Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Oficjalne teksty Kościoła Katolickiego

  • 1933-04-12 List Edyty Stein do Piusa XI

    Ojcze Święty!

     

    Jako dziecko narodu żydowskiego, które przez łaskę Boga od 11 lat jest dzieckiem Kościoła katolickiego, ośmielam się wyrazić przed Ojcem chrześcijaństwa to, co boli miliony Niemców.

     

    Od tygodni jesteśmy w Niemczech świadkami czynów, które urągają wszelkiej sprawiedliwości i człowieczeństwu, nie wspominając już o miłości bliźniego. Przez całe lata narodowosocjalistyczni przywódcy głosili nienawiść do Żydów. Ten zasiew nienawiści wzeszedł, odkąd dostali w ręce rządowy aparat przemocy i uzbroili swych stronników, wśród których niewątpliwie są elementy przestępcze.

     

    Niedawno rząd przyznał, że dochodzi do ekscesów. Jaka jest ich skala, nie możemy sobie wyobrazić, bo opinia publiczna jest zakneblowana. Ale oceniając na podstawie tego, co można dowiedzieć się tylko przez kontakty osobiste, nie chodzi w żadnym razie o odosobnione, wyjątkowe przypadki.

     

    Pod naciskiem głosów z zagranicy rząd przeszedł do „łagodniejszych” metod. Dał słowo, że „żadnemu Żydowi nie powinien spaść ani jeden włos z głowy”. Ale przez ogłoszenie bojkotu wpędza wielu – odbierając ludziom gospodarczą egzystencję, obywatelską godność i ojczyznę – w rozpacz. W ostatnim tygodniu powiadomiono mnie przez prywatne źródła o pięciu przypadkach samobójstw na skutek tych prześladowań. Jestem przekonana, że chodzi tu o powszechne zjawisko, które pochłonie jeszcze wiele ofiar.

     

    Można żałować, że nieszczęśnicy nie mają już więcej wewnętrznej siły, by dźwigać swój los. Odpowiedzialność spada jednak w dużej mierze na tych, którzy doprowadzili ich do ostateczności, a także na tych, którzy milczą w tej sprawie.

     

    Wszystko, co się stało i co dzieje się każdego dnia, pochodzi od rządu, który nazywa siebie „chrześcijańskim”. Od tygodni nie tylko Żydzi, ale i tysiące wiernych katolików w Niemczech i, jak myślę, na całym świecie czekają i żywią nadzieję, że Kościół Chrystusowy podniesie głos, by położyć kres nadużywaniu imienia Chrystusa. Czy to ubóstwienie rasy i państwowej przemocy, które codziennie radio wbija masom do głów, nie jest jawną herezją?

     

    Czy walka niosąca eksterminację żydowskiej krwi nie jest obelgą dla przenajświętszego człowieczeństwa naszego Odkupiciela, najświętszej Dziewicy i Apostołów? Czy to wszystko nie stoi w drastycznej sprzeczności z postępowaniem naszego Pana i Zbawiciela, który jeszcze na krzyżu modlił się za swoich prześladowców? I czy nie jest to czarna plama w kronice tego Roku Świętego, który winien być rokiem pokoju i pojednania?

     

    My wszyscy, którzy jesteśmy wiernymi dziećmi Kościoła i z otwartymi oczami patrzymy na sytuację w Niemczech, obawiamy się, że jeśli milczenie będzie trwało dłużej, wizerunek Kościoła będzie jak najgorszy. Jesteśmy również przekonani, że to milczenie nie będzie w stanie okupić na dłuższą metę pokoju z obecnym niemieckim rządem.

     

    Walka z katolicyzmem jest na razie prowadzona po cichu i w mniej brutalnych formach, niż walka z Żydami. Ale nie mniej systematycznie. Niedługo żaden katolik w Niemczech nie będzie mógł sprawować urzędu, jeśli bezwarunkowo nie zaprzeda się temu nowemu kursowi.

     

    Do stóp Waszej Świątobliwości, z prośbą o błogosławieństwo apostolskie

     

     

     

    Dr Edyta Stein,
    docent w Niemieckim Instytucie Pedagogicznym 
    w Münster (Westfalia), Collegium Marianum

     

     

    Przełożył Marek Zając

  • 1965-02-18 Arcybiskup Wojtyła - W dwudziestą rocznicę oswobodzenia

    Wymowa Oświęcimia

    W dwudziestą rocznicę oswobodzenia
    obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
    Przemówienie Ks. Arcybiskupa Karola Wojtyły
    w dn. 18 lutego 1965 r.

    „Luctus, angor et spes hominum huius temporis, ipsius quoque Concilii sunt agor, luctus et spes” – od takich mniej więcej słów rozpoczynał się tekst schematu XIII, zaprojektowany na zeszłoroczną sesję Soboru.

    Ucisk i lęk, ale także nadzieje ludzkości współczesnej Sobór uważa za swoje. Pragnie przejąć się tym, co stanowi źródło udręki współczesnego człowieka, aby tym szerzej otworzyć perspektywę nadziei.

    Słowa te przychodzą mi na myśl, gdy pragnę przemówić na temat bardzo aktualny i zarazem bardzo trudny. Oto w dniu 27 stycznia tego roku minęła dwudziesta rocznica oswobodzenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

    Oświęcim znajduje się na terenie Archidiecezji Krakowskiej i dlatego uważamy za swój obowiązek podjąć w tym roku martyrologium oświęcimskie. Łączy się ono z martyrologium duchowieństwa polskiego w ciągu ostatniej wojny, w którym każda diecezja polska, również krakowska, miała swój udział. Właśnie wiec w okresie przedpościa tego roku dajemy wyraz religijny, wspominając podczas Mszy św. w każdym kościele ofiary obozu. Są jeszcze pośród nas tacy, którzy je przeżyli – żywi świadkowie tego, czego najbardziej wymowne świadectwo stanowią umarli: ponad 4 miliony ludzi wielu narodowości, wśród nich wielu naszych rodaków. ponad 4 miliony ofiar wojny totalnej, w której pojęcie „wojny” zatraca swe historyczne znaczenie, a wyłania się nowe pojęcie: homicidium.

    Wymowę świadectwa umarłych, czyli martyrologium oświęcimskie wypada nam przeżyć razem z żywymi przede wszystkim więc razem z tymi, którzy przeżyli Oświęcim i tyle innych obozów koncentracyjnych. Powiedzą nam oni, że świadectwo samej śmierci, którą w jednym tylko obozie poniosły miliony ludzi, nie jest jeszcze pełne i dość wymowne. Trzeba je dopełnić świadectwem drogi, jaką szli, jaką byli prowadzeni do tej śmierci wszyscy więźniowie obozów: zarówno ci, którzy ją tam znaleźli, jak tez ci, którzy przeżyli.
     Słowo: Oświęcim, które cudzoziemcy znali jako Auschwitz, zawiera w sobie nie tylko wymowę śmierci fizycznej kilku milionów bezbronnych ludzi, ale także wymowę śmierci moralnej. Jest to miejsce, jedno z miejsc w historii, w którym ludzkość przybliżyła się niejako do swej dolnej granicy. Miejsce, na którym człowiek okazał człowieczeństwu w innych ludziach maksimum pogardy i okrucieństwa. W tym wszystkim zaś uległ bezwzględnemu ciśnieniu systemu, w którym od początku się liczyć człowiek i jego niezaprzeczalnie prawa.

    Wielki i groźny symbol: obóz koncentracyjny, symbol: Auschwitz – nie jest zawieszony w próżni. Posiada swoją genealogię w dziejach narodu, w dziejach ludzi. Zaczął istnieć już zanim przywieziono do baraków nad Sołą pierwszych więźniów. Zaczął istnieć wtedy, gdy człowiek okazał się bezsilny wobec systemu, który w swoim fantastycznym utylitaryzmie z samych założeń był przeciwludzki. A potem to już szło z siłą lawiny.

    Na miejscu zbiorowej kaźni okazał się bezsilny wobec straszliwego systemu i człowiek deptany, wyniszczany, i człowiek depczący, wyniszczający.

    W tym świetle wypada nam odbierać po 20 latach wymowę Oświęcimia; tak ja próbujemy przeżyć z żywymi. Zarówno z tym pokoleniem, które wychowało się w groźnym zasięgu słowa Oświęcim, jak też i z tym pokoleniem, które narodziło się, gdy to słowo przeszło już do historii. Żadne pokolenie nie będzie mogło zwolnić się od rozpamiętywania podstawowej treści tego słowa. Wiadomo, iż każdy rachunek sumienia czyni się z przeszłości, ale czyni się go z myślą o przyszłości. Tak właśnie pragniemy go uczynić. Na przyszłość rodzi się z niego postanowienie, które wyraża się jako deklaracja w zwrocie: „Już nigdy więcej”. Zwrot ten zawiera elementarną i spontaniczna reakcję na zło. Jest wspólny wszystkim ludziom. Może zwłaszcza wszystkim Polakom, albowiem to doświadczenie historii w szczególnej mierze pozostanie naszym udziałem.

    Ze spontaniczną reakcją na zło musi pójść świadomy, zbiorowy wysiłek społeczeństw, aby znów w jakimś momencie historii człowiek, osoba ludzka, nie okazał się tak bezsilny, jak w Oświęcimiu.

    Przytoczyłem na początku słowa, od których rozpoczynał się pierwszy projekt schematu XIII. Sobór w tym schemacie chce dać wyraz sprawom wszystkich ludzi, całej ludzkości współczesnej. Stoi przed faktami i perspektywami. Fakty są wymowne, są trudne. Do takich faktów na pewno należy ten, który zakończył się 20 lat temu w Oświęcimiu, przy ujściu Soły do Wisły. Fakt ten przytłacza poniekąd swoją wielkością. Wielkością cierpień, w których zawarł się los tylu ludzi. Jeżeli  każde ludzkie cierpienie posiada swoja wymowę, to cóż dopiero taka zawrotna suma ludzkich cierpień?

    Jeżeli do tego faktu odważamy się wracać, jeżeli na nowo odczytujemy martyrologium oświęcimskie, to czynimy to z głęboka wiarą, że był w nim obecny Chrystus. Na miejscu tylu wyniszczeń przypominają się słowa, jakie o Nim napisał św. Paweł: „Wyniszczył samego siebie, stając się do nas podobnym” (Flp 2,8). Te słowa, które prowadza od Chrystusa do człowieka, chcielibyśmy odczytać w przeciwnym kierunku: tylu ludzi podobnych do Niego zostało wyniszczonych na tym miejscu. I chcielibyśmy niejako zrównoważyć wyniszenie tym podobieństwem. W wyniszczeniu Chrystusa kryje się niewyczerpalna siła, która przywraca człowiekowi podobieństwo. Człowiek podobieństwa do Boga nie może zatracić. Nawet tam, gdzie ono najbardziej jest zdeptane, gdzie stanowi przedmiot pogardy. Musi je natomiast wciąż odzyskiwać. Musi za nie płacić trudem każdej osoby, a zarazem całej historii. Chrystus zapłacił za nasze podobieństwo do Boga, które stanowi istotę człowieczeństwa, swoją Kalwarią.

    Jeśli wolno nam spojrzeć na to miejsce, w którym 20 lat temu znajdował się obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, jako na Kalwarię współczesnej ludzkości, to prócz bolesnych wspomnień powstaje w nas takie gorące pragnienie, by za cenę tej Kalwarii człowiek współczesny odzyskał swoje człowieczeństwo na miarę czasów, w których wypadło mu żyć.

  • 1965-10-28 - NOSTRA AETATE

    DEKLARACJA O STOSUNKU KOŚCIOŁA DO RELIGII NIECHRZEŚCIJAŃSKICH

     
    Sobór Watykański II, Deklaracja NOSTRA AETATE


     1. W naszej epoce, w której ludzkość coraz bardziej się jednoczy i wzrasta wzajemna zależność między różnymi narodami, Kościół tym pilniej rozważa, w jakim pozostaje stosunku do religii niechrześcijańskich. W swym zadaniu popierania jedności i miłości wśród ludzi, a nawet wśród narodów, główną uwagę poświęca temu, co jest ludziom wspólne i co prowadzi ich do dzielenia wspólnego losu.

     
    Jedną bowiem społeczność stanowią wszystkie narody, jeden mają początek, ponieważ Bóg sprawił, że cały rodzaj ludzki zamieszkuje cały obszar ziemi, jeden także mają cel ostateczny, Boga, którego Opatrzność oraz świadectwo dobroci i zbawienne zamysły rozciągają się na wszystkich, dopóki wybrani nie zostaną zjednoczeni w Mieście Świętym, które oświeci chwała Boga, gdzie narody chodzić będą w Jego światłości.

