedniania" w: Jak uczyć o Auschwitz i Holocauscie, pod red. Jolanty Ambrosewicz - Jacobs, PMAB 2007


  • Wiesław Wysocki - Świadectwa życia religijnego więźniów - cz. I

    Wiesław Jan Wysocki

    ŚWIADECTWA ŻYCIA RELIGIJNEGO WIĘŹNIÓW OBOZÓW KONCENTRACYJNY

    Czy w KL Auschwitz Bóg pytał o prześladowanego i cierpiącego Häftlinga? Jak wyglądał religijny mikrokosmos obozu?*

    Oglądać go wypadnie między wizją Zofii Kossak w refleksyjnych wspomnieniach obozowych Z otchłani (1947 r.), w których dominuje aksjologiczny świat człowieka górującego nad swym losem, a wizją Tadeusza Borowskiego w postaci Kamiennego świata (1948 r.).

    Zwycięstwa

    "Tylko nieliczni ludzie potrafią się wznosić na takie wyżyny moralne; tylko nieliczni więźniowie zachowali pełnię wolności wewnętrznej i osiągnęli wartości, które przyniosło im cierpienie – pisał szwajcarski psycholog Viktor E. Frankl- Ale gdyby nawet znalazł się tylko jeden taki więzień, byłoby to wystarczającym dowodem, że człowiek może górować nad swym losem." 1

    Nie inaczej mówił w homilii mszalnej z 7 czerwca 1979 r. na terenie b. obozu Auschwitz-Birkenau papież Jan Paweł II:

    "W tym miejscu straszliwej kaźni, która przyniosła śmierć czterem milionom ludzi z różnych narodów, o. Maksymilian Kolbe odniósł duchowe zwycięstwo, podobne do zwycięstwa samego Chrystusa, oddając się dobrowolnie na śmierć w bunkrze głodu - za brata.[...] Czy tylko on jeden – Maksymilian Kolbe – odniósł zwycięstwo, które odczuli natychmiast współwięźniowie i do dzisiaj odczuwa je Kościół i świat? Zapewne wiele zostało tu odniesionych podobnych zwycięstw, jak choćby śmierć w krematorium obozowym siostry Benedykty od Krzyża, karmelitanki, w świecie Edyty Stein; z zawodu – filozofa [...], a pochodzącej z żydowskiej rodziny zamieszkałej we Wrocławiu. Nie chcę zatrzymać się na tych dwóch nazwiskach, gdy stawiam sobie pytanie, czy tylko on jeden, czy tylko ona jedna? ... Ile tutaj odniesiono podobnych zwycięstw? Odnosili je ludzie różnych wyznań, różnych ideologii, zapewne nie tylko wierzący. Pragniemy ogarnąć uczuciem najgłębszej czci każde z tych zwycięstw, każdy przejaw człowieczeństwa, które było zaprzeczeniem systemu systematycznego zaprzeczenia człowieczeństwa. Na miejscu tak straszliwego podeptania człowieczeństwa, godności ludzkiej – zwycięstwo człowieka!".2

    To słowa papieża, którego dojrzała osobowość kształtowała się w bezpośrednim cieniu kolczastych drutów Auschwitz. Jego argumenty są argumentami Kościoła i wierzących, wsparte przez świadectwa męczenników (łacińskie martyr oznacza świadek). Poza wymienionymi w wypowiedzi papieskiej (dziś świętymi: Maksymilianem M. Kolbem i s. Benedyktą – Edytą Stein) „argumenty” kościelne powiększyła grupa 108 błogosławionych męczenników na czele z abp. Antonim J. Nowowiejskim, bp. Władysławem Goralem, bp. Leonem Wetmańskim, o. Anicetem Koplińskim, ks. Stefanem Frelichowskim, ks. kpt. rez. Stanisławem Dachterą, ks. kmdr. ppor. Władysławem Miegoniem, ks. Romanem Archutowskim, ks. Edwardem Detkensem, ks. Józefem Stankiem, ks. Józefem Kowalskim. Liczbę świadków „urzędowych” (tzn. wyniesionych przez Kościół na ołtarze) można powiększyć. A trzeba też wyjść poza środowisko katolickie; Cerkiew prawosławna czci męczenników: ks. Peradze i matkę Marię - Jelizawietę Pilenko. Nie tylko duchowni pozostali znakami świadectwa zwycięstwa człowieczeństwa nad rzeczywistością obozową; błogosławiona Stanisława Leszczyńska, położna, która odmówiła w kacecie zabijania nowo narodzonych dzieci, i rtm. Witold Pilecki, znany w obozie jako „Tomasz Serafiński”, jedyny dobrowolny więzień KL Auschwitz, dokąd się dostał, by ratować więźniów i gdzie założył pierwszą organizację konspiracyjną, niech świadczą za setki i tysiące innych obrońców godności ludzkiej za drutami.

    Przytoczone powyżej imiona więźniów pragnę dopełnić sceną z KL Stutthof, gdzie osadzono aresztowanych księży gdańskich: ks. Bronisława Komorowskiego i ks. Franciszka Rogaczewskiego. Księży tych naziści szczególnie nienawidzili i poddali szczególnym upokorzeniom; wtrąceni do karnej kompanii musieli wydobywać z dołów kloacznych fekalia. Przyjaciel ks. Komorowskiego, ks. Wojciech Gajdus, wspomina obozowy czas: "Pytałem go, co odczuwał, pełniąc tę niezwykle śmierdzącą funkcję na oczach całego obozu. Uśmiechając się dobrotliwie, odpowiedział: ”Czułem się jak na ambonie na oczach więźniów i dbałem o to, żeby kazanie dobrze wypadło. Myślę, że to były moje najlepsze kazania”.3

    O postawie wobec śmierci swoich współbraci pisał dalej tenże ks. Gajdus: „Żaden z nich, odchodząc w męce i krwi, wielu w kwiecie wieku, nie będzie umierał złorzecząc, płacząc czy żaląc się. Pójdą na śmierć tak jak szli za życia do pracy w obozie, czy tam – w swoim kościele – do ołtarza, cisi, spokojni, skupieni, z szeptem na ustach. Nie będą tragizować swej doli, owszem pokpią i pożartują sobie w chwilach niebezpiecznych, a czując zbliżającą się chorobę i możliwość śmierci, prosić i zaklinać będą swych współtowarzyszy tylko o jedno, by w chwili konania udzielili im błogosławieństwa i rozgrzeszenia na ostatnią drogę życia.”4

    W sytuacjach ostatecznych, gdy człowiek wierzący stał w obliczu wieczności, obecność księdza wnosiła duchową równowagę. Doświadczył tego w niecodziennych okolicznościach ks. Władysław Grohs, którego osadzono w bloku 11 KL Auschwitz, i już na progu celi usłyszał radosne: "Dobrze, że ksiądz jest z nami!" – więc na pół zdziwiony, na pół oburzony zapytał, skąd w nich ta „radość”, że księdza zamknięto, usłyszał w odpowiedzi: "My idziemy na śmierć i dobrze, że jest z nami ksiądz"5.