     
    Ludzie oczekują od różnych religii odpowiedzi na głębokie tajemnice ludzkiej egzystencji, które jak niegdyś, tak i teraz do głębi poruszają ludzkie serca; czym jest człowiek, jaki jest sens i cel naszego życia, co jest dobrem, a co grzechem, jakie jest źródło i jaki cel cierpienia, na jakiej drodze można osiągnąć prawdziwą szczęśliwość, czym jest śmierć, sąd i wymiar sprawiedliwości po śmierci, czym wreszcie jest owa ostateczna i niewysłowiona tajemnica, ogarniająca nasz byt, z której bierzemy początek i ku której dążymy.

     

     2. Od pradawnych czasów aż do naszej epoki znajdujemy u różnych narodów jakieś rozpoznanie owej tajemniczej mocy, która obecnie jest w biegu spraw świata i wydarzeniach ludzkiego życia; nieraz nawet uznanie Najwyższego Bóstwa lub też Ojca. Rozpoznanie to i uznanie przenika ich życie głębokim zmysłem religijnym. Religie zaś związane z rozwojem kultury starają się odpowiedzieć na te same pytania za pomocą coraz subtelniejszych pojęć i bardziej wykształconego języka. Tak więc w hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę poprzez niezmierną obfitość mitów i wnikliwe koncepcje filozoficzne, a wyzwolenia z udręk naszego losu szukają albo w różnych formach życia ascetycznego, albo w głębokiej medytacji, albo w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością. Buddyzm, w różnych swych formach, uznaje całkowitą niewystarczalność tego zmiennego świata i naucza sposobów, którymi ludzie w duchu pobożności i ufności mogliby albo osiągnąć stan doskonałego wyzwolenia, albo dojść, czy to o własnych siłach, czy z wyższą pomocą, do najwyższego oświecenia. Podobnie też inne religie, istniejące na całym świecie, różnymi sposobami starają się wyjść naprzeciw niepokojowi ludzkiego serca, wskazując drogi, to znaczy doktryny oraz nakazy praktyczne, jak również sakralne obrzędy.
    Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał.


    Przeto wzywa synów swoich, aby z roztropnością i miłością przez rozmowy i współpracę z wyznawcami innych religii, dając świadectwo wiary i życia chrześcijańskiego, uznawali, chronili i wspierali owe dobra duchowe i moralne, a także wartości społeczno-kulturalne, które u tamtych się znajdują.

     

     3. Kościół spogląda z szacunkiem również na mahometan, oddających cześć jedynemu Bogu, żywemu i samoistnemu, miłosiernemu i wszechmocnemu, Stwórcy nieba i ziemi, Temu, który przemówił do ludzi; Jego nawet zakrytym postanowieniom całym sercem usiłują się podporządkować, tak jak podporządkował się Bogu Abraham, do którego wiara islamu chętnie nawiązuje. Jezusowi, którego nie uznają wprawdzie za Boga, oddają cześć jako prorokowi i czczą dziewiczą Jego Matkę Maryję, a nieraz pobożnie Ją nawet wzywają. Ponadto oczekują dnia sądu, w którym Bóg będzie wymierzał sprawiedliwość wszystkim ludziom wskrzeszonym z martwych. Z tego powodu cenią życie moralne i oddają Bogu cześć głównie przez modlitwę, jałmużny i post.


    Jeżeli więc w ciągu wieków wiele powstawało sporów i wrogości między chrześcijanami i mahometanami, święty Sobór wzywa wszystkich, aby wymazując z pamięci przeszłość szczerze pracowali nad zrozumieniem wzajemnym i w interesie całej ludzkości wspólnie strzegli i rozwijali sprawiedliwość społeczną, dobra moralne oraz pokój i wolność.

     

     4. Zagłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama.
    Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków. Wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary, i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła. Przeto nie może Kościół zapomnieć o tym, że za pośrednictwem owego ludu, z którym Bóg w niewypowiedzianym miłosierdziu swoim postanowił zawrzeć Stare Przymierze, otrzymał objawienie Starego Testamentu i karmi się korzeniem dobrej oliwki, w którą wszczepione zostały gałązki dziczki oliwnej narodów. Wierzy bowiem Kościół, że Chrystus, Pokój nasz, przez krzyż pojednał Żydów i narody i w sobie uczynił je jednością.


    Zawsze też ma Kościół przed oczyma słowa Apostoła Pawła odnoszące się do jego ziomków, "do których należy, przybrane synostwo i chwała, przymierze i zakon, służba Boża i obietnice; ich przodkami są ci, z których pochodzi Chrystus wedle ciała" (Rz 9,4-5), Syn Dziewicy Maryi. Pamięta także, iż z narodu żydowskiego pochodzili Apostołowie, będący fundamentami i kolumnami Kościoła, oraz bardzo wielu spośród owych pierwszych uczniów, którzy ogłosili światu Ewangelię Chrystusową.


    Według świadectwa Pisma świętego Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu. Niemniej, jak powiada Apostoł, Żydzi nadal ze względu na swych przodków są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania. Razem z Prorokami i z tymże Apostołem Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem i "służyły Mu ramieniem jednym" (Sf 3,9).

     
    Skoro więc tak wielkie jest dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom, święty Sobór obecny pragnie ożywić i zalecić obustronne poznanie się i poszanowanie, które osiągnąć można zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy.


    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego. Niechże więc wszyscy dbają o to, aby w katechezie i głoszeniu słowa Bożego nie nauczali niczego, co nie licowało z prawdą ewangeliczną i z duchem Chrystusowym.


    Poza tym Kościół, który potępia wszelkie prześladowania, przeciw jakimkolwiek ludziom zwrócone, pomnąc na wspólne z Żydami dziedzictwo, opłakuje - nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelicznej - akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom. Chrystus przy tym, jak to Kościół zawsze utrzymywał i utrzymuje, mękę swoją i śmierć podjął dobrowolnie pod wpływem bezmiernej miłości, za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia. Jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski.

     

     5. Nie możemy zwracać się do Boga jako do Ojca wszystkich, jeśli nie zgadzamy się traktować po bratersku kogoś z ludzi na obraz Boży stworzonych. Postawa człowieka wobec Boga Ojca i postawa człowieka wobec ludzi, braci, są do tego stopnia z sobą związane, że Pismo święte powiada: "Kto nie miłuje, nie zna Boga" (1 J 4,8).


    Stąd upada podstawa do wszelkiej teorii czy praktyki, które między człowiekiem a człowiekiem, między narodem a narodem wprowadzają różnice co do godności ludzkiej i wynikających z niej praw.


    Toteż Kościół odrzuca jako obcą duchowi Chrystusowemu wszelką dyskryminację czy prześladowanie stosowane ze względu na rasę czy kolor skóry, na pochodzenie społeczne czy religię. Dlatego też święty Sobór, idąc śladami świętych Apostołów Piotra i Pawła, żarliwie zaklina chrześcijan, aby "dobrze postępując wśród narodów" (1 P 2,12), jeśli to tylko możliwe i o ile to od nich zależy, zachowywali pokój ze wszystkimi ludźmi, tak by prawdziwie byli synami Ojca, który jest w niebie.

     

  • 1965-11-18 Orędzie biskupów polskich do niemieckich

    ORĘDZIE BISKUPÓW POLSKICH DO ICH NIEMIECKICH BRACI W CHRYSTUSOWYM URZĘDZIE PASTERSKIM

    Przewielebni Bracia Soborowi!

    Niech nam wolno będzie,czcigodni Bracia, zanim jeszcze Sobór zostanie zamknięty, ogłosić Wam, naszym najbliższym zachodnim sąsiadom, radosną wieść, iż w przyszłym roku - w roku Pańskim 1966 - Kościół Chrystusowy w Polsce, a wraz z nim cały Naród polski, obchodzić będzie Millenium swego chrztu, a jednocześnie Tysiąclecie swego narodowego i państwowego istnienia.

    Niniejszym zapraszamy Was w sposób braterski, a zarazem najbardziej uroczysty, do udziału w uroczystościach kościelnych polskiego Millenium. Punkt kulminacyjny polskiego Te Deum laudamus przypadnie na początek maja 1966 r. na Jasnej Górze, u Matki Bożej, Królowej Polski.

    Następujące wywody niechaj posłużą jako historyczny i równocześnie bardzo aktualny komentarz do naszego Millenium, a może nawet przy pomocy Bożej jeszcze bardziej zbliżą, one oba nasze Narody do siebie w drodze wzajemnego dialogu.

    Jest faktem historycznym, że w roku 966 książę polski Mieszko I pod wpływem swej małżonki, czeskiej królewny Dąbrówki, przyjął jako pierwszy książę polski wraz ze swoim dworem święty sakrament chrztu. Od tej chwili szerzyło się chrześcijańskie dzieło misyjne -już od pokoleń w naszym kraju prowadzone przez chrześcijańskich apostołów na całym obszarze Polski. Syn i następca Mieszka, Bolesław Chrobry, prowadził dalej dzieło chrystianizacji rozpoczęte przez jego ojca i uzyskał od ówczesnego Papieża Sylwestra II zgodę na utworzenie własnej, polskiej hierarchii z pierwszą metropolią w Gnieźnie i trzema jej sufraganiami: w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu. Aż do 1821 r. Gnieznu jako metropolii bez przerwy podlegało biskupstwo wrocławskie.

    W roku 1000 ówczesny władca Rzymskiego Imperium, cesarz Otton III, udał się wraz z Bolesławem Chrobrym jako pielgrzym do grobu męczennika św. Wojciecha, który kilka lat przedtem poniósł śmierć męczeńską wśród bałtyckich Prusów. Obaj władcy, rzymski i przyszły polski król (był on na krótko przed swoją śmiercią koronowany na króla), odbyli długi odcinek drogi boso do świętych relikwii w Gnieźnie, które uczcili z wielką pobożnością i wewnętrznym wzruszeniem.

    Takie są dziejowe początki Polski chrześcijańskiej i zarazem początki narodowej i państwowej jedności. Na tych podstawach ową jedność w sensie chrześcijańskim, kościelnym, narodowym i zarazem państwowym, poprzez wszystkie pokolenia rozbudowywali dalej władcy, królowie, biskupi i kapłani przez 1000 lat. Symbioza chrześcijańska Kościoła i państwa istniała w Polsce od początku i nigdy właściwie nie uległa zerwaniu. Doprowadziło to z czasem do powszechnego niemal wśród Polaków sposobu myślenia: co „polskie”, to i „katolickie”. Z niego to zrodził się także polski styl religijny, w którym od początku czynnik religijny jest ściśle spleciony i zrośnięty z czynnikiem narodowym, z wszystkimi pozytywnymi, ale również i negatywnymi stronami tego problemu.

    Do tego religijnego stylu życia należy również od dawien dawna -jako główny jego wyraz - polski kult maryjny. Najstarsze polskie kościoły poświęcone są Matce Boskiej (między innymi również gnieźnieńska katedra metropolitalna); najstarszą polską pieśnią, można powiedzieć „kołysanką Narodu polskiego”, jest do dziś śpiewana pieśń maryjna „Bogurodzica Dziewica, Bogiem sławiona Maryja”. Tradycja wiąże jej powstanie ze św. Wojciechem, podobnie jak legenda łączy polskie białe orły z gnieźnieńskim gniazdem. Takie i tym podobne tradycje i legendy ludowe, które oplatają jak powój wydarzenia dziejowe, splotły tak ściśle ze sobą czynnik narodowy i chrześcijański, że nie da się ich po prostu bez szkody od siebie oddzielić. One to właśnie naświetlają, a nawet w dużej mierze nadają swe piętno całym późniejszym dziejom polskiej kultury, całemu rozwojowi narodowemu i kulturalnemu.

    Najnowsza historiografia niemiecka nadaje naszym początkom następujące polityczne i kulturalne znaczenie: „Przez zetknięcie się z imperium Ottona Wielkiego przed tysiącem lat Polska weszła do łacińskiej społeczności chrześcijańskiej, a dzięki podziwu godnej zręczności politycznej Mieszka I, a następnie Bolesława Chrobrego, Polska stała się równouprawnionym członkiem imperium Ottona III, imperium opartego na uniwersalnej koncepcji - objęcia całego niebizantyjskiego świata, przez co wniosła decydujący wkład do ukształtowania się Europy wschodniej". Tym samym dano podstawę i stworzono warunki do przyszłych owocnych stosunków niemiecko-polskich oraz do szerzenia kultury zachodniej.

    Niestety, w późniejszym toku dziejów stosunki niemiecko-polskie nie zawsze pozostały owocne, a w ostatnich stuleciach przekształciły się w swego rodzaju dziedziczną wrogość sąsiedzką, o czym będzie mowa później.