    Problemy wiary w obozie

    Doktryna religijna - jako system teoretycznych, doktrynalnych zasad i ich realizacji w warunkach społecznych - akcentuje i uwypukla przede wszystkim system aksjologiczny, by przez wartości dokonywać afirmacji swoich głównych celów. Jednakże każda jednostkowa postawa chrześcijanina, ujęta w karby doktryny, nie pozbawiona jest cech indywidualnych. Dlatego nie można mówić o jakimś doktrynalnym wzorcu w postawach więźniów, co najwyżej o poczuciu bliskości Mistrza w sytuacji ogołocenia (termin biblijny) i tym samym o doktrynalnej identyfikacji z Nim. Obok mistycznego zbliżenia i zatopienia w Bogu, istniały w obozie formy wyznawania wiary, graniczące ze stanem rozpaczy, z wielką determinacją i bojaźnią czy z desperacją (zgodnie z przysłowiem ludowym: jak trwoga to do Boga), wreszcie nawet złorzeczące z nadzieją pomsty za doznawane krzywdy.

    "W imię Ojca

    Syna

    Ducha...

    Kreślicie krzyża znak, mordercy!

    Tyś zabił Ojca!

    Tyś zabił Syna!

    Tyś zabił Ducha...

    Zostałem bez Boga..."

    pisał w obozie oświęcimskim więzień Ryszard Radwański.6 I to jest też manifestacja – nie tylko poetycka – wiary... rozchwianej, wątpiącej, pozbawionej mocnego oparcia duchowego. Wszak do Libertowego uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę7 dorastało się wolno i nie bez przeszkód. Nie było bowiem łatwo w świecie drutów kolczastych uznać, że to Miłość jest motorem naszych dziejów. Ale i ta teologiczna trudna prawda była w intelektualnym i praktycznym zasięgu uwięzionych. "Miłość jest ostatecznym i najwyższym celem, do jakiego byt ludzki może się wznieść. Pojmuję sens ostatecznej i największej tajemnicy, którą przekazuje nam poezja, myśl i wiara: zbawienie człowieka przez Miłość i w Miłości! (...) Po raz pierwszy w życiu potrafiłem zrozumieć znaczenie słów: Aniołowie są szczęśliwi w nieustannej miłującej kontemplacji nieskończonej chwały”.8

    Progiem bardzo krytycznym - a często i barierą - była kwestia p r z e b a c z e n i a. Ojczenaszowe: jako i my odpuszczamy naszym winowajcom było trudnym sprawdzianem dla chrześcijanina. Dowodu, że w najtrudniejszych momentach możliwe były afirmacje tego trudnego przykazania, dostarcza nam nie kapłan wyniesiony na ołtarze, ale młody harcerz, Jan Zieliński, syn organisty z kościoła Św. Jacka w Piotrkowie Trybunalskim, który potrafił zdobyć się na przebaczający gest wobec swych prześladowców i o swoich katach mówił, iż nie wiedzą, co czynią.9 Częstsze wszakże były wątpliwości co do tej podstwawowej zasady chrześcijańskiej wiary, jaką jest przebaczenie. Mimo tych zastrzeżeń kapłani – jak sami twierdzą – udzielali rozgrzeszeń więźniom „zbuntowanym” wobec tego nakazu. Sami przecież borykali się z tym wewnętrznie. Wspomina jezuita-więzień, o. Adam Kozłowiecki (dziś kardynał): "Dotychczas, nawet jak mnie bito, nie umiałem nienawidzić. Teraz czuję, jak trudno to przychodzi"10. Stąd blisko było już do modlitwy złorzeczącej, do której posuwali się nawet niewierzący: "Jeśli jesteś, Boże, ukarz ich!"11.

    Byli tacy, co nie chcieli pójść na żaden kompromis, nawet najbardziej racjonalny, i zachowywali na przykład chrześcijański post (w warunkach permanentnego głodu była to sprawa naprawdę heroiczna) w Środę Popielcową, Wielki Piątek i Wigilię Bożego Narodzenia lub rytualne przepisy żydowskie w Jom Kippur. Jakąż motywację religijną trzeba mieć, by prezentować taką postawę wiary. I nie były to jednostkowe przykłady.

    Inni potrzebowali bodźca dla swojej wiary w postaci sakraliów lub dewocjonaliów – wizerunków typu medalik, szkaplerz, ryngraf, obrazek religijny lub różaniec, modlitewnik, wreszcie tałes itp. Posiadanie tych rzeczy mobilizowało ich wewnętrznie i nadawali nieraz przedmiotom kultowym znaczenie nieproporcjonalnie wyolbrzymione. Niekiedy nawet symboliczne; tak było z umieszczeniem medalika pod kogutem na wieżyczce z gongiem w obozie lubelskim, od tego czasu dla wtajemniczonych była to obozowa kapliczka. A tę rolę spełniała też kacetowa sztuka i „snycerze” obozowi wytwarzający figurki (bracia Kupcowie, po których pozostała rzeźba Niepokalanej) i płaskorzeźby (Alfonsa Szubińskiego: Matka Boża Karmiąca). Pozostały też inne „ślady” – artystyczna puścizna Mieczysława Kościelniaka i wyjątkowy wizerunek Chrystusa wyryty w bunkrze bloku 11 przez ks. Franciszka Paciorka, gdy był tam więziony.

    Wiara to sfera tajemnicy wnętrza człowieka; znane są z życia więźniów fakty zyskiwania jej, ale też potwierdzone są i inne – utraty wiary pod wpływem okoliczności i bezpośredniego ciśnienia otaczającego zła.

    Człowiek zniewolony zmuszony był dokonywać ciągle i na każdym kroku wyborów moralnych, i to wyborów zasadniczych, choć niekiedy w sprawach drobnych. „Musiałam zbudzić około 150-200 więźniarek – wspomina żydowska więźniarka funkcyjna – które nie chciały pogodzić się z rzeczywistością dnia... Ściągałam więc koce z leżących, krzycząc: wstawać! – ciągnąc, a nawet bijąc. Raz uderzyłam kogoś i ta osoba spojrzała na mnie. Była to jedna z przyjaciółek matki. Przeprosiłam ją, było mi strasznie nieprzyjemnie, ale musiałam to robić... Musiałam dokonać wyboru. Nie tylko Mengele musiał wybierać, ja też musiałam się zdecydować, czy mam iść [w czasie selekcji – przyp. WJW] za matką, czy mam się od niej odłączyć... Zdecydowałam, że pójdę pierwsza przed matką, co było o tyle niezwykłe, że zawsze ją puszczałam pierwszą. Myślę, że moje serce bardzo szybko biło nie dlatego, żebym się bała, wiedziałam bowiem, że przejdę, ale dlatego, że zrobiłam coś bardzo złego.”12

    Trzeba pamiętać, iż w warunkach egzystencji obozowej więzień był osłabiony brakiem pożywienia, snu, wyczerpany pracą nad siły, nierzadko schorowany, i jego reakcje były zwolnione, na wpół senne, i tylko krzyk mógł zmusić go do odpowiedniego działania. "A i to nieraz zawodziło i wtedy trzeba było naprawdę powstrzymywać się ze wszystkich sił, żeby nie uderzyć... Sam nieraz tego doświadczałem, że ręka świerzbiała i pięści same się zaciskały, gdy wygłodniały i niewyspany wpadałem w złość".13 A był przynajmniej jeszcze jeden powód, by reagować krzykiem lub nawet biciem... dla ratowania życia współwięźnia (o czym nie mógł się ratowany nawet domyślać). Gdy lekarze-więźniowie spodziewali się selekcji w rewirze szpitalnym, nie chcieli przyjmować nowych pacjentów, nawet z bardzo wyraźnymi oznakami choroby, by nie narazić ich na pewną śmierć. Nie mogąc podać przyczyny, przeganiali zgłaszających się do szpitala wmawiając im symulowanie.

    Nie bez znaczenia był też fakt, iż organizacja obozu polegała także na tym, by wszelkie publiczne postawy prospołeczne były piętnowane i karane. Każdy najmniejszy gest solidarności i współczucia mógł ściągnąć niebezpieczeństwo na głowę okazującego pomoc i doznającego pomocy. System planowo dzielił wewnętrznie więźniów i ich konfliktował, bacząc by nie wytwarzały się jakiekolwiek więzi grupowe.

    Wielokrotnie i na wiele sposobów gwałcone przykazanie n i e z a b i j a j nawet w tak dalece skrajnych warunkach, jakie były w kacecie, nie zostało zdewaluowane. Owszem, nie mogło ono być wypełnione w formie niezdeterminowanej, gdyż warunki obozowe narzucały oczywiste ograniczenia, i dlatego obowiązywało w formie dostosowanej do możliwości lagrowych i sprowadzało się do formuły: nie wolno ratować swego życia za cenę cudzej śmierci.

    Podobnej reinterpretacji uległa zasada religijna n i e k r a d n i j. Wolno było zabierać dobra zagrabione przez władze obozu więźniom, co nazywano „organizowaniem”; miało ono zresztą wszelkie cechy restytucji. Natomiast bezwzględnie potępiano i za zbrodniczy czyn uważano zabranie drugiemu więźniowi przydziałowego chleba; w takich wypadkach dochodziło nawet do linczu, aprobowanego przez ogół społeczności więźniarskiej. Żeby stanąć w obronie Häftlinga przyłapanego na kradzieży chleba drugiemu więźniowi, trzeba było nie tylko cieszyć się powszechnym szacunkiem środowiska więźniarskiego, ale także być bardzo pokornym wobec własnych słabości. Wspomniany już wcześniej o. Kozłowiecki, po przezwyciężeniu pokusy kradzieży chleba, przyznaje: „Nie miałem... odtąd odwagi potępić kogokolwiek, gdy skradziono komuś chleb; wiedziałem bowiem, że do tego jestem zdolny i ja.”14

    Podobnie do zabronionych aktów prospołecznych należały modlitwy. Miały one wszak miejsce, ale tam gdzie w sztubach panowała atmosfera zaufania albo w niewielkich grupach w ukryciu. Rzadko tylko mogły odbywać się jawnie, z przyzwoleniem sztubowego, ale gdy tylko dowiedział się o nich blokowy pozbawiał on sztubowego funkcji. Toteż częściej miały miejsce indywidualne „akty strzeliste”, modlitwy myślne, ale też zdarzały się wspólne pacierze, bardziej szeptane niż mówione. Wspomina je ks. Henryk Malak, więzień Stutthofu, Sachsenhausen i Dachau: „Wieczorami odmawialiśmy skrycie pacierze, leżąc ściśnięci niczym w beczce, zasłaniając twarze dłońmi przed kapiącymi z sufitu kroplami, drąc parszywiejącą skórę pod ukąszeniami wszy... Człowiek, wtłoczony jak zwierzę w cuchnący, zgnojony barłóg, nie umie się modlić! Chyba, że za modlitwę uważa bezmyślne klekotanie zdrewniałych warg... Chyba jedyna forma prawdziwej modlitwy, na jaką w takich warunkach człowiek może się zdobyć, to akty strzeliste, rzucane niczym płomienne strzały w niebo. Żyliśmy nimi.”15 Rygory zakazów modlenia się łatwiej rozluźnić było kobietom, gdyż
    "modlitwa podtrzymywała wierzących, a jednocześnie pozwalała w jakimś sensie uciec z obozu. Zamiast myśli o obozowym plugastwie kierowała uwagę ku pięknu i dobru. W obozie widziało się na apelu setki kobiet z oczami wzniesionymi w niebo, w ucieczce psychicznej poza druty... Były chwile modlitw zbiorowych. Pamiętam takie, organizowane w polskiej „siódemce” [w Auschwitz-Birkenau – przyp. WJW] przez Teresę Łubieńską. Książeczki do nabożeństwa, wykradane z tzw. „efektów”, krzyżyki, medaliki, różańce ceniono na wagę więcej niż złota, gdyż posiadanie ich w obozie groziło meldungiem i karną kompanią. (...) Zwyczaj wspólnych modlitw w takich przypadkach przeniósł się z więzień do obozów, jakkolwiek modlitwy wspólne były tu o wiele trudniejsze ze względu na duże zróżnicowanie narodowościowe w blokach oraz możliwość donosu."16

    Duchowni wszędzie, gdzie byli większą grupą (tak było w KL Stutthof i KL Dachau), organizowali wspólne modlitwy. W takiej atmosferze narodził się wśród „dachauowskich” księży kult św. Józefa, co później zaowocowało sanktuarium ku czci tego patrona w Kaliszu. Inni składali obietnice pielgrzymowania na Jasną Górę. Modlitwa zbliżała i wzbudzała zaufanie w pasiastym, anonimowym tłumie.

    Wielki aktor, Stefan Jaracz, zwolniony z KL Auschwitz w 1941 r., zwykł był mawiać, iż do litanii loretańskiej winno się dodawać wezwanie: Męczennicy Oświęcimia – módlcie się za nami. Mimo zakazów i gróźb stosowania odpowiedzialności zbiorowej za posiadanie przedmiotów kultu, więźniowie wykonywali różańce ze sznurka i z chleba.

    Katolicy pozostawili najwięcej świadectw życia religijnego w obozie, ale byli też inni... Muzułmanin, prof. kairskiego uniwersytetu Korwin Pawłowski, odmawiał w pandemonium oświęcimskim swoje rytualne modlitwy owijając głowę szmatami. Żydzi, nie mając swoich modlitewników, sięgali czasem po katolickie. Oni też – wiedząc, iż są skazani na śmierć – nie bacząc na zakazy i groźby funkcyjnych, śpiewali głośno psalmy.

    Przed egzekucją niektórzy odmawiali modlitwy, drudzy pisali kartki i grypsy, inni składali strofy poetyckie. Zachował się wiersz Jerzego Stosa, więźnia rozstrzelanego na dziedzińcu bloku 11 w KL Auschwitz w maju 1941 r. Skazaniec swój wiersz - ostatnią modlitwę dedykował ks. Konradowi Szwedzie, również więźniowi oświęcimskiemu:

    "Ja, „Schutzhäftling Pole”, chyląc się w pokorze,

    Niosę moje troski Tobie, Panie Boże!

    Jest ich bardzo wiele, mój Ty Boże drogi,

    Więc ja jako dywan pod Twe ścielę nogi.

    Dywan to bogaty, choć nie tkany złotem,

    Lecz trudem i znojem, krwią własną i potem.

    Dywan to bogaty, gdyż łzy naszych matek.

    Ulirnią się jak perły wśród łez żon i dziatek.