    Związanie nowego polskiego królestwa z Zachodem, i to w oparciu o papiestwo, któremu królowie polscy stale oddawali się do dyspozycji, spowodowało w średniowieczu żywą pod każdym względem i nad wyraz bogatą wymianę między Polską i narodami zachodnimi, szczególnie z krajami południowo-niemieckimi, ale również i z Burgundią, Flandrią, Włochami, a później z Austrią, Francją oraz morskimi państwami okresu Odrodzenia. Przy czym, naturalnie, Polska, jako młodszy twór państwowy - najmłodszy wśród starszych braci chrześcijańskiej Europy - początkowo była stroną bardziej biorącą niż dającą. Pomiędzy Kaliszem i Krakowem, królewską stolicą w średniowieczu, a Bambergią, Spirą, Moguncją, Pragą, Paryżem, Kolonią, Lyonem, Clairvaux i Gandawą dokonywała się nie tylko wymiana towarów. Z Zachodu przybywali benedyktyni, cystersi, a później zakony żebracze, i natychmiast osiągali w Polsce, kraju dopiero co zdobytym dla chrześcijaństwa, wspaniały rozrost.

    W średniowieczu doszło do tego niemieckie prawo magdeburskie, które oddało wielkie usługi przy zakładaniu polskich miast. Przybywali też do Polski niemieccy kupcy, architekci, artyści, osadnicy, z których bardzo wielu spolonizowało się; pozostawiono im ich niemieckie nazwiska rodzinne. Przy wielkim krakowskim kościele mieszczan pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny znajdujemy i dziś jeszcze napisy nagrobne licznych rodzin niemieckich z okresu średniowiecza, które z czasem wszystkie spolszczyły się, z czego Hitler i inni ludzie niesławnej pamięci wysunęli po prostu wniosek, że Kraków i cała Polska były jakby jedynie niemieckim terenem osadniczym, wobec czego muszą być odpowiednio do tego traktowane. Klasycznym przykładem niemiecko-polskiej współpracy w dziedzinie kultury i sztuki w późnym średniowieczu jest światowej sławy rzeźbiarz Wit Stwosz z Norymbergi, który przez całe niemal swe życie działał w Krakowie; wszystkie znajdujące się tam jego dzieła inspirował genius loci polskiego otoczenia. Stworzył on w Krakowie własną szkołę artystyczna, która przez całe pokolenia wywierała swój wpływ i wzbogacała polską ziemię.

    Polacy głęboko szanowali swych braci z chrześcijańskiego Zachodu, którzy przybywali do nich jako posłowie prawdziwej kultury. Polacy nie pomijali milczeniem ich niepolskiego pochodzenia. Mamy zaiste wiele do zawdzięczenia kulturze zachodniej, a w tym i niemieckiej.

    Z Zachodu też przybyli do nas apostołowie i święci. Oni to należą do wartości najcenniejszych, którymi obdarzył nas Zachód. Błogosławioną działalność społeczną odczuwamy na wielu miejscach dziś jeszcze. Do najbardziej znanych zaliczamy św. Brunona z Kwerfurtu, zwanego biskupem pogan, który w porozumieniu z Bolesławem Chrobrym dokonał dzieła ewangelizacji słowiańskiego i litewskiego północnego wschodu. Szczególnie znana jest św. Jadwiga, księżniczka śląska, urodzona w Andechs, małżonka polskiego, piastowskiego władcy Śląska, Henryka Brodatego, założycielka klasztoru żeńskiego zakonu cysterskiego w Trzebnicy, gdzie znajduje się jej grób. Stała się ona największą dobrodziejką ludu polskiego w XII w. na terenie ziem zachodnich, należących wówczas do Polski piastowskiej na Śląsku. Jest rzeczą niemal historycznie stwierdzoną, że nauczyła się ona mowy polskiej, by móc służyć prostemu ludowi polskiemu. Po jej śmierci i jej szybkiej kanonizacji, do miejsca jej wiecznego spoczynku w Trzebnicy, której nadano później nazwę Trebnitz, płynęły tłumy polskiego i niemieckiego ludu. Dziś jeszcze robią to całe tysiące i nikt nie zarzuca naszej wielkiej świętej, że była pochodzenia niemieckiego. Przeciwnie, uważa się ją na ogół, pomijając nacjonalistycznych fanatyków, za najlepszy wyraz budowania chrześcijańskiego pomostu między Polską i Niemcami. Cieszymy się, że i po niemieckiej stronie słyszy się często ten sam pogląd. Pomosty między narodami budują najlepiej właśnie ludzie święci, tylko tacy, którzy mają szczere intencje i czyste ręce. Nie dążą oni do zabrania czegokolwiek bratniemu narodowi: ani języka, ani obyczajów, ani ziemi, ani dóbr materialnych. Przeciwnie, przynoszą mu najbardziej wartościowe dobra kulturalne i oddają zazwyczaj to, co jest najcenniejsze i co sami posiadają: siebie samych, i w ten sposób rzucają nasienie swej własnej osobowości na żyzny grunt nowej ziemi sąsiedniego, misyjnego kraju; nasienie to przynosi, zgodnie ze słowami Zbawiciela, stokrotne owoce, i to na całe pokolenia. Tak właśnie patrzymy w Polsce na św. Jadwigę Śląską, patrzymy na wszystkich innych misjonarzy męczenników, którzy przybywszy z krajów położonych na Zachodzie, działali w Polsce, jak to było z apostołem męczennikiem Adalbertem-Wojciechem z Pragi na czele. Na tym właśnie polega również najgłębsza różnica między prawdziwie chrześcijańską misją niesienia kultury a tak zwanym kolonializmem, dziś słusznie potępianym.

    Po roku 1200, gdy polska ziemia stawała się w swych ludziach i instytucjach coraz bardziej chrześcijańska, ziemia ta wydała własnych świętych polskich. Już w XII w. biskup krakowski, Stanisław Szczepanowski, wyznawca i męczennik, został zamordowany przy ołtarzu przez króla Bolesława Śmiałego (król ten zmarł następnie na wygnaniu jako świątobliwy pokutnik w pewnym klasztorze Górnej Austrii). Przy grobie św. Stanisława w królewskiej katedrze w Krakowie powstała majestatyczna pieśń ku jego czci, śpiewana dziś wszędzie w Polsce po łacinie: Gaude Mater Polonia, prole faecunda nabili.

    Następnie ukazała się na firmamencie potrójna gwiazda polskich świętych z rodziny Odrowążów (stary ród, który przez wieki miał swą siedzibę nad Odrą, na Górnym Śląsku). Największy spośród nich to św. Hiacynt - po polsku Jacek - apostoł dominikański, który krokami olbrzyma przemierzył całą wschodnią Europę od Moraw do Bałtyku i od Litwy po Kijów. Krewny jego, bł. Czesław, również dominikanin, który bronił ówczesnego Wrocławia przed Mongołami, a w dzisiejszym Wrocławiu spoczywa w grobowcu w nowo wybudowanym kościele św. Wojciecha, jest czczony przez pobożną ludność jako patron miasta odbudowującego się z gruzów od 1945 r.

    W Krakowie spoczywa wreszcie bł. Bronisława, według tradycji siostra bł. Czesława, norbertanka ze Śląska.

    Coraz więcej gwiazd ukazuje się na firmamencie świętych. W Sączu bł. Kunegunda, w Gnieźnie bł. Bogumił i bł. Jolanta, na Mazowszu Ładysław, a na zamku królewskim w Krakowie świątobliwa Jadwiga, nowa polska Jadwiga, która czeka na kanonizację. Później doszli nowi święci i męczennicy - św. Stanisław Kostka, nowicjusz jezuitów w Rzymie, św. Jan Kanty, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, św. Andrzej Bobola, męczennik we wschodniej Polsce, kanonizowany w roku 1938, oraz inni święci, aż do franciszkanina o. Maksymiliana Kolbe, męczennika obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który dobrowolnie oddał życie za swego brata. Obecnie czeka w Rzymie na kanonizację, względnie beatyfikację, około 30 polskich kandydatów. Naród nasz otacza czcią swoich świętych, uważa ich za najbardziej szlachetny owoc, jaki wydać może kraj chrześcijański.

    Wspomniany wyżej polski uniwersytet krakowski był obok Pragi pierwszą tego rodzaju uczelnią na całym obszarze wschodnioeuropejskim. Założony w roku 1363 przez Króla Kazimierza Wielkiego był przez wieki środkiem promieniowania nie tylko polskiej, ale również ogólnoeuropejskiej kultury w najlepszym tego słowa znaczeniu. W XV i XVI wieku, kiedy śląskie ziemie piastowskie przestały należeć do Królestwa Polskiego, studiowały i nauczały w Krakowie tysiące studentów i profesorów z Wrocławia, Raciborza, Gliwic, Głogowa, Nysy, Opola i z wielu innych miast Śląska. Nazwiska ich i nazwy ich miejsc urodzenia figurują w polsko-łacińskim narzeczu w starych rejestrach uniwersytetu. Także Mikołaj Kopernik (Copernicus) jest tam wymieniony po nazwisku. Studiował on astronomię w Krakowie u profesora Bylicy. Uniwersytet ten wydał kulturze europejskiej setki uczonych najwyższej klasy naukowej: matematyków, fizyków, lekarzy, prawników, astronomów, historyków i filozofów kultury. Znajduje się między nimi również słynny Paweł Włodkowic, rektor uniwersytetu krakowskiego, który podczas obrad Soboru w Konstancji z całą otwartością i najwyższym autorytetem uczonego głosił niesłychaną na owe czasy religijną i ludzką tolerancję i z wielką odwagą osobistą reprezentował pogląd, że pogańskie ludy wschodnioeuropejskie nie są dziką zwierzyną, którą należy i wolno nawracać ogniem i mieczem. Mają one bowiem naturalne prawa ludzkie tak samo jak chrześcijanie.

    Włodkowic był niejako klasycznym wyrazem tolerancyjnej i wolnościowej myśli polskiej. Jego tezy kierowały się przeciwko niemieckim rycerzom zakonnym, tak zwanym Krzyżakom, którzy wówczas na słowiańskiej północy oraz w krajach pruskich i bałtyckich właśnie ogniem i mieczem nawracali tubylców. Stali się oni w ciągu wieków straszliwym i w najwyższym stopniu kompromitującym ciężarem dla europejskiego chrześcijaństwa, dla jego symbolu - krzyża, a także i dla Kościoła, w imieniu którego występowali. I dziś jeszcze, po wielu pokoleniach i wiekach, określenie „krzyżak” jest dla każdego Polaka budzącym przestrach wyzwiskiem i, niestety, od dawna aż nazbyt często identyfikowanym z tym, co niemieckie.

    Z terenów, na których osiedlili się Krzyżacy, zrodzili się następnie ci Prusacy, którzy doprowadzili do powszechnego skompromitowania na ziemiach polskich wszystkiego, co niemieckie. W dziejowym rozwoju reprezentują ich następujące nazwiska: Albert Pruski, Fryderyk zwany Wielkim, Bismarck i wreszcie Hitler jako punkt szczytowy. Fryderyk II uchodzi w oczach całego Narodu polskiego za głównego inicjatora rozbiorów Polski, i to bez wątpienia nie bez racji. Przez 150 lat wielomilionowy Naród polski żył pod zaborem dokonanym przez trzy ówczesne mocarstwa: Prusy, Rosję i Austrię, aż mógł wreszcie w 1918 r., w chwili zakończenia pierwszej wojny światowej, znowu powoli powstać z grobu; do ostatecznych granic osłabiony, rozpoczął na nowo wśród największych trudności swą egzystencję państwową.

    Po krótkiej, bo około 20 lat trwającej niepodległości (1918-1939 r.), rozpętało się bez jego winy nad Narodem polskim coś, co eufemistycznie nazywa się drugą wojną światową, co jednak było dla nas, Polaków, pomyślane jako akt totalnego zniszczenia i wytępienia. Nad naszą biedną Ojczyzną zapadła strasznie ciemna noc, jakiej nie doznaliśmy od pokoleń. Powszechnie nazywa się ona u nas okresem „niemieckiej okupacji” i pod tą nazwą weszła do polskiej historii. Wszyscy byliśmy bezsilni i bezbronni. Kraj pokryty był obozami koncentracyjnymi, z których dniem i nocą dymiły kominy krematoriów. Ponad 6 milionów obywateli polskich, w większości pochodzenia żydowskiego, musiało zapłacić życiem za ten okres okupacji. Kierownicza warstwa inteligencji została po prostu zniszczona; 2 tysiące kapłanów i 5 biskupów (jedna czwarta ówczesnego Episkopatu) zostało mordowanych w obozach. Setki kapłanów i dziesiątki tysięcy osób cywilnych zostały rozstrzelane na miejscu w chwili rozpoczęcia wojny (tylko w diecezji chełmińskiej 278 kapłanów). Diecezja włocławska straciła w czasie wojny 48% swych księży, diecezja chełmińska - 47%. Wielu innych wysiedlono. Zamknięto wszystkie szkoły średnie i wyższe, zlikwidowano seminaria duchowne. Każdy niemiecki mundur SS nie tylko napawał Polaków upiornym strachem, ale stał się przedmiotem nienawiści do Niemców. Wszystkie rodziny polskie musiały opłakiwać tych, którzy padli ich ofiarą. Nie chcemy wyliczać wszystkiego, aby na nowo nie rozrywać nie zabliźnionych jeszcze ran. Jeśli przypominamy tę straszliwą polską noc, to jedynie po to, aby nas dziś łatwiej było zrozumieć, nas samych i nasz sposób dzisiejszego myślenia... Staramy się zapomnieć. Mamy nadzieję, że czas - ten wielki boski kairos - pozwoli zagoić duchowe rany.