    Ten dywan z perłami składam Tobie, Panie,

    Nie odtrąć tych darów, spójrz łaskawie na nie...

    A pod Twym spojrzeniem płacze te ustaną,

    Rany się zabliźnią, nowe nie powstaną."17

    Sakramenty w obozie

    Dla katolików centrum życia religijnego stanowią sakramenty, zwłaszcza Eucharystia. Skoro zakazywano modlitwy, tym bardziej nie do pomyślenia było sprawowanie dla uwięzionych mszy św. Wprawdzie w KL Dachau, gdzie skoncentrowano większość kleru, istniała kaplica, ale nie dla księży polskich (tylko przez bardzo krótki okres mogli z niej korzystać); na tle innych obozów koncentracyjnych był to wyjątek, bardziej zresztą na użytek propagandowy, niż dla zaspokojenia wewnętrznych potrzeb uwięzionych. Znane są zresztą starania czynione przez abp. Adama Sapiehę, metropolitę krakowskiego, by z okazji świąt więźniowie KL Auschwitz mogli uczestniczyć w mszy, lecz władze obozowe nie wyraziły na to zgody. Podobnie spełzły na niczym takie same próby podjęte przez lubelską Radę Główną Opiekuńczą (RGO) na rzecz osadzonych na Majdanku.

    Odczuwając potrzebę liturgii mszalnej, w niektórych sztubach organizowano z zachowaniem dyskrecji tzw. „suche msze”, sprowadzające się do odczytania z mszalika tekstów liturgicznych. W miarę rozwoju życia konspiracyjnego mogły odbywać się także „katakumbowe” msze św. Wino robiono z rodzynek dostarczonych w paczkach lub wraz z opłatkami przemyconych zza drutów. Msze mogły być celebrowane przy zachowaniu pełnej tajemnicy i z wystawieniem „czujek”, na ogół w niedużych grupach w czasie nocy, zwykle przed pobudką. Głośna stała się celebra eucharystyczna w Wielki Czwartek 1940 r. w baraku księży pomorskich i gdańskich, po której nastąpiła egzekucja grupy kapłanów. W KL Auschwitz np. konspiracyjną pasterkę w 1940 r. sprawował ks. Józef Niewiadomy; ks. Zygmunt Kuzak odprawiał w 1944 r.; wcześniej robił to ks. Józef Kania, po którym w bloku 11 przechowywano szklankę, jaką posługiwał się przy celebrze; ostatnią mszę oświęcimską – w ostatnich dniach obozu - odprawił ks. Władysław Grohs; było to 6 stycznia 1945r. W KL Auschwitz msze odprawiane były na pewno w sztubie 8 bloku szpitalnego nr 20 oraz w blokach więźniarskich - 4a, 3, 14, 15, 25 i 30 oraz innych miejscach (nawet w dających takie możliwości komandach roboczych). Celebrowało je wielu kapłanów. Oto szczególny obraz niedzielnej (więźniowie nie szli do pracy) mszy, utrwalony przez ks. Konrada Szwedę:

    "Na sali kłębi się gwar pracy. Czyszczą menażki, przyszywają trójkąty, odświeżają numery, strugają łyżki z drzewa, iskają wszy... W jednym kącie tej sali, w wąskim przesmyku między dwupiętrowymi łóżkami, ustawiono taborecik. Na nim prosty krzyż. To ołtarz. Kapłan bez stuły i ornatu, w łachmanach więźnia, przykucnięty, w pozycji siedzącej rozpoczyna Najświętszą Ofiarę. Wokoło wtajemniczeni zasłaniają ten widok, by jakiś obcy nie spostrzegł, co się tam dzieje. Myśli odrywały się od koszmarnych widoków życia obozowego, serca rozpalały się gorącą modlitwą... Konsekrowane hostie zawija kapłan w białą chusteczkę, kładzie na piersi i w największym ukryciu za kupą kamieni, za węgłem baraku obozowego, rozdaje Komunię św. Niesie ją również konającym do szpitala obozowego."18

    I inny przekaz tego kapłana-więźnia, tym razem z mszy celebrowanej przez ks. Stefana Stuglika w tzw. ”Pumpenstelle”: "Msza odbywała się [16 maja 1942 r. – przyp. WJW] w piwnicach nowo budowanego bloku nr 15, w pomieszczeniu pompy hydroforowej. Na małym stoliku stały dwie świeczki oraz szklanka, która zastępowała kielich. W pomieszczeniu znajdowało się czterech lub pięciu salezjanów oraz około dziesięciu więźniów [...] Naturalnie, cały blok był obstawiony czujkami, które musiały pilnować, czy nie zbliża się któryś z esesmanów. Ksiądz odprawiający Mszę był ubrany w pasiak. Przed Sanctus więzień obsługujący pompę uruchomił silnik, który zagłuszył śpiewaną część Mszy. To była moja pierwsza Msza w obozie."19

    Przy organizowaniu konspiracyjnych mszy w obozie oświęcimskim szczególnie aktywni byli świeccy, m. in. Bernard Świerczyna (należący do Związku Organizacji Wojskowych, tajnej organizacji więźniów), Zdzisław Uliasz i Paweł Nierada.

    Z materialnych pozostałości po „katakumbowych” eucharystiach w KL Auschwitz w kościele w Mysłowicach przechowywany jest kielich mszalny, zrobiony w obozie; drugi taki prawdopodobnie z 1941 r. znajduje się w skarbcu jasnogórskim wraz z „mszałem oświęcimskim”, jak nazwano ręcznie przepisane teksty liturgiczne na papierze złożonym „harmonijkowo”.

    Podczas sprawowanych konspiracyjnie w obozie mszy św. konsekrowano komunikanty, które rozdawano współwięźniom. Sanctissimum dostarczano też spoza drutów kanałami przerzutowymi. Jedna z takich największych akcji miała miejsce w Lublinie, gdzie na Majdanek – jak wspomina ks. Żyszkiewicz – w Wielki Piątek 1944 r. przemycono ponad 2 tysiące konsekrowanych komunikantów. Ponieważ księża nie wszędzie mogli dotrzeć, powierzali świeckim, mogącym poruszać się po całym kacecie, przeniesienie Komunii do jakiejś wtajemniczonej grupy obozowej.

    Warto odnotować dość osobliwy przypadek, jaki miał miejsce w Boże Ciało 8 czerwca 1944 r. w KL Stutthof, gdzie więźniowie (wcale nie duchowni) pracujący w biurze ewidencyjnym obozu odbyli swoistą procesję eucharystyczną. „Trzymałem Najświętszy Sakrament przy sobie – wspomina jeden z nich - a koledzy po drodze modlili się i doszliśmy do biura, gdzie w tym czasie pracowałem. Gdy byliśmy na miejscu, koledzy przygotowali się do przyjęcia Najświętszego Sakramentu, a ja obchodziłem od biurka do biurka, każdemu wręczając Komunię św.”20

    Sytuacje zagrożenia życia potęgowały emocjonalne przeżywanie wiary, a zwłaszcza przyjmowanie Komunii św. i poprzedzająca ją (lub niezależnie od możliwości przyjęcia Sanctissimum) spowiedź stanowiły przełom duchowy i zgoła wyjątkowe katharsis. Rola kapłana w uwalnianiu od win pozostaje niekwestionowana, a ze względu na ostateczną sytuację, w jakiej byli postawieni więźniowie, niewątpliwie rola penitencjarza była najważniejsza w całej obozowej misji duszpasterskiej.

    Spowiedzi obozowe musiały być ukryte a przynajmniej nie ostentacyjne; rzadko mogło to wyglądać jak na rysunku Mieczysława Kościelniaka, przedstawiającym kapłana pochylonego w modlitwie nad współwięźniem. A już zgoła wyjątkowo, gdy skazanym na śmierć za ucieczkę z obozu w momencie egzekucji na oczach wszystkich udzielił absolucji ks. Józef Kowalski (zmarł 4 sierpnia 1942 r.). Zwykle w macierzystym obozie oświęcimskim (Auschwitz I) spowiedzi odbywały się na Birkenweg, gdzie pod pozorem „spaceru” zmieniali się towarzyszący więźniowi-kapłanowi więźniowie-penitenci. Czasem miało to miejsce w czasie sprzątania cel (wynoszenia „kibli”), jak na bloku 11, gdzie więźniowie na ogół mieli perspektywę „ściany śmierci”. „Skarbem” był więzień-kapłan zatrudniony jako pfleger (sanitariusz) w rewirze, gdyż miał bezpośredni kontakt z umierającymi i mógł nieść im o każdej porze pociechę religijną. Gdy kapłan-więzień nie mógł pod żadnym pozorem dostać się do obozu kobiecego, udzielał w umówionym miejscu o określonej godzinie absolucji przez druty; taka sytuacja miała miejsce w KL Stutthof 14 sierpnia 1943 r., gdzie 45 więźniarek „spowiadało się” w taki nietypowy sposób. Zdarzały się też sytuacje nieprzewidywalne; podczas przerwy w trakcie przesłuchań w obozowym gestapo (Politische Abteilung) w KL Auschwitz por. Stefan Jasieński ps. „Urban”, cichociemny, wyspowiadał się przed ks. Grohsem. Zdołał powiedzieć też kapłanowi o swojej pewności, że „nie zginie bez księdza”, gdyż miał nabożeństwo do Serca Pana Jezusa; faktycznie wkrótce zginął najprawdopodobniej zamordowany w ostatnich dniach istnienia obozu.

    Na marginesie kapłańskiej posługi sakramentu pokuty odnotować trzeba przypadki interesowności niektórych księży i spowiadania „za kromkę”... Przypadki raczej incydentalne, ale stanowiące rysę na pięknej karcie kapłańskiej ofiarnej posługi współwięźniom.

    W rzeczywistości obozowej przychodziły na świat dzieci. Kobiety w zaawansowanej ciąży przybywały do obozu i tu w tragicznych warunkach odbywały porody. Dzieci żydowskie nie miały prawa nawet do chwili życia, kazano noworodki od razu topić. W takich okolicznościach niezwykła więźniarka (dziś błogosławiona) Stanisława Leszczyńska, z zawodu położna i w obozie także tę pracę wykonująca, potrafiła wprost powiedzieć, iż nie będzie z motywów religijnych zabijać dzieci i zdołała w sobie wiadomy tylko sposób ocalić ich gromadkę (z około 3 tysięcy odebranych porodów zdołało przeżyć około trzydzieścioro dzieci). "Pani Leszczyńska była katoliczką. Powiedziała, że nie będzie mordowała niewinnych dzieci, nie chce być „Herodem”. Bardzo się przez to narażała, bo mogłaby to przypłacić życiem. Normalnie przyjmowała poród, odcinając żydowskie dziecko, wiążąc mu pępowinę, zawijała w ligninę, układała matce-Żydówce na pryczę pod koc przy nogach."21

    Na ogół los dzieci był przesądzony; mogły przeżyć tylko najsilniejsze i w niezwykle szczęśliwych okolicznościach. Dlatego też noworodki były chrzczone i to często za przyzwoleniem matek-Żydówek. Odbywało się to w tajemnicy, w ciemnym kącie bloku rewirowego, ale choć nie zawsze udawało się zachować dyskrecję, to nie było przypadku denuncjacji. Wiedziały o tym kobiety różnych narodowości i wyznania. „Leszczyńska pokazała mi, jak się chrzci dzieci. Poleciła mi, żebym zajęła się chrztami dzieci urodzonych na naszym bloku. Wyjaśniła mi, że nie wolno dopuścić, żeby nowo narodzone dzieci tu, w Birkenau, umierały bez chrztu... – wspomina Maria F. Oyrzyńska - Nie wiem dlaczego, ale po Adasiu wszystkie dzieci, które chrzciłam, otrzymywały imię Maria i Józef. Widocznie nieważne dla mnie było samo imię, tylko chrzest... Chrzciłam je wszystkie, niejeden raz musiałam się bardzo spieszyć z chrztem, bo były bardzo słabe, a ja nie chciałam, żeby umarły bez chrztu... Trzymałam maleństwo na lewym przedramieniu, w prawej ręce trzymałam kubek z odrobiną wody, a z braku tejże i ziółek, unosiłam kubek nad głową dziecka, skrapiałam głowę płynem i z wielkim wzruszeniem i głęboką wiarą wymawiałam słowa: Ja ciebie chrzczę, Mario czy też Adamie, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.”22

    Zgoła niecodzienne i wyjątkowe (choć nie jednostkowe) były przypadki chrztu dorosłych; 27 czerwca 1941 r. w KL Auschwitz w kompanii karnej ks. Józef Wybraniec na skutek nalegań współwięźnia żydowskiego – ochrzcił go; jeszcze tego samego dnia obaj zostali zamordowani. W takich przypadkach nie było i nie mogło być cienia podejrzeń o jakikolwiek prozelityzm.

    Znanych jest też kilka przypadków zawarcia w obozach koncentracyjnych sakramentalnych małżeństw. W 1942 r. w KL Auschwitz zawarł takie małżeństwo (przez dzielące druty) więzień Witold Wierusz z dziewczyną z „wolności”. W Birkenau (Auschwitz II) ślub wzięli więźniowie: Irena Bereziuk i Mieczysław Pronobis. Na Majdanku (KL Lublin) w 1943 r. podobny związek błogosławił ks. Osikowicz (małżeństwo to po wojnie rozpadło się).

    Żeby już wszystkie sakramenty Kościoła łacińskiego miały swoje spełnienie w warunkach obozowych, trzeba wspomnieć i o święceniach kapłańskich, jakie miały miejsce w KL Dachau (jedyny chyba taki przykład w obozach nazistowskich). Była to konsekracja prezbitera francuskiego.