    Po wszystkim, co stało się w przeszłości, niestety, tak świeżej przeszłości - trudno się dziwić, że cały Naród polski odczuwa wagę elementarnej potrzeby bezpieczeństwa i że wciąż jeszcze z nieufnością odnosi się do swych najbliższych sąsiadów na zachodzie. Ta duchowa postawa jest - można powiedzieć - problemem naszych pokoleń, który, co daj Boże, przy dobrej woli zniknie i zniknąć musi. W najcięższych chwilach politycznych i duchowych udręk Narodu, w jego wielowiekowym rozdarciu Kościół katolicki i Święta Dziewica były zawsze dla niego kotwicą ratunku i symbolem narodowej jedności, podobnie jak była nim polska rodzina. We wszystkich walkach wolnościowych w czasach uciemiężenia szli Polacy ze swymi symbolami na barykady: białe orły po jednej stronie, obraz Matki Bożej po drugiej na sztandarach wolności. Dewizą ich było zawsze: „Za naszą i waszą wolność”.

    Oto w ogólnym zarysie obraz tysiącletniego rozwoju polskiej kultury, ze szczególnym uwzględnieniem sąsiedztwa polsko-niemieckiego. Obciążenie obustronnych stosunków ciągle jeszcze jest wielkie, a potęguje je tak zwane „gorące żelazo” tego sąsiedztwa. Polska granica na Odrze i Nysie jest, jak to dobrze rozumiemy, dla Niemców nad wyraz gorzkim owocem ostatniej wojny, masowego zniszczenia, podobnie jak jest nim cierpienie milionów uchodźców i przesiedleńców niemieckich. (Stało się to na międzyaliancki rozkaz zwycięskich mocarstw, wydany w Poczdamie 1945 r.). Większa część ludności opuściła te tereny ze strachu przed rosyjskim frontem i uciekła na Zachód. Dla naszej Ojczyzny, która wyszła z tego masowego mordowania nie jako zwycięskie, lecz krańcowo wyczerpane państwo, jest to sprawa egzystencji (nie zaś kwestia większego „obszaru życiowego"). Gorzej - chciano by 30-milionowy naród wcisnąć do korytarza jakiegoś „Generalnego Gubernatorstwa” z lat 1939 - 1945, bez terenów zachodnich, ale i bez terenów wschodnich, z których od roku 1945 miliony polskich ludzi musiały odpłynąć na „poczdamskie tereny zachodnie”. Dokąd zresztą mieli wtedy pójść, skoro tak zwane Generalne Gubernatorstwo razem ze stolicą Warszawą leżało w gruzach, w ruinach. Fale zniszczenia ostatniej wojny przeszły przez kraj nie tylko jeden raz, jak w Niemczech, lecz od 1914 r. wiele razy, to w jedną, to w drugą stronę, jak apokaliptyczni rycerze, pozostawiając za każdym razem ruiny, gruzy, nędzę, choroby, zarazy, łzy, śmierć oraz rosnące kompleksy odwetu i nienawiści.

    Drodzy Bracia niemieccy, nie bierzcie nam za złe wyliczanie tego, co wydarzyło się w ostatnim odcinku czasu naszego tysiąclecia. Ma to być nie tyle oskarżenie, co raczej własne usprawiedliwienie. Wiemy doskonale, jak wielka część ludności niemieckiej znajdowała się pod nieludzką, narodowosocjalistyczną presją. Znane nam są okropne udręki wewnętrzne, na jakie swego czasu byli wystawieni prawi i pełni odpowiedzialności niemieccy biskupi, wystarczy bowiem wspomnieć kardynała Faulhabera, von Galena i Preysinga. Wiemy o męczennikach „Białej Róży”, o bojownikach ruchu oporu z 20 lipca, wiemy, że wielu świeckich i kapłanów złożyło swoje życie w ofierze (Lichtenberg, Metzger, Klausener i wielu innych). Tysiące Niemców zarówno chrześcijan, jak i komunistów, dzieliło w obozach koncentracyjnych los naszych polskich braci...

    I mimo tego wszystkiego, mimo sytuacji obciążonej niemal beznadziejnie przeszłością, właśnie w tej sytuacji, czcigodni Bracia, wołamy do Was: próbujmy zapomnieć. Żadnej polemiki, żadnej dalszej zimnej wojny, ale początek dialogu, do jakiego dziś dąży wszędzie Sobór i Papież Paweł VI. Jeśli po obu stronach znajdzie się dobra wola - a w to nie trzeba chyba wątpić - to poważny dialog musi się udać i z czasem wydać dobre owoce, mimo wszystko, mimo „gorącego żelaza”.

    Właśnie w czasie Soboru wydaje nam się nakazem chwili, abyśmy zaczęli dialog na pasterskiej platformie biskupiej, i to bez ociągania się, byśmy się nawzajem lepiej poznali - nasze wzajemne obyczaje ludowe, kult religijny i styl życia, tkwiące korzeniami w przeszłości i tą przeszłością kulturalną uwarunkowane.

    Staraliśmy się przygotować wraz z całym polskim Ludem Bożym na uroczystości Tysiąclecia przez tak zwaną Wielką Nowennę, pod wysokim patronatem Najświętszej Maryi Panny. Przez dziewięć lat (1957-1965) używaliśmy - w myśl słów per Mariam ad Jesum - kazalnic w całej Polsce, a także całego duszpasterstwa, dla zajmowania się ważnymi, współczesnymi problemami duszpasterskimi i zadaniami społecznymi, jak na przykład społeczne niebezpieczeństwa, odbudowa sumienia narodowego, małżeństwo i życie rodzinne, katechizacja itp.

    Cały wierzący Naród brał też duchowy i bardzo żywy udział w Soborze przez modlitwy, ofiary i dzieła pokutne. W czasie obrad soborowych odprawiano we wszystkich parafiach błagalne nabożeństwa. Święty obraz Matki Boskiej, jak i konfesjonały i stoły, przy których komunikowano w Częstochowie, były przez całe tygodnie oblężone przez delegacje parafialne z całej Polski, które przez osobistą ofiarę i modlitwę chciały pomóc Soborowi.

    Wreszcie w tym roku, ostatnim Wielkiej Nowenny, oddaliśmy się wszyscy pod opiekę Matki Bożej: biskupi, kapłani, osoby zakonne, jak i wszystkie stany naszego wierzącego Narodu. Przed ogromnymi niebezpieczeństwami tak moralnej, jak też i socjalnej natury, które zagrażają duszy naszego Narodu oraz jego biologicznej egzystencji, może nas uratować tylko pomoc i łaska naszego Zbawiciela, którą chcemy uprosić za pośrednictwem Jego Matki, Najświętszej Maryi Panny. Pełni dziecięcej ufności rzucamy się w Jej ramiona. Tylko tak możemy być wewnętrznie wolni, jako oddani na służbę, a jednocześnie jako wolne dzieci - a nawet jako „niewolnicy Boga” -jak to nazywa św. Paweł.

    Prosimy Was, katoliccy Pasterze Narodu niemieckiego, abyście na własny sposób obchodzili z nami nasze chrześcijańskie Millenium: czy to przez modlitwy, czy przez ustanowienie w tym celu odpowiedniego dnia. Za każdy taki gest będziemy Wam wdzięczni. I prosimy Was też, abyście przekazali nasze pozdrowienia i wyrazy wdzięczności niemieckim Braciom Ewangelikom, którzy wraz z Wami i z nami trudzą się nad znalezieniem rozwiązania naszych trudności.

    W tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu, wyciągamy do Was, siedzących tu, na ławach kończącego się Soboru, nasze ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie. A jeśli Wy, niemieccy biskupi i Ojcowie Soboru, po bratersku wyciągnięte ręce ujmiecie, to wtedy dopiero będziemy mogli ze spokojnym sumieniem obchodzić nasze Millenium w sposób jak najbardziej chrześcijański.

    Zapraszamy Was na te uroczystości jak najserdeczniej do Polski. Niech tym kieruje miłosierny Zbawiciel i Maryja Panna, Królowa Polski, Regina Mundi i Mater Ecclesiae.

    Rzym, dnia 18 listopada 1965 r.

     Podpisali:

    Stefan Cardinalis Wyszyliski, Primas Poloniae Antonius Baraniak, Archiepiscopus Posnaniensis Bolesiaw Kominek, Archiepp. Tit. in Wrociaw Carolus Wojtyla, Archiepiscopus Metropolita Cracoviensis Antono Pawlowski, Episcopus Vladislaviensis Casimirus Joseph Kowalski, Episcopus Culmensis Michael Klepacz, Episcopus Lodzensis, Ord. Czestaw Falkowski, Episcopus Lomzensis Petrus Kalwa, Episcopus Lublinensis Franciscus Jop, Episcopus in Opole Herbertus Bednorz, Episcopus Coadiutor Katovicensis Stefan Barela, Episcopus Czestochoviensis Bogdan Sikorski, Episcopus Plocensis Edmund Nowicki, Episcopus Gedanensis Joannes Jaroszewicz, Admin. Apost. Kielcensis Jerzy Ablewicz, Episcopus Tarnovlensis Joseph Drzazga, Episcopus Vic. co. p. Olsztyn Stanistaw Jakiel, Vic. Cap. Przemygl Andrzej Wronka, Episcopus Auxil. in Wroclaw Venceslaus Majewski, Episcopus Auxil. Varsaviensis Georgius Stroba, Episcopus Auxil. in Gorzöw Franciscus Jedwabski, Episcopus Auxil. in Pozriafi Julianus Groblicki, Episcopus Auxil. Cracoviensis Carolus Pgkala, Episcopus Auxil. in Tarnöw Zygfryd Kowalski, Episcopus Auxil. Culmensis Georgius Modzelewski, Episcopus Auxil. Varsaviensis Jan Wosifiski, Episcopus Auxil. Plocensis Bogdan Bejze, Episcopus Auxil. Lodzensis Thaddaeus Szyagrzyk, Episcopus Auxil. Czestochoviensis Venceslaus Skomorucha, Episcopus Auxil. in Siedlce Jan Zargba, Episcopus Auxil. Vladislaviensis Henricus Grzondziel, Episcopus Auxil. in Opole Joseph Kurpas, Episcopus Auxil. Katovicensis Ladislaus Rubin, Episcopus Auxil. Gnesnensis Paulus Latusek, Episcopus Auxil. in Wroclaw Joannes Czerniak, Episcopus Auxil. in Gnienzno

    Tekst za: Listy Pasterskie Episkopatu Polski (1945-2000), Michalineum, Marki 2003.
    KAI (//mr) 
    © Katolicka Agencja Informacyjna 2005

  • 1970-06-02 Kardynał Wojtyła - Pielgrzymka polskich księży byłych więźniów obozów koncentracyjnych do Rzymu

    Przemówienie Ks. Kardynała Karola Wojtyły w dn. 2 czerwca 1970 r.

    1. Znaczenie pielgrzymki

    Chcę mówić o znaczeniu pielgrzymki polskich księży, byłych więźniów obozów koncentracyjnych, zwłaszcza obozu w Dachau, która w ciągu ostatniego tygodnia przebywała w Rzymie, biorąc udział w 50-leciu kapłaństwa Ojca Świętego Pawła VI.

    Pielgrzymka, jak wiadomo, wiąże się z 25 rocznica wyzwolenia obozu w Dachau, co miało miejsce w dniu 29 kwietnia 1945 r. W tym samym dniu – po 25 latach – Księża więźniowie, którzy przeżyli obóz ( a takich jest mniejszość, gdyż większość znalazła tam śmierć w latach straszliwej kaźni), przybyli do Kalisza, aby za swe wyzwolenie raz jeszcze podziękować św. Józefowi. Dziękczynienie było wyrazem głębokiej wiary w Opatrzność Bożą, która w przedziwny sposób kieruje ludzkimi losami. Tak przedziwne było właśnie owo wyzwolenie: prawie, że w przeddzień przewidywanej, bo przygotowywanej zagłady.

    Ocaleni kapłani, gromadząc się w Kaliszu – a z kolei w dniu 3 maja na Jasnej Górze, wyruszając następnie w pielgrzymkę do Rzymu poprzez Mauthausen, Gusen i Dachau – chcieli nie tylko spłacić dług wdzięczności osobistej i wspólnej zarazem. Bardziej jeszcze chcieli być świadkami tych wszystkich swoich braci, nie tylko kapłanów, ale także świeckich, którym nie było dane dożyć dnia wyzwolenia, albo nawet po wyzwoleniu – dożyć tego 25-lecia. Przy różnych okazjach, nasi pielgrzymi podkreślali, że jako żyjący, pragną świadczyć o wszystkich tych, którzy zginęli. W szczególny sposób pragną świadczyć o swoich braciach w kapłaństwie, którzy swe powołanie spełnili w obozie kaźni i zagłady, aż po ofiarę życia. Takie świadectwo złożyć chcieli samemu Ojcu Świętemu na dzień złotego jubileusze jego kapłaństwa, który przypadł na dzień 29 maja tego roku. Uważali oni, że jest ich obowiązkiem złożyć takie świadectwo: żywi bowiem mają świadczyć o zmarłych, i nadawać życie tej prawdzie i tym wartościom, które zawarły się w śmierci tamtych. Jest to w chrześcijaństwie postawa i tradycja, która sięga pierwszych wieków Kościoła, a początek swój i ostateczne pokrycie znajduje w Zmartwychwstaniu Chrystusa. Świadectwo polskich kapłanów, pielgrzymujących przez Dachau do Rzymu, jest dalszym ciągiem tego  chrześcijańskiego świadectwa, które – pod inną postacią – przedłużyło się w nasze czasy i pozostało udziałem naszego stulecia.

    2. Autorealizacja Kościoła posoborowego

    To zasadnicze znaczenie pielgrzymki trzeba jednak odczytać jeszcze bardziej szczegółowo, w kilku aspektach, które dość przejrzyście się ujawniły. Pielgrzymka Kapłanów, byłych więźniów, i to właśnie w związku z jubileuszem kapłaństwa Papieża, sięga w tę zasadnicza sprawę kościoła, jaka jest kapłaństwo: powołanie i życie kapłańskie. jest to jeden z zasadniczych czynników autorealizacji Kościoła. Wystarczy wspomnieć, że Sobór nadał tej sprawie zarówno określona postać doktrynalną, jak i kierunek pastoralny. Realizacja tej postaci i tego kierunku utożsamia się z realizacja Soboru. Jest więc sprawą wierności dla Ducha Świętego; On bowiem – zgodnie z przyrzeczeniem Chrystusa danym Apostołom – stale „przypomina” Kościołowi wszystko, co Chrystusa powiedział, utrzymując zasadniczą tożsamość Jego nauki, w zmieniających się warunkach i okolicznościach czasu. Nauka o kapłaństwie, o powołaniu, życiu i posłudze kapłanów, jest zarazem istotna częścią życia w Kościele. Co więcej: cała egzystencja chrześcijańska znajduje tutaj jakieś swoje uzasadnienie, potwierdzenie i oparcie.

    Kościół w Polsce uczestniczy w sobie właściwy sposób w powszechnych zadaniach odnowy soborowej. pielgrzymka polskich kapłanów, byłych więźniów, na jubileusz kapłaństwa Ojca Świętego jest wyrazem tego, że Kościół w Polsce – w oparciu o swoje szczególne doświadczenia – pragnie uczestniczyć w kształtowaniu świadomości kapłańskiej: nie tylko na własnym terenie, ale na „warsztacie pracy” Kościoła Powszechnego. Wiadomo bowiem – na podstawie wielu faktów, które znalazły oddźwięk również i w czasie ostatniego Synodu, że sprawa świadomości kapłańskiej, kierunek i sposób wejścia kapłana we współczesne człowieczeństwo, narasta na wielu terenach, jako problem współczesnego Kościoła.

    Kapłani obozowcy, którzy przybyli w pielgrzymce przez Dachau do Rzymu, świadczą o tym, że kapłaństwo jest taką rzeczywistością w człowieku wyświęconym, która pozwala się odnaleźć w warunkach gruntownie przeciwnych: w warunkach zewnętrznie wykluczających posłannictwo i posługę kapłanów. Ci ludzie, a także ich świeccy bracia-współwięźniowie doświadczyli tego, jak – w trudnych warunkach – ujawniała się istota samego kapłaństwa.

    3. Szczególna dokumentacja

    Pielgrzymi z Polski ofiarowali Pawłowi VI kielich, w którym w obozie sprawowali Najświętsza Ofiarę. Ofiarowali tez „Mszał oświęcimski”: strzęp papieru, na którym drobnym pismem przepisano tekst Mszy św. De Beata, aby mógł się nim posługiwać kapłan odprawiający ja w obozie; jakby we współczesnych katakumbach, gdzie za taki „zbrodniczy” czyn groziła najgorsza kara.

    Jest to również jakaś szczególna dokumentacja, której nie można pominąć we współczesnych rozważaniach na temat świadomości kapłana i jego miejsca w świecie. Dokumentacja ta mówi, że to miejsce znajdowali kapłanów w świecie najbardziej nieludzkim. Wspomnienie tego świata, jego groza, wciąż ciąży nad światem, który chce się stawać coraz bardziej ludzki. Czy tylko i wyłącznie „ludzki”?

    W czasie pobytu w Rzymie, pielgrzymka polskich księży-obozowców nie tylko została po ojcowsku przyjęta przez Pawła VI, ale także miała sposobność spotkać się z kard. Villot, sekretarzem stanu, oraz z kard. Dell’Acqua, wikariuszem Rzymu; następnego zaś dnia z kard. Seperem, prefektem Kongregacji dla Spraw Duchowieństwa. Wszyscy ci współpracownicy ojca Świętego zgodnie odczytywali znaczenie tego świadectwa, jakie pielgrzymka polskich księży-obozowców wnosi we współczesną, posoborową problematykę kapłana w kościele i świecie.

    Kościół w Polsce widzi w tym własny wkład w te trudna problematykę. I dlatego, pielgrzymce kapłanów-obozowców towarzyszą w roku bieżącym szczególne modlitwy na Jasnej Górze, a także we wszystkich kościołach i parafiach. Motywem tych modlitw jest jubileusz kapłaństwa Ojca Świętego; ich treścią: kapłaństwo i kapłani w całym Kościele.

    4. Modlitwa o pokój

    Ten aspekt historycznej pielgrzymki księży polskich przez Dachau do Rzymu, pozostaje jakby wewnątrz Kościoła, ad intra. Wypada jeszcze – pokrótce – uwydatnić aspekty, które wiążą się z misją Kościoła ad extra, wobec świata, wobec doczesności i historii. Nasi księża-obozowcy na wielu miejscach dawali wyraz temu, że ich pielgrzymka jest zarazem szczególną modlitwa o pokój. Sami przecież stali się ofiarami okrucieństw ostatniej wojny, europejskiej i światowej, a chcieli być świadkami tych milionów ofiar, które wojna ta pochłonęła choćby w samych obozach zagłady. Trzeba, aby to znaczenie pielgrzymki było również odczytane do końca. Znajdujemy się w sferze argumentów moralnych. Paweł VI przemawia wciąż do sumienia współczesnej ludzkości. Wymowa polskiej pielgrzymki jest taka sama.

    Równolegle z wołaniem o pokój, wymowa ta idzie w kierunku naszej ojczyzny. Księża-obozowcy są częścią, ale częścią integralną tych pokoleń Polaków, którzy nie po raz pierwszy – na przestrzeni dwóch ostatnich stuleci – musieli podjąć walkę o wolność, o prawo do istnienia własnej Ojczyzny na mapie Europy, w miejscu wyznaczonym przez Opatrzność i bieg historii. Ci, którzy cierpieli i zginęli w obozach, walczyli również dla tej sprawy. Prawo narodu do istnienia, do niepodległości, jest jednym ze współczynników obiektywnego porządku moralności. Kościół w Polsce, Jego kapłani w ostatnim okresie dziejów naszej Ojczyzny, wielokrotnie dowiedli, jak wielka jest cena tego prawa i porządku. A płacąc te cenę wraz z innymi, trafiali w sens swojego kapłaństwa: bo kapłan, zawsze i wszędzie „dla ludzi jest ustanowiony, we wszystkich sprawach, które prowadza do Boga” (Hbr 5,1).

    W niedziele 31 maja pielgrzymka polskich księży-obozowców ruszyła w drogę powrotną z Rzymu do Polski. Ojciec Święty w swoim przemówieniu życzył, aby pielgrzymka ta mogła stać się zaczątkiem następnych.

  • 1971-10-05 Kardynał Wojtyła - Przed beatyfikacją o. Maksymiliana Kolbego

    Przemówienie Ks. Kardynała Korola Wojtyły
    w dn. 5 października 1971 r.

    W niedzielę 17 października Kościół zaliczy w poczet błogosławionych Człowieka, którego życie i śmierć na sposób szczególny są związane z naszym stuleciem. Wystarczy sobie uświadomić, ze gdyby dotąd żył – o. Maksymilian Kolbe liczyłby siedemdziesiąt siedem lat. Kiedy umarł w bunkrze głodu w Oświęcimiu miał lat czterdzieści siedem, a w tej chwili zaledwie trzydzieści lat dzieli nas od jego śmierci. Doczekał się wyniesienia na ołtarze w stosunkowo bardzo krótkim czasie. Tak bardzo intensywnie narastała opinia świętości, jakby pokolenie, które przeżyło straszliwą druga wojnę światową i pamięta grozę obozów koncentracyjnych, chciało w uznaniu o. Maksymiliana za błogosławionego osiągnąć inne świadectwo o sobie i pozostawić je pokoleniom następnym. Jednakże nie same tylko pragnienia ludzkie kształtują drogę beatyfikacji. Kształtuje je sama Opatrzność Boża przez swoje znaki. Przyjmujemy więc z wdzięcznością fakt, że w tym rychłym wyniesieniu na ołtarze sługi Bożego potomni będą mogli odczytywać przez wieki takie właśnie heroiczne świadectwo, jakie w swoim pokoleniu pozostawił o. Maksymilian Maria Kolbe.

    Opinia świętości narastała wokół niego w ciągu całego życia, które było niezwykłe i nieprzeciętne. Jednakże ostatecznie i definitywnie opinia ta zaczęła rozchodzić się i promieniować z miejsca jego śmierci. Był zaś tym miejscem obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, bunkier głodu, do którego o. Maksymilian został wtrącony na miejsce innego więźnia, Franciszka Gajowniczka. Sam prosił o to komendanta obozu wówczas, gdy ten wybrał Gajowniczka jako jednego z dziesięciu, którzy mieli iść na śmierć głodową w bunkrze. Śmierć głodowa dziesięciu więźniów miała być okupem wobec władz obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu za ucieczkę jednego. Był to akt terroru – jeden z wielu stosowanych w obozie, gdzie życie ludzkie stawało się nieludzkie. Nie tylko wyniszczająca siły fizyczne praca, ale stała atmosfera terroru i strachu, składała się na ów nieludzki system ludzkiej egzystencji. Poprzez obozy koncentracyjne lata pierwszej połowy naszego stulecia pozostawiły bolesne świadectwo pogardy i nienawiści człowieka.

    Czyn o. Maksymiliana jest na tym straszliwym tle czymś zaskakującym. Człowiek chce dać życie za człowieka. Więzień za więźnia, dlatego, że – jak uznał – tamtemu bardziej potrzebne jest życie: ma żonę i dzieci – niż jemu zakonnikowi, który od młodości poświęcił swoje życie wyłącznie Bogu. „Jak to się stało – mówi Gajowniczek („Kultura”, 15 sierpnia 1971) – że Fritsch (komendant obozu) usłuchał więźnia – nigdy tej zagadki się nie wyjaśni. Nie wierzyłem sobie, że znów będę żył”. Czy o. Maksymiliana był od razu w pełni czytelny, w oczach ludzi, którzy nań patrzyli miał od razu swe właściwe ewangeliczne znaczenie. Więźniowie świadczą, że tak o tym czynie o. Kolbego mówiono w obozie oświęcimskim, i że to wielu podnosiło go na duchu. Ofiara poniesiona za brata musiała  w sposób szczególny przypomnieć słowa Chrystusa: „nikt nie ma większej miłości nad tę, żeby duszę swa położyć za przyjaciół swoich” (J 15,13).

    Ofiary o. Maksymiliana, jego śmierci w bunkrze głodu, która nastąpiła w kilkanaście dni po wystąpieniu z szeregu, aby pójść na miejsce innego więźnia, nie można pojąć w oderwaniu od całości jego życia. Ewangeliczne znaczenie tej śmierci tłumaczy się całością życia Sługi Bożego, jak równocześnie można powiedzieć, że śmierć stanowi ostatnie słowo tego życia, że w niej spełnia się do końca jego najistotniejsza treść. O. Maksymilian Kolbe był synem duchowym św. Franciszka, był żarliwym apostołem swoich czasów w Polsce i na misjach w Japonii, był wreszcie kapłanem, który swoje kapłaństwo pojmował jako niepodzielne i całkowite oddanie Bogu na wzór Chrystusa.