    Świadectwem życia duchowego są zbiorowe i indywidualne formy pobożności wyrażane m. in. przez nabożeństwa. Warunki obozowe wyjątkowo nie sprzyjały tym formom kultu, ale w kształcie szczątkowym można je i w „świecie drutów” odnaleźć. Dominujący był - ze względów doktrynalnych - kult chrystologiczny, przejawiający się przez westchnienia, spontaniczne okrzyki, jęki, a także „reliefy” ryte w ścianie (jak choćby wspomniany wizerunek ks. Paciorka). Kult maryjny był zdecydowanie bogatszy; zdarzało się, że w blokach kobiecych budowane były miniaturowe (by niepożądane „oko” nie dostrzegło) „ołtarzyki majowe”; odmawiana była litania loretańska, a przynajmniej niektóre z jej wezwań; organizowały się „róże” (grupki odmawiające cząstki różańca). Pod koniec wojny, w warunkach pewnego rozprzężenia niektóre akty religijne mogły zostać niezauważone, jak w bloku gdzie przebywały dzieci przywiezione z powstańczej Warszawy, oderwane od rodzin i pozostawione pod opieką dwóch troskliwych zakonnic szarytek (s. Władysławy Boruszczak i s. Heleny Michałowskiej). Dzieci szczególnie zapamiętały nabożeństwa różańcowe, organizowane przez siostry w październiku 1944 r. „Powtarzane modlitwy, które znałam z dzieciństwa, przywracały mi spokój. – wspomina po latach jedno z dzieci. Na zakończenie każdego różańca śpiewaliśmy pieśń kończąc słowami: ‘Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, Panie!’ Po zakończonym październikowym nabożeństwie ustawiono dzieci w jeden długi rząd. Na wyciągniętą dłoń każdego... siostra kładła po łyżeczce marmolady buraczanej, którą przez cały miesiąc wspólnie zbierały... Tego wieczoru każde z dzieci miało idealnie czystą dłoń, tę właśnie, na którą nałożono trochę marmolady."23

    Wiele też byłoby przykładów kultu świętych; najpopularniejszy bodaj był św. Józef, do którego szczególne upodobanie mieli księża, jezuici darzyli sentymentem św. Ignacego Loyolę, inni – zwłaszcza zakonnicy – swoich założycieli bądź patronów. Trzeba wszak pamiętać, iż w warunkach obozowych były to ledwie namiastki zjawisk kultowych.

     


    Część II

  • Wiesław Wysocki - Świadectwa życia religijnego więźniów - cz. II

    Część II

    Czy w KL Auschwitz Bóg pytał o prześladowanego i cierpiącego Häftlinga? Jak wyglądał religijny mikrokosmos obozu?*

    Święta religijne w warunkach obozowych

    Nie sposób nawet w najbardziej skrajnych i restrykcyjnych warunkach wyrwać całej zbiorowości jej dziedzictwa kulturowego; całkowicie oderwać od zwyczajów i nawyków narodowych, środowiskowych, mentalności cywilizacyjnej etc. Do takich najgłębiej zakorzenionych potrzeb ludzkich należą święta religijne, zwłaszcza te największe, obrosłe swoistą kulturą, obrzędowością, klimatem...

    Największe święto chrześcijan – Wielkanoc – zewnętrznie, poza Wielką Niedzielą jako dniem wolnym od pracy i - z powodu liczniejszych urlopów nadzorujących esesmanów - zmniejszonym rygorem, nie wyróżniało się niczym od codziennego dnia obozowego. Ale tylko pozornie, gdyż więźniowie, a zwłaszcza więźniarki, poddawały się nastrojom tego okresu liturgicznego i zwyczajom kościelnym; organizowały namiastki rekolekcji wśród chorych współtowarzyszek (KL Majdanek), śpiewały (raczej: nuciły) pieśni wielkopostne i wielkanocne, budowały w ustronnym i mało dostrzegalnym miejscu miniaturki Grobu Pańskiego. Niektórzy podejmowali wyrzeczenia: w Wielki Piątek, gdy ktoś dostał tzw. zulagę w postaci kawałka kiełbasy zamienił ją na marmoladę; więźniarki na Majdanku tego dnia zrezygnowały z kostki cukru, jaką wtedy dostały, itp. Wspomina jedna z kobiet: „Zaczęłam sama siebie przekonywać, że przecież tu, w tym strasznym lagrze, nie obowiązują posty, że tu nie trzeba pościć. Kiedy zdecydowana byłam zjeść plasterek kiełbasy rozgrzeszając samą siebie, przychodziły nowe refleksje: przecież ten kawałek kiełbasy mnie nie uratuje, nie nasyci głodu, jeżeli tak długo nie jadłam kiełbasy, to i teraz w Wielki Piątek, nie muszę jej jeść. Może trzeba ponieść jakąś ofiarę, żeby przeżyć, [...] może z trzydzieści razy zmieniałam decyzję.24 Niektórzy starzy więźniowie mogli spotkać się z okazji świąt „przy stole” w małej grupie w kąciku izby bloku, ale częściej towarzyszyły uwięzionym szyderstwa i kolejne dramaty. W Wielki Piątek 1942 r. w KL Auschwitz ks. Piotr Dańkowski usłyszał od kapo: „Dziś będziesz ukrzyżowany jak twój mistrz.”25 Na ramiona narzucono mu ciężką kłodę, pod którą kilkakrotnie upadał, aż skonał pod ciosami oprawcy. Podobną bluźnierczą (w oczach esesmanów było to szyderstwo) scenę W. Siwek utrwalił na obrazie - Powrót karnej kompanii z pracy. Jest to opis sytuacji z Wielkiego Piątku 1942 r. w karnej kompanii, gdzie znęcano się nad księżmi i Żydami, zwłaszcza tymi ostatnimi; w końcu spośród zmaltretowanych półżywych ludzi wybrano jednego, któremu wbito na głowę zwój drutu kolczastego, a do ręki włożono łopatę, pozostałym kazano procesjonalnie wnieść go do obozu. Podobnych sadystycznych nawiązań, a nieraz dokładnych naśladowań ewangelicznego opisu męki Chrystusa, znaleźć można w obozach nazbyt dużo.

    Mniej drastycznie utrwalił się w pamięci uwięzionych obraz drugich wielkich świąt chrześcijańskich – czas Bożego Narodzenia. Duch tych świąt jest zawsze bardziej radosny, rzewliwy, emocjonalny... Nastrojowi temu ulegali wszyscy, nawet w obozie, a w życzeniach dominowało pragnienie wolności i nadzieja rozerwania kolczastych drutów oraz powrotu do rodzinnych domów.

    W obozie lubelskim powstała kolęda w formie życzeń:

    "Wesołych Świąt życzymy Wam

    U wszelkich miast, u lagrów bram.

    I Wam w pokojach wygodnych, jasnych.

    I Wam w barakach wilgotnych, ciasnych.

    Wszystkim Wam ślemy szczere życzenia,

    Niech radość wszystkie smutki przemienia,

    Niech się rozjaśnią zbolałe czoła,

    Gdy tylko Gloria zabrzmi dokoła."26

    Nawet na placu apelowym obozu stawiano świąteczne drzewko (utrwalił to z KL Auschwitz W. Siwek na obrazie, przechowywanym obecnie w muzeum obozowym, pt. Wigilia w Oświęcimiu 1940), choć rzeczywistość obozowa i wtedy rzucała swój ponury cień; pod choinką składano zmarłych i zamęczonych Häftlingów.

    Śpiewano pieśni; tylko czasem adwentowe, powszechnie kolędy, za co niekiedy później bywały zbiorowe represje w postaci długiego stania z odkrytymi (zima!) głowami. Powstawały pomysły na szopki świąteczne i noworoczne.