    Istnieje szereg książek o o. Maksymilianie Kolbe, ostatnio został opublikowany w Warszawie tom pt.: Studia o o. Maksymilianie Kolbe, zawierający prace naukowe na jego temat. We wszystkich ujęciach uderza po pierwsze bezwzględne przystosowanie siebie do niezmiennych prawd Ewangelii, owa istotnie wysoka a równocześnie tak bardzo prosta droga życia franciszkańskiego. Po drugie – rys współczesności w dziedzinie apostolstwa: o. Maksymilian stał się pionierem środków społecznego przekazu (mass media) w apostolstwie, przede wszystkim prasy, i wszystkie swoje energie włożył w zorganizowanie nowoczesnego warsztatu pracy apostolskiej, na terenie polskiego i japońskiego Niepokalanowa. Wreszcie – i to jest jakaś najgłębsza tajemnica duszy o. Maksymiliana: jego zupełnie swoista i niepowtarzalna miłość do Maryi, do Niepokalanej. Jest w tej miłości i postawa dziecka pełna bezwzględnej, heroicznej ufności, i postawa rycerza, który pragnie cały świat podbić dla swego Ideału. Wystarczy sobie przypomnieć, że wydawany przez Kolbego miesięcznik nosił w Polsce i Japonii nazwę „Rycerz Niepokalanej”. Założone zaś przez niego – jeszcze w latach kleryckich – stowarzyszenie bardzo podobną nazwę Militia Immaculatae.

    I to wszystko razem wypełniło czterdzieści siedem lat życia sługi Bożego na ziemi. Czterdzieści siedem lat trudnych, pracowitych, żarliwych. Kresem tych lat jest więzienie, obóz koncentracyjny, zdeptanie ludzkiej godności, wreszcie śmierć głodowa. Milenijny Kościół w Polsce, młody Kościół w Japonii, wreszcie Kościół na całym świecie raduje się z o. Maksymiliana, raduje się z jego życia i śmierci, z jego ofiary i zwycięstwa, z uczestnictwa w Chrystusowym Krzyżu i Zmartwychwstaniu. „Udręczenie życia doczesnego nie są niczym wobec przyszłej chwały, która się w nas objawi” (Rdz 8,18) – te słowa św. Pawła ożywają w duszy całego Ludu Bożego, w którym Sobór Watykański II odnowił świadomość eschatologiczną, świadomość Bożych przeznaczeń. Równocześnie zaś ten że Lud Boży odczytuje w o. Maksymilianie historyczna ciągłość dzieła Odkupienia, które wchodzi w dzieje i zakorzenia się w węzłowych punktach ludzkiego dramatu na ziemi. Tak więc świadek wiecznej i niebiańskiej chwały: Sługa Boży o. Maksymilian Kolbe – od 17 października pośród Błogosławionych Kościoła – jest zarazem świadkiem naszego stulecia, świadkiem pokolenia, które nosi w sobie głębokie rany i potrzebuje łaski uzdrowieńczej jako owoców Chrystusowego Odkupienia.

    Ojciec Święty Paweł VI mocą swego najwyższego w Kościele urzędu apostolskiego zaliczy Sługę Bożego Maksymiliana Kolbego w poczet błogosławionych Kościoła podczas obrad Synodu Biskupów w Rzymie. Tematem Synodu jest kapłaństwo służebne (sacerdotium ministeriale) i sprawiedliwość w świecie współczesnym. Wśród wielu głosów, jakie odzywa  się w obu tych sprawach na Synodzie, trzeba ażeby był usłyszany również i ten głos jedyny, któremu na imię o. Maksymilian Maria Kolbe w pełnym wymiarze swego życia i śmierci, swego oddania i swej ofiary, swego ubóstwa, swej posługi i swego heroizmu, swojej ufności i swego zwycięstwa przez Krzyż.

    I trzeba, ażeby ten Głos był usłyszany.

  • 1971-10-17 Papież Paweł VI - Homilia Podczas Beatyfikacyji O. Maksymiliana Marii Kolbego


    Maksymilian Kolbe błogosławionym! Co znaczą te słowa? Znaczą one, że Kościół uznaje w nim kogoś zupełnie wyjątkowego, kogoś, w kim łaska Boża i natura ludzka splotły się tak przedziwnie, że powstało arcydzieło świętości. W życiu jego bowiem to co Boże i to co ludzkie, co przyrodzone i co nadprzyrodzone, łączą się nierozerwalnie i kształtują stopniowo szczególny wymiar wielkości moralnej i duchowej, nieodparty rozpęd ku szczytom absolutu, który nazywamy świętością. Błogosławiony jest godzien czci i kultu w danym kościele lokalnym, jako wspaniały odblask mocy Ducha Uświęciciela. Błogosławiony to znaczy zbawiony i uwielbiony, to znaczy obywatel nieba ze wszystkimi cechami obywatela tej ziemi; to nasz brat i przyjaciel, najbardziej nam bliski w tajemnicy świętych obcowania, czyli w Ciele Mistycznym Chrystusa, którym jest Kościół w czasie i w wieczności. Błogosławiony jest naszym orędownikiem i obrońcą w Królestwie miłości wspólnie z Chrystusem "zawsze gotowy wspomagać" (Hbr 7, 25;por. Rz 8, 34).

    Jednym słowem, jest on doskonałym wzorem człowieka, którego winniśmy naśladować, zgodnie ze słowami świętego Pawła: "Bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa" (l Kor 4, 16).

    W ten sposób możemy od dziś myśleć o nowym Błogosławionym. Lecz kim jest Maksymilian Kolbe? Dobrze go znacie! Wszak jest tak bliski naszemu pokoleniu wspólnym doświadczeniem naszych czasów. Wiemy o nim wszystko. Rzadko kiedy proces beatyfikacyjny rozporządza takim bogactwem dokumentów. Tylko ze względu na ścisłość prawdy historycznej przypomnimy pokrótce główne fakty z życia ojca Maksymiliana Kolbe.

    Urodził się on w Zduńskiej Woli w pobliżu Łodzi 8 stycznia 1894. Wstąpił do Seminarium ojców Franciszkanów w 1907 roku. Następnie został wysłany do Rzymu, gdzie studiował na Gregorianum oraz w Seraficum. Będąc jeszcze studentem, założył Milicję Niepokalanej. Wyświęcony na kapłana 28 kwietnia 1918 roku, wrócił do Polski i rozpoczął swój apostolat Maryjny, zakładając miesięcznik "Rycerz Niepokalanej", który z czasem osiągnął milionowy nakład. W 1927 roku założył Niepokalanów, ośrodek życia religijnego i apostolstwa prasy. W 1930 roku udał się do Japonii, gdzie założył podobny ośrodek. Powróciwszy ostatecznie do Polski, oddał się działalności apostolskiej poprzez publikacje religijne. Druga wojna światowa zastała go na kierowniczym stanowisku jednego z największych zakładów wydawniczych w Polsce. Aresztowany 19 września przez Gestapo, został wywieziony najpierw do obozu w Lamsdorf w Niemczech, później do tymczasowego obozu koncentracyjnego w Amtitz. Uwolniony 8 grudnia 1939 roku, wrócił do Niepokalanowa, alby podjąć przerwaną działalność. Ponownie aresztowany w 1941 roku, został osadzony na Pawiaku w Warszawie, a następnie przewieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Oddał życie za nieznanego człowieka, skazanego na śmierć w bunkrze głodowym w odwet za zbiegłego więźnia. Zaopatrzył on na śmierć skazanych i 14 sierpnia 1941 roku, w samą wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej, został dobity zastrzykiem fenolu. Ciało jego zostało spalone w krematorium (o. Ernesto Piacentini OFM Conv.).

    Podczas takich uroczystości jak dzisiejsza, dane biograficzne toną niejako w olśniewającym blasku rdzennych cech, które tworzą duchową sylwetkę nowego Błogosławionego. Spróbujmy ująć je pokrótce, aby lepiej utrwaliły się w naszej pamięci.

    Maksymilian Kolbe był apostołem kultu Maryjnego. Czcił Matkę Bożą imieniem, które sama sobie nadała w Lourdes: "Jam jest Niepokalane Poczęcie". Niepodobna rozłączać działalności ojca Kolbe od imienia Niepokalanej. On to założył w Rzymie 17 października 1917 roku jeszcze przed otrzymaniem święceń kapłańskich Milicję Niepokalanej. A więc dzisiaj właśnie obchodzimy rocznicę. Wiadomo, z jaką niewiarygodną wprost śmiałością i nadzwyczajnym talentem organizacyjnym, ten pokorny i cichy franciszkanin rozwijał swoją działalność i szerzył nabożeństwo do Matki Chrystusa, "obleczonej w słoneczną szatę" (Obj 12, l). Nabożeństwo to było podstawą jego duchowości, jego apostolstwa i jego teologii.

    Spuścizna duchowa naszego Błogosławionego nie budzi w nas ani cienia wahania czy wątpliwości, aczkolwiek dziś właśnie pobożność Maryjna wznieca niekiedy pewną nieufność wobec dwu nurtów teologicznych: chrystologicznego i eklezjologicznego, które zdają się z nią współzawodniczyć. Wręcz przeciwnie, w mariologii ojca Kolbe Chrystus zajmuje pierwsze, konieczne i wystarczające dla ekonomii zbawienia miejsce. Ani w swych poglądach teologicznych, ani w swej działalności apostolskiej, ojciec Kolbe nigdy nie pomijał miłości do Kościoła i jego zbawczej misji. Wszak cała wielkość i wszystkie przywileje Matki Bożej wypływają z Jej dopełniającego, podporządkowanego zadania w stosunku do kosmologicznego, antropologicznego i zbawczego wymiaru działalności samego Chrystusa.

    Znamy te prawdy oczywiste. Zgodnie z całą doktryną teologiczną, z całą liturgią i teologią życia wewnętrznego, ojciec Kolbe widzi Maryję włączoną w Boże plany zbawienia jako "kres odwiecznego zamiaru", jako Pełnię Łaski, jako Stolicę Mądrości, jako przeznaczoną od wieków Matkę Słowa Wcielonego, jako Królowę Mesjańskiego Królestwa a jednocześnie jako Służebnicę Pańską, wybraną, aby ofiarować swój udział niezastąpiony w dziele zbawienia, jako Matkę Boga-Człowieka. "Maryja jest tą, za której pośrednictwem ludzie zbliżają się do Chrystusa i tą, za pośrednictwem której Jezus do ludzi się zbliża" (L. Bouyer, Le trone de la Sagesse, 69).

    Nie można więc wysuwać zastrzeżeń ani pod adresem Kościoła, ani pod adresem naszego Błogosławionego, z racji jego entuzjastycznego kultu Matki Bożej. Kult ten nigdy nie osiągnie tych wyżyn, na jakie zasługuje Maryja w tajemnicy jedności łączącej Ją z Chrystusem tak gruntownie uzasadnionej w Nowym Testamencie. Nie ma więc mowy o "mariolatrii", podobnie, jak nigdy światło księżyca nie przyćmi blasku słońca. Misja zbawcza, powierzona posłudze Kościoła, nie zostanie nigdy wypaczona, jeżeli będzie on czcić Maryję, swoją Córkę najznamienitszą i swoją duchową Matkę. Cechą charakterystyczną rzec można oryginalną mariologii ojca Kolbe, jest wyjątkowe znaczenie, jakie przypisuje Jej zadaniu wśród obecnych potrzeb Kościoła; jest jego wiara w spełnienie wizji proroczej Bożego triumfu w wiekuistej chwale i wywyższeniu maluczkich, a także wiara w Jej wstawiennictwo, w skuteczność Jej przykładu i w obecność Jej macierzyńskiej miłości. Sobór Watykański II utwierdził nas w tych prawdach oczywistych, a dziś z nieba ojciec Kolbe pomaga nam rozważać je i zgłębiać.

    Ten Maryjny rys nowego Błogosławionego włącza go do grona wielkich świętych, obdarzonych duchem proroczym, którzy pojęli, uczcili i wysławiali tajemnicę Maryi.

    Rozważmy z kolei przejmujący epilog apostolskiej "kariery" Maksymiliana Kolbe. W dniu dzisiejszym Kościół w szczególny sposób uwydatnia jego śmierć, wywyższając w chwale tego cichego, pokornego zakonnika, przykładnego ucznia świętego Franciszka i rycerza rozmiłowanego w Niepokalanej. Okoliczności jego zgonu są tak okropne i wstrząsające, że wolelibyśmy ich nie wspominać. Do jakiego dna zwyrodnienia stoczyć się może człowiek, pastwiąc się nad bezbronnymi, zdegradowanymi do rangi niewolników, skazanymi na unicestwienie po to tylko, aby po ich trupach mógł wspinać się ku władzy! Miliony padły ofiarą przemocy, pychy i kultu rasy. Mimo odrazy, musimy jednak uprzytomnić sobie te czasy okrutne, aby móc z nich wyłowić tu i ówdzie jakąś iskrę człowieczeństwa. Niestety, dzieje świata nie będą mogły wykreślić tych tragicznych kart! Ale zarazem nie ujdą nigdy naszej uwagi punkty świetliste, które właśnie teraz rozważamy, gdyż one to właśnie przezwyciężają ów niepojęty mrok. Jednym z tych punktów gorejących, może najświetlistszych jest cicha postać Maksymiliana Kolbe o niezłomnej, choć na pozór paradoksalnej ufności! Ten pokorny bohater pozostanie wśród największych jako znak widomy wartości i mocy moralnych, utajonych w umęczonych i sponiewieranych rzeszach. Na tym nieobeszłym przedsionku śmierci świta słowo życiodajne, słowo Jezusa, odsłaniającego tajemnicę niewinnego cierpienia: stać się okupem za braci, ofiarą całopalną, a ponad wszystko - miłością. "Nikt nie ma większej miłości niż ten, kto daje życie swoje za przyjaciół swoich" (J 15, l3). Chrystus mówił to o sobie przed wypełnieniem zbawczej ofiary za odkupienie świata. Wszyscy są Mu przyjaciółmi, gdy słuchają Jego słów. W straszliwym obozie oświecimskim ojciec Kolbe wypełnił ten nakaz miłości zbawczej w podwójnym sensie.

    Kto z nas nie pamięta niezrównanego faktu? "Jestem kapłanem katolickim" mówi ojciec Kolbe ofiarując siebie na śmierć i na jaką śmierć! dla ratowania życia skazanego w mściwym odwecie, nieznanego mu towarzysza niedoli. Był to wielki moment: ofiara została przyjęta. Zrodziła się ona z serca nawykłego do wyrzeczeń, jakby w naturalnym odruchu posługi kapłańskiej. Wszak kapłan "drugim Chrystusem"! Czyż Chrystus-Kapłan nie stał się żertwą ofiarną na zbawienie ludzi? Jakaż to chluba, jaki przykład dla nas kapłanów, stwierdzać w życiu i śmierci ojca Kolbe wykładnik naszego własnego posługiwania i naszej misji! Jakież to ostrzeżenie dla naszych skłóconych czasów, gdy przedkłada się niekiedy swoje prawa przyrodzone ponad prawo Boże, ponad powołanie do całkowitego dania się Chrystusowi, aby iść Jego śladem. I jakież to pokrzepienie dla drogich nam, zwartych i wiernych szeregów kapłanów i zakonników, którzy wówczas nawet, gdy z godziwą intencją bronią swej misji przed przeciętnością i frustracją społeczną, mimo wszystko zostają wierni swemu posłannictwu: "Jestem kapłanem katolickim i dlatego właśnie oddaję swe życie na okup za braci". Ten właśnie nakaz błogosławiony Maksymilian zostawił w szczególności nam, sługom Kościoła Bożego, a także wszystkim, którzy żyją jego duchem.

    Do tego kapłańskiego motywu dołącza się drugi: ofiarna śmierć błogosławionego Maksymiliana tłumaczy się również przyjaźnią. Wszak był Polakiem! Jako Polak został skazany na obóz śmierci. Jako Polak zamienił swój los na los współrodaka, Franciszka Gajowniczka, przyjmując śmierć za niego. Jakież uczucia rodzą się w duszy na myśl o postawie ludzkiej, społecznej, narodowej Maksymiliana Kolbe, syna szlachetnej, katolickiej Polski, idącego na dobrowolną śmierć! Historyczne, męczeńskie przeznaczenie narodu polskiego znajduje wyraz w tym heroicznym akcie. We wspólnym cierpieniu Polska odnajduje świadomość swojej jedności i misji rycerskiej. Realizuje się ona poprzez ofiarę jej synów, gotowych poświęcić własne życie za innych, trzymających w ryzach wrodzoną porywczość w imię niezłomnego braterstwa, wiernych duchowi katolickiemu, który ich znaczy znamieniem żywych członków Kościoła Powszechnego oraz niezłomną ufnością w cudowną opiekę Matki Bożej.

    Oto tajemnica ich bujnego odrodzenia! Oto promienie świetliste, spływające z rąk nowego Męczennika, który odsłania prawdziwe oblicze polskiego narodu, moc jego wiary, miłość płomienną, wolę pojednania, pokoju i pomyślności. Kościół i świat cały czerpać będą z tych planów.

  • 1971-10-17 Kardynał Wojtyła – z okazji beatyfikacji O. Maksymiliana Kolbego

    Znak Naszej Epoki

     

    Artykuł ks. kard. Karola Wojtyły zamieszczony w krakowskim "Tygodniku Powszechnym" (nr 42, 17 X 1971) z okazji beatyfikacji O. Maksymiliana Kolbego

     

    W dniu 17 października zostaje wyniesiony na ołtarze sługa Boży O. Maksymilian Maria Kolbe, nasz rodak i człowiek naszych czasów. Ołtarze są miejscem ofiary, którą na nich składa Chrystus przez posługę kapłanów Kościoła. Człowiek, który zostaje wyniesiony na ołtarze, dostępuje tego wyniesienia ze względu na ofiarę. W wypadku O. Maksymiliana ten motyw wyniesienia i czci jest szczególnie czytelny i do głębi przejmujący. Nie została po tym Słudze Bożym najmniejsza cząsteczka jego ciała czy kości, albowiem wszystko strawił ogień w piecu krematoryjnym. Stało się to w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu w wigilię uroczystości Wniebowzięcia, 14 sierpnia 1941 r. W trzydzieści lat po śmierci doznaje wyniesienia na ołtarze człowiek, który takim ostatecznym wyniszczeniem dopełnił za naszych czasów tego, "czego nie dostaje cierpieniom Chrystusa" (Kol l, 24).

    Droga do chwały prowadzi poprzez dopełnienie ofiary Chrystusa. Kościół ma świadomość tej drogi, wyznaje ją i naucza jej poprzez ludzi, których chwałę obwieszcza - jak w dniu 17 października obwieści chwałę 0. Maksymiliana. Przez to Kościół wciąż na nowo przypomina człowiekowi, że jest powołany do chwały, a Ewangelia Chrystusa, Jego krzyż i zmartwychwstanie wskazują mu do niej pewną drogę. Święci stanowią - poprzez wszystkie pokolenia - jakby milowe słupy pewności tej drogi, jaką Lud Boży na całej ziemi podąża do swych ostatecznych przeznaczeń. Jeżeli ich wyniesienie na ołtarze wraz z Chrystusem jest jakimś promieniem ostatecznego Spełnienia, to równocześnie promień ten pada na całe ich życie ziemskie i oświetla czasem całą epokę.

    O. Maksymilian Maria Kolbe pozostanie znakiem naszej epoki - znakiem szczególnie wyrazistym. To krótkie stosunkowo życie jest syntezą i zarazem jakby zwierciadłem, w którym epoka ta znajduje swe wielostronne odbicie. Współczesny syn św. Franciszka z Asyżu umiał wspaniale połączyć zamiłowanie do ubóstwa z nowoczesnym rozmachem apostolskim i misyjnym. Kościół może w nim, twórcy polskiego i japońskiego Niepokalanowa, widzieć patrona tego apostolstwa, które śmiało posługuje się nowoczesnymi środkami przekazu, przede wszystkim prasą i publicystyką. Jeśli życie O. Maksymiliana tak wyraźnie stało pod znakiem naszych czasów, to cóż powiedzieć o jego śmierci - o tej śmierci w bunkrze głodowym poniesionej za brata?

    Sobór Watykański II na wielu miejscach głosi, że posłannictwem Kościoła jest także to, ażeby życie ludzkie czynić bardziej ludzkim. Czyż nie uczynił bardziej ludzkim życia ludzi w tym miejscu tak straszliwie nieludzkim, jakim był obóz śmierci w Oświęcimiu, sługa Boży Maksymilian? Czyż nie staje się on na naszych oczach patronem tego trudnego posłannictwa Kościoła? Trwa dramatyczna walka między dobrem a złem, między światłem a ciemnością - czytamy w Konstytucji pastoralnej - człowiek odkrywa, że jest niezdolny o własnych siłach zwalczać skutecznie napaści zła... "ale sam Pan przyszedł, aby człowieka uwolnić i umocnić" (Gaudium et spes, nr 13). To szczególniejsze przyjście Pana przeżył Kościół, a z nim rodzina ludzka, w ginącym w bunkrze oświęcimskim O. Maksymilianie. W tym świetle "znajduje swoje ostateczne wyjaśnienie" nie tylko "głęboka nędza, której człowiek doświadcza", ale także "wzniosłe jego powołanie" (tamże).

    Oto wstępuje na ołtarz chwały syn polskiej ziemi, świadek Chrystusa, a zarazem przejmujący zaprawdę świadek naszych czasów. Pan przeszedł przez jego życie i śmierć i wyraził w nim szczególne swoje podobieństwo. To przejście Pana niosło z sobą miłość i świętość, która wzrastała pod macierzyńskim wzrokiem Niepokalanej, jakby pod jej sercem. Szczególna tajemnica powołania O. Maksymiliana Marii, jego tak bardzo owocnego apostolstwa i jego ostatecznego zwycięstwa łączy się z duchowym macierzyństwem Bogarodzicy i jest nowym potwierdzeniem Jej błogosławionej obecności w Kościele. Radujemy się, iż ten sprawdzian obecności i działalności Matki Chrystusa i Kościoła ujawnił się na polskiej ziemi. Potwierdziła się w tym jak gdyby długa historia stosunku duszy polskiej do Maryi, do Niepokalanej i Wniebowziętej. Zarazem też historia ta zaczerpnie z dziejów życia i śmierci O. Maksymiliana nowy impuls do dalszego rozwoju.

  • 1971-10-20 Kardynał Wojtyła - O potrzebie budowy kościoła w Oświęcimiu

    W stronę Oświęcimia

    W związku z beatyfikacją o. Maksymiliana Kolbego
    Przemówienie Ks. Kardynała w dn. 20 października 1971 r.

    Beatyfikacja o. Maksymiliana Kolbego zwróciła na nowo oczy Kościoła i świata na Oświęcim. W świadomości wszystkich ludzi naszej epoki stał się on naprzód symbolem męki zadanej ludziom przez ludzi z nienawiści, a z kolei staje się symbolem miłości, która jest potężniejsza niż nienawiść. A nawet męka zadana ludziom staje się dzięki niej jakąś siła twórczą, która pomaga pełniej odkryć człowieczeństwo. Takie właśnie znaczenie nadał pojęciu: „Oświęcim” bł. Maksymilian Maria Kolbe. W Jego uwielbieniu przez Kościół w dniu beatyfikacji doznały uwielbienia wszystkie te trudne dobre uczynki, w których wyraziła się miłość bliźniego, które w straszliwych warunkach obozowego terroru kosztowały bardzo wiele, które potwierdzały człowieczeństwo i chroniły przed odczłowieczeniem.

    Ewangeliczny kubek wody podany bliźniemu nabierał w tych okolicznościach szczególnej ceny. I te wszystkie dobre uczynki, a przez nie ci wszyscy dobrzy, szlachetni ludzie, w uwielbieniu przez Kościół Błogosławionego ich współwięźnia dostępują także jakiegoś uwielbienia. Odsłania się także jakby inne oblicze obozu zagłady, inne znaczenie pojęcia „Oświęcim”: mieści się w nim nie tylko nienawiść, ale i miłość, nie tylko okrucieństwo, ale i ofiara. I ta właśnie ofiara ujawnia swoja twórczą moc, pokazuje jak dużo od niej zależy w życiu ludzkości, jak wiele się na niej opiera.

    Kiedy myślimy o miejscu śmierci bł. Maksymiliana Marii, jako o miejscu ofiary, wówczas odczuwamy głęboka potrzebę, aby tej prawdzie o ofierze nadać właściwy i pełny wyraz chrześcijański. Ten chrześcijański wyraz prawdy o wierze kształtował się od 2000lat. Pierwsi chrześcijanie żyli w historycznie bliższym zasięgu ofiary Chrystusa niż my. I dlatego tez oni stali się dla nas tutaj wzorem, do którego nawiązywały całe pokolenia i stulecia. Wiadomo zaś czym były dla pierwszych chrześcijan z epoki prześladowań groby męczenników, jaką czcią otaczali ich doczesne szczątki.

    Z tej też czci wywodzi się, tradycja, żeby w ołtarzach, przy których sprawujemy Najświętszą Ofiarę, znajdowały się relikwie męczenników i świętych. Ołtarz bowiem, który jest miejscem Ofiary Chrystusa stale ponawianej w Eucharystii, łączy się najściślej w polu widzenia naszej wiary z każdą ofiara  człowieka; a zwłaszcza z ofiarą męczenników i świętych, która nosi w sobie ów heroiczny wymiar miłości i poświęcenia.

    I stąd też Kościół w Polsce od początku lat powojennych widzi potrzebę takiego miejsca ofiary, ołtarza i świątyni, właśnie w Oświęcimiu. Beatyfikacja o. Maksymiliana jeszcze bardziej pogłębiła te potrzebę. Wszyscy czujemy, że na miejscu Jego heroicznej ofiary, w mieście, które na zawsze z pamięcią tej ofiary zostaje związane, powinien stanąć kościół, jak od pierwszych wieków chrześcijaństwa wyrastały kościoły na grobach męczenników, błogosławionych i świętych.

    Tak jak Kościół w Polsce, myślą o tej sprawie Kościoły w tych wszystkich krajach europejskich, których synowie i córki przeszli przez  Golgotę oświęcimskiego obozu i tam złożyli swe życie w jakiejś gigantycznej ofierze milionów. Wiadomo bowiem, że liczba ich idzie w miliony.

    Oświęcim leży na terenie Archidiecezji Krakowskiej, dlatego też starania o budowę kościoła pod wezwaniem Błogosławionego Maksymiliana Marii Kolbego, więźnia i ofiary obozu w Oświęcimiu, przypadają w obowiązku arcybiskupowi krakowskiemu. Do niego też zwracają się  biskupi, reprezentujący te narody, które uczestniczyły w gehennie oświęcimskiego obozu zagłady i potraciły tam swoich rodaków. Odbywający się w ciągu miesiąca października w Rzymie Synod Biskupów dał do tego szczególna okazje.

    Warto dodać, że w samej uroczystości beatyfikacyjnej, Ojcowie Synodu zaproszeni uprzednio przez Ks. Prymasa, bardzo licznie wzięli udział. Beatyfikacja była też dla nich wielkim przeżyciem – jak to nazajutrz, po uroczystości, oświadczył w swoim przemówieniu przy otwarciu sesji kard. Duval, jeden z przewodniczących, dziękując Ojcu Świętemu, że przez ten akt rzucił potężne światło na sprawy, którymi Synod się zajmuje. Z kolei tym Ojcom Synodu, których rodacy zginęli w obozie oświęcimskim podobnie jak o. Kolbe zostały doręczone urny, zawierające proch ziemi obozowej. To jedyna relikwia, jaką mogliśmy im przekazać. Również i Ojciec Święty otrzymał tylko taka relikwię bł. Maksymiliana Marii w czasie publicznej audiencji, udzielonej pielgrzymom polskim i z Polonii całego świata. Trzeba dodać, że Ojciec Święty i biskupi przyjmowali te relikwie z głębokim przejęciem.

    Tak więc wzrok narodów zwraca się ponownie w stronę Polski, w stronę Oświęcimia. A głosy biskupów, którzy na Synodzie  reprezentują Kościół żyjący i spełniający swa misję w tych że narodach postulują wraz z nami  upamiętnienie ofiary bł. Maksymiliana Marii, budowa świątyni. Świątynia bowiem i ołtarz stanowią znak wiadomy ofiary złożonej wraz z Chrystusem, tak jak ja złożył bł. o. Maksymilian Maria.

    Widząc stanowczą potrzebę takiego wyrazu, wyrazu chrześcijańskiego, kierujemy się ścisłą konsekwencją tej prawdy o ofierze, jaką heroiczna śmierć o. Maksymiliana zawierała w sobie ponad wszelką wątpliwość. Oczywiście, nie zamierzamy przez to odrywać jej od świadomości wszystkich ludzi i to bez względu na wyznawany światopogląd. Wszyscy bowiem, którzy przybywają do Oświęcimia żywią szacunek i cześć dla takiej ofiary jako najwyższej wartości moralnej.

    Postać o. Kolbego i jego beatyfikacja pozwalają ludziom wierzącym w Chrystusa na nowo przekonać się o tym, jak bardzo wyznawany przez nich porządek wartości stoi w centrum ocen i dążeń o zasięgu ogólnoludzkim.

    Na tym tle potrzeba budowy kościoła w Oświęcimiu rysuje się  z nowa siłą, z siłą przekonywającą. Archidiecezja Krakowska zdaje sobie sprawę, że ma nie tylko prawo, ale i ścisły obowiązek podjęcia na nowo tych starań, które już dawniej były podejmowane, i że w doprowadzeniu ich do właściwego skutku leży oczekiwanie nie tylko społeczeństwa polskiego, ale także innych chrześcijańskich społeczeństw europejskich i pozaeuropejskich. Kościół pod wezwaniem bł. Maksymiliana Marii w Oświęcimiu ma szczególne prawo do istnienia, a prawo to zapisane jest w heroicznej ofierze Błogosławionego, w której raz jeszcze potwierdziła się duchowa moc Chrystusa: moc Jego Krzyża i Jego Zmartwychwstania.

  • 1972-03-21 Kardynał Wojtyła - Rekolekcje do młodzieży akademickiej o sumieniu

    Człowiek w rozwoju

    Kraków, marzec 1972

    [...]
    I otóż cały ten obraz człowieka w rozwoju, który ja tutaj naszkicowałem bardzo tylko niedokładnie, wybiórczo, fragmentarycznie – i na pewno różni specjaliści zechcą i potrafią mnie doskonale uzupełnić – ten człowiek w rozwoju, każdy, wpisuje się ostatecznie w słowa, które są zapisane na samym początku Księgi Rodzaju. Czytamy tam: „Stworzył Bóg człowieka na obraz i podobieństwo swoje” (Rdz 1, 27).

    Czy rzeczywiście tak? Czy ten każdy, konkretny człowiek, każde ludzkie „ja” istotnie wpisuje się w prawdę tych słów: „.... na obraz i podobieństwo Boga?” – To jest pytanie kluczowe. Nie można człowieka wpisać bez reszty w inne ramy. Nie można człowieka wpisać bez reszty w inny wymiar. To bynajmniej nie przesłania całej prawdy o jego powiązaniu z przyrodą, jego podobieństwie do świata, który dawno określono mianem świata zwierzęcego. To tylko stwierdza, że w tych ramach człowiek nie mieści się bez reszty. A właśnie t a  r e s z t a rozstrzyga. Ta reszta.

    Można z różnych stron docierać do tej reszty. Nie mamy czasu na to, ażeby tutaj rozwijać całą teorię , całą wizję człowieka. Pragnę – także i dlatego, że to są rekolekcje – ażebyśmy skupili się na jednym fakcie, który właśnie należy do tej o wszystkim stanowiącej reszty. Jest mu na imię sumienie. Człowiek to jest sumienie – jednak sumienie. I nie da się śledzić w pełni rozwoju człowieka mówić o rozwoju człowieka, jeśli się nie uchwyci tego centrum: sumienia. Od niego zależy ten ostateczny kształt, od niego zależy to, kim w końcu jestem ja, ja jeden niepowtarzalny.

    Weźmy dla przykładu taki obraz z wydarzeń przybliżonych nam w ostatnich miesiącach: z jednej strojny O. Maksymilian Kolbe w Oświęcimiu, a z drugiej strony jego oprawcy. Tu człowiek i tu człowiek. Tu sumienie i tu sumienie. I teraz, jaka ostatecznie kształtuje się postać? Z jednej strony taka, którą  świadomość, opinia całej ludzkości musi zaafirmować, uwielbić i zaakceptować: wziąć do swojego skarbca raz na zawsze. Z drugiej strony taka postać człowieka, człowieczeństwa, która cała opinia ludzkości – bez względu na to, czy to będą wierzący, czy niewierzący, chrześcijanie, czy ateiści – musi jakoś odrzucić: wyrzec się jej. Chociaż może się wyrzec tylko do granic człowieczeństwa, bo: i tu człowiek, i tu człowiek. Wielkość człowieka, właśnie tego człowieka w rozwoju, jest ostatecznie najgłębiej związana z jego sumieniem.

    Ale kiedy mówimy o człowieku w rozwoju, to nie sposób zaczynać tylko od początku. Nigdy się tego rozwoju człowieka tej pełnej ewolucji osoby nie nakreśli, zaczynając tylko od początku. Musimy zacząć jeszcze od końca. Koniec – można powiedzieć inaczej: rzecz ostateczna; a z grecka „eschatologia”. Koniec człowieka to jest śmierć. Nie sposób nakreślić dróg rozwoju człowieka, nie wychodząc właśnie od końca, nie wychodząc właśnie od śmierci. Tak jak nawet i w tym przykładzie, którym posłużyłem się przed chwilą: O. Maksymiliana. Nie sposób nakreślić rozwoju pełnego, całościowego człowieka osoby, nie wychodząc od śmierci.

    Czy śmierć jest całą eschatologią człowieka? Czy to co ostateczne równa się śmierć? Taką eschatologię przyjmuje światopogląd materialistyczny: to co ostateczne równa się śmierć. Człowiek żyje nie tylko ku śmierci, ale żyje w granicach śmierci: i więcej nic nie ma. – A Księga Rodzaju powiada: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. I my sobie te słowa Stwórcy przypominamy w każdą środę popielcową.

    Ale w takim razie, jeżeli eschatologia człowieka, jeżeli to co ostatecznie utożsamia się ze śmiercią, co zrobić – co zrobić z tym co w człowieku narasta: albo w kierunku takim jak u Maksymiliana Kolbe, albo w kierunku takim jak u jego oprawców. Co zrobić z sumieniem? Z tym wszystkim co ono w każdym z nas kształtuje przez lata; od pierwszych chwil umiejętności rozeznawania pomiędzy dobrem a złem przez całe życie, przez tyle lat. Co zrobić z całym tym bogactwem albo z całym tym balastem? Co z tym uczynić – jeżeli człowiek rozwija się tylko ku śmierci i na tym koniec?

    I nie wiem, czy miał prawo powiedzieć Marks – przyjmując taki światopogląd – że korzeniem wszystkiego jest człowiek. Już chyba więcej racji ma Sartre, kiedy mówi: że człowiek właściwie dąży do tego, co określa słowem: Bóg ale to jest – powiada – czyste słowo. I dlatego też człowiek „c’est une passion inutile” – nieużyteczna pasja.

    Jeżeli jednakże weźmiemy to wszystko tak, jak jest w każdym z nas, jeżeli weźmiemy chociażby tylko ten jeden proces – proces sumienia, to trudno, trudno bez zaprzeczenia tego, że korzeniem jest człowiek, przyjąć, że człowiek rozwija się tylko ku śmierci: ale rozwija się do sądu. I to jest drugie słowo naszej eschatologii – pamiętacie to z katechizmu; cztery sprawy ostateczne:

    1. śmierć, 2. sąd; - do dalszych przejdziemy kiedy indziej. Człowiek rozwija się do sądu. Ten sąd stanowi początek życia wiecznego – początek. Księga Rodzaju mówi, że „Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje” i mówił dalej, że: „postawił go wobec drzewa wiadomości złego i dobrego” (Rdz 2, 15). To jest oczywiście wyrażenie jakoś symboliczne, ale jakże bardzo realistyczny jest ten symbol. Jak wielką prawdą jest to, że człowiek stoi wobec drzewa wiadomości złego i dobrego; że człowiek znajduje się pomiędzy dobrem i złem; że człowiek wciąż musi wybierać i że te jego wybory, decyzje, uczynki, mają wartość – są dobre; albo niosą w sobie przeciwwartość – są złe. Dobro i zło; i takie jest życie człowieka.

    Ale na tej właśnie drodze znajduje się jego wielkość. Przez to człowiek jest wielki; przez to, że może wybierać, nawet – w jakimś sensie – grzech świadczy o tym, że człowiek jest wielki. Nie powiedziałem: świadczy o wielkości człowieka, tak jak nie można powiedzieć, że czyny oprawców z lagru oświęcimskiego świadczą o ich wielkości. Ale nawet w jakimś sensie i grzech świadczy o tym że człowiek jest wielki. Gdyby tak nie było, to trudno byłoby zrozumieć cały stosunek Boga do człowieka. Do tego właśnie człowieka, który znajduje się pomiędzy dobrem a złem. Bóg nie oddzielił się od człowieka drzewem wiadomości złego i dobrego; chociaż wiemy, że ludzkość wielokrotnie przekroczyła próg tego drzewa, to ten fakt z historii ludzkości, z historii społeczeństw, a nade wszystko z historii człowieka jak gdyby wyzwolił tym większą troskę Boga-Stwórcy o tego człowieka, który wybiera, który upada, który grzeszy i który się dźwiga. Bóg wychodzi naprzeciw człowieka: nie tylko jest Sędzią; jest także i Ojcem, który szuka syna marnotrawnego; jest także przewodnikiem, który stawia na drodze człowieka swoje przykazania jak gdyby słupy graniczne. Naprzód są przykazania Starego Testamentu dane Mojżeszowi, te przykazania przede wszystkim mówią: nie! „nie będziesz zabijał, nie będziesz cudzołożył, nie będziesz fałszywego świadectwa mówił” (Wj 20, 21--16) itd. – nie będziesz! Ale te wszystkie Boże „nie!” to są zaprawdę słupy graniczne i nie można ich przekroczyć. O tym wie doskonale cała ludzkość, o tym wie doskonale każde społeczeństwo, każdy ustrój, że nie można zmienić, „wycofać z obiegu” tych Bożych „nie!”. I my też wszyscy o tym doskonale wiemy. Ale znamy nie tylko Dekalog Starego Prawa – znamy także i Nowy Testament, znamy Ewangelię, znamy etykę „ośmiu błogosławieństw”; właśnie tych błogosławieństw, za którymi poszli tacy ludzie, jak Maksymilian Maria Kolbe i różni inni. Iluż ich poszło za tymi błogosławieństwami, chociażby tu w tym naszym mieście; iluż