    Okres świąt wnosił w życie więźniów pewien oddech „wolnościowy”, ale też nastrój wigilijny, zwłaszcza gdy dochodziła do głosu tęsknota za najbliższymi, niepewność dalszego losu, troska o rodzinę, wywoływał bardzo głębokie psychiczne reakcje niemal u każdego uwięzionego.

    Znaczna liczba Żydów, którzy przeszli przez obozy nazistowskie, zaznaczyła swoją obecność elementami religijnymi, między innymi specyfiką odrębnego świętowania swoich świąt. Szczególnie ważne miejsce miał Sądny Dzień (Jom Kippur), podczas którego należało odmówić modlitwę Kol Nidre. Inne święta, jak Chanuka, Purim, Seder czy Pesach miały swój rytuał, choć jego zachowanie było nadzwyczaj trudne i tylko najbardziej ortodoksyjni Żydzi, mimo warunków obozowych, starali się świętować wedle własnej tradycji. Bardzo często przy tej okazji ze strony nadzorców spotykały ich szyderstwa i poniżenia.

    Akcja antyreligijna

    Antyreligijna postawa nadzorców i kryminalnych więźniów funkcyjnych ujawniała się przede wszystkim wobec ortodoksyjnych Żydów i kleru. W ich osobach było najłatwiej wyszydzać i upokarzać wartości duchowe. Juden und Pfaffen – od pierwszego dnia pobytu w obozie w KL Auschwitz i w innych kacetach byli traktowani „szczególniej”. Zabawiano się fotografowaniem całujących się Żydów i księży, inscenizowano sytuacje ośmieszające, na przykład wzajemne bicie lub śpiewanie wulgarnych, obsceniczych piosenek. Chórem żydowskich więźniów śpiewających O, du mein Jerusalem, pieśń drwiącą z judaizmu, musiał dyrygować katolicki ksiądz. Jeżeli w transporcie był rabin, stawał się obiektem drwin; współwyznawcom nakazywano uważać go za „żydowskiego boga” i na kolanach śpiewać do niego psalmy. Rzadko poprzestawano na „komicznym” – w ocenie władz obozowych – efekcie wyszydzania, częściej były to sadystyczne znęcania się. Jednemu z księży kazano wprowadzać do obozu oświęcimskiego „procesję” śpiewających psalmy Żydów. Tamże ks. Leonowi Poeplau, podczas jego powitania w kacecie (15 sierpnia 1940 r.), wywrócono kapelusz rondem do góry i wciśnięto na głowę, na szyi zaciągnięto pętlę ze sznura, do ręki zaś dano miotłę. "Ciągnąc kapłana na powróśle zrobiono zeń pośmiewisko. Śmiali się esesmani, śmiali się też kręcący się wśród nas kapo. Patrzyliśmy na to widowisko ze smutkiem i niesmakiem."27 Przy okazji nie szczędzono kapłanowi ciosów pięści, kopniaków, opluwania... Z tych samych powodów nosicielami zwłok (Leichenträger) uczyniono księży; w KL Stutthof 3 marca 1940 r. dla szyderstwa nakazano odbywać księżom (w obozie było wtedy kilkuset księży) pogrzebowe procesje ze śpiewaniem pieśni żałobnych, ale zamiast oczekiwanego efektu „humorystycznego”, niespodziewanie dla władz, ogół więźniów słysząc śpiew miserere stanął na baczność z odkrytymi głowami.

    Ulubioną szykaną w obozie były aluzje i pytania o perwersje seksualne duchownych, które zazwyczaj kończyły się katuszami fizycznymi. Podobne czekały nie tylko kler, ale i wszystkich innych więźniów, jeżeli znaleziono różaniec, medalik lub inny przedmiot kultu. Za odmowę podeptania różańca w KL Auschwitz zamordowany został ks. Józef Kowalski. Inni (także świeccy) ginęli za posiadanie modlitewnika. Wielu esesmanów zostało zapamiętanych przez więźniów jako szczególnie "uczulonych" na przedmioty kultu. Takim był m. in. na Majdanku Hessel: „Jeżeli spostrzeże medalik lub szkaplerz na szyi, zrywa go i rzuca na ziemię, po czym dwukrotnie uderza więźnia trzciną po głowie i ironicznie pyta: Kommunist? W pewnej chwili podchodzi jeden z Polaków z ryngrafem ‘Sodalis Marianus’ zawieszonym na piersiach. Hessel w swej gorliwości zrywa ten ryngraf, rzuca na ziemię i depcze buciorami.”28

    W KL Auschwitz przybywających więźniów witano formułą: Jeżeli w transporcie są Żydzi, nie mogą żyć dłużej niż dwa tygodnie, jeżeli są księża, przeżyją miesiąc, reszta trzy miesiące.29 Za tymi słowami kryje się cała relacja kata do ofiar.

    W tak specyficznych warunkach, jakie stwarzał obóz koncentracyjny, nie trudno o dewiacje i wykoślawienia religijne. Jeżeli między deklaracją a postawą następował silny rozziew, nie mógł taki więzień być uosobieniem ideałów i wartości religijnych, gdyż w kacecie ujawniała się każda małoduszność i doraźna interesowność. Jak w każdej społeczności, tak i tu istniał margines na ostentacyjną próżność i zwykły faryzeizm.

    Szczególnie wśród kobiet szerzyło się upodobanie do „wiary w sny”, ale powszechne było dawanie posłuchu wszelkim przepowiedniom i wizjom. Miało to z jednej strony walor terapeutyczny i wlewało w egzystencję uwięzionych nieco nadziei, ale też u niektórych przybrało cechę guślarstwa lub zabobonu. Niektórzy polecając się „wpływowym” patronom (za takiego uchodził m. in. św. Antoni), obrażali się na nich, gdy nie spełniały się pragnienia.

    Deformacje religijności obozowej należały niewątpliwie do elementów marginalnych, a ujawniały się tu i ówdzie głównie ze względu na niekontrolowane, subiektywne przeżywanie „sfery ducha” w warunkach wielkich presji psychicznych i fizycznego zniewolenia.

    W zasadzie – w warunkach normalnej egzystencji – wiara religijna nie wymaga heroizmu w czystej postaci, czyli zachowań nadzwyczajnych, raczej oczekuje konsekwencji moralnej i zachowania podstawowych zasad wspólnotowych, ale zdarzają się momenty – zwłaszcza, gdy człowiek znajduje się w sytuacji krańcowej – kiedy kosztuje wiele i wymaga wyboru między karłowatością zaprzaństwa swej wiary a wielkością jej afirmacji.

    Dowody tej duchowej afirmacji znajdujemy w przekazach o zachowaniach nadzwyczajnych, jak gest o. Maksymiliana Marii Kolbego wobec skazanego na śmierć więźnia Gajowniczka, dobrowolne pójście do obozu ppor. Witolda Pileckiego („Tomasza Serafińskiego”) i wielu innych wielkich i drobnych aktach odwagi, samozaparcia i współczucia. Godzi się tu przywołać postać ks. Antoniego Rzadkiego z archidiecezji poznańskiej, który w Śremie 20 października 1939 r. zastąpił skazanego na śmierć przez niemieckie władze okupacyjne ojca kilkorga dzieci; krew księdza po egzekucji zbierano z największą czcią. Ileż takich jednostkowych przykładów heroizmu wiary czasu wojny nam pozostało! Pieczęcią tych nadzwyczajnych postaw w Kościele katolickim są liczne beatyfikacje i kanonizacje więźniów obozów.

    Próba podsumowania

    Śledząc specyfikę religijności obozowej nie trudno dostrzec, iż to nie doktryna, ale praktyczna miłość była siłą motywującą. W sytuacjach krańcowych następowała powszechna redukcja – ale nie eliminacja - zasad; przy czym heroiczność postaw wypada „mierzyć” li tylko najważniejszym przykazaniem.

    Religijność obozowa miała charakter konspiracyjny, niekiedy wręcz „katakumbowy” (z pełnym nawiązaniem do pierwszych wieków chrześcijaństwa), i tylko niektóre elementy znajdowały swoje uzewnętrznienie. Wynikało to z faktu, iż religia i postawa religijna były nieakceptowane i niedopuszczone „prawnie”, a tym samym związane z ryzykiem represji karnej.

    Szczególnym rysem religijnego świata za drutami była otwartość i naturalny ekumenizm więzionych. Można dostrzegać w religijności, podobnie do postaw ideowych, elementy samoobrony ludzi zniewolonych, ale byłoby to uproszczenie. Trzeba dostrzec też istotną formę ludzkiej egzystencji „sub specie aeternitatis”.

    Jakość i wartość społeczeństwa i grup wyznaniowych można mierzyć w jakimś stopniu poprzez ocenę kleru, jako elity przywódczej i ostoi moralnego autorytetu. I chyba dlatego w sposób szczególny hitlerowcy prześladowali duchowieństwo. Na ponad 10 tys. księży diecezjalnych, których Polska miała w dniu 1 września 1939 r., zginęło 20 %, zaś 30 % było represjonowanych; gdy się uwzględni duchowieństwo zakonne, liczby te jeszcze bardziej pokażą cenę, jaką przyszło ponieść Kościołowi polskiemu.

    Największe ofiary poniosły diecezje (w nawiasach podane są straty zabitych i zamordowanych kapłanów i kleryków): chełmińska (323), poznańska i włocławska (po 224), gnieźnieńska (139), łódzka (132), płocka (116). Gdy się uwzględni okupację i represje sowieckie – bynajmniej nie mniejsze – to dopiero będzie pełny obraz ceny krwi, jaką przyszło zapłacić Kościołowi polskiemu w latach II wojny światowej. Był to swoisty apokaliptyczny tygiel oczyszczający. W tym ogniu szlachetniała duchowość i oblicze wszystkich wierzących.

    Czy zatem z teologii cierpienia zrodzi się teologia miłości i solidarności z każdym człowiekiem, zwłaszcza uciśnionym, zniewolonym, cierpiącym...? Jeżeli odpowiemy przecząco, to rację będą mieli ci, co twierdzą, iż po Auschwitz i Gułagu teologia się skończyła. Czyżby? A świat ducha nad blokami obozu oświęcimskiego i nad polami Brzezinki...?

    Kto odważy się zaprzeczyć poetyckim słowom więźniarki KL Lublin, Elżbiety Popowskiej, która za drutami pisała świadectwo swojej – i swojego więzionego pokolenia – głębokiej i żarliwej wiary:

    "Kolczasta brama na oścież otwarta,

    Nowa się w życiu rozpoczyna karta.

    Jedno jest pewne: Majdanek, Ravensbrück.

    Wszędzie są ludzie

    I wszędzie jest Bóg."

    ________________________________________

    * Szerzej na ten temat: W.J.Wysocki, Bóg na nieludzkiej ziemi. Życie religijne w hitlerowskich obozach koncentracyjnych (Oświęcim-Majdanek-Stutthof), Warszawa 1999.

    [1][1] V. E. Frankl, Psycholog w obozie koncentracyjnym,Warszawa 1962, s. 76.

    2 Jan Paweł II, Msza święta na terenie byłego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau [w:] Jan Paweł II w Polsce.1979.1983.1987. Przemówienia i homilie, Warszawa 1989, s. 197.

    3 W. Gajdus, Nr 20 998 opowiada, Kraków 1962, s.110-111.

    4 Tamże, s. 116.

    5 W. Grohs, Religia w obozach koncentracyjnych (mps).

    6 Archiwum Państwowego Muzeum Oświęcim (APMO), Zesp. Wspomnienia, t. 21/221, R. Radwański, Wiersze, k. 103.

    7 Jerzy Liebert, Jeździec.

    8 Por.: V. E. Frankl, Psycholog w obozie..., s. 43.

    9 APMO, Zesp. Wspomnienia, t. 109/654, A. Siciński, Gdy milczą – krzyczą, k. 90.

    10 A. Kozłowiecki, Ucisk i strapienie. Pamiętniki więźnia 1939-1945, Kraków 1967, s. 208.

    11 APMO, Zesp. Wspomnienia, t. 113/683, S. Krupa, A jednak tak było, k. 55.

    12 Cyt. za: A. Kępiński, Homo homini lupus est,, „Przegląd Lekarski” 1971, nr 1, s. 165.

    13 Por.: V. E. Frankl, Psycholog w obozie..., s. 72-73.

    14 A. Kozłowiecki, Ucisk i strapienie..., s. 200.

    15 H. Malak, Klechy w obozach śmierci, wyd. 2, Londyn 1961, s. 59-60.

    16 Wspomnienia M.E. Jezierskiej. Cyt. za: Z. Jagoda, S. Kłodziński, J. Masłowski, Życie kulturalne w obozie oświęcimskim, „Przegląd Lekarski” 1974, nr 1, s. 36.

    17 Cyt. za: APMO, Zesp. Wspomnienia, t. 20/198, T. Paczuła, Schonungsblock Nr 15 , k. 148.

    18 K. Szweda, Katakumby XX wieku, „Kalendarz dla Wszystkich” , Tarnów 1948, s. 105-106.

    19 Tamże, s. 107.

    20 A. Makowski, Przemówienie p. mgr. ... w Sztutowie 16 V 1965 r., „Miesięcznik Diecezjalny Gdański” 1965, nr 7, s. 252.

    21 APMO, Zesp. Wspomnienia, t. 63/352, M.F. Oyrzyńska, A przecież tak było, k. 90-91.

    22 Tamże.

    23 APMO, Zesp. Wspomnienia, t. 71/408, F. Kurdej, Wspomnienia, k. 127 i 141.

    24 APMO, Zesp. Wspomnienia, t. 63/352, M. F. Oyrzyńska, A przecież..., k. 35.

    25 K. Szweda, Katakumby..., s. 108.

    26 S. Kuryłowicz, List do autora z 14 października 1973 r.

    27 APMO, Zesp. Wspomnienia, t. 32, I. Radlicki, Wspomnienia , k. 21.

    28 J. Kwiatkowski, 485 dni na Majdanku, Lublin 1966, s. 373.

    29 Por.: J. Garliński, Oświęcim walczący, Londyn 1974, s. 31; J. Sehn, Obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka, wyd. 3, Warszawa 1960, s.63; APMO, Zesp. Oświadczenia, K. Sawicki, k. 92-93.

    Tekst został opublikowany w książce "Dialog u progu Auschwitz"

    Wydawnictwo UNUM, Kraków, 2003.

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.023625°N, 19.19856°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies
zamknij
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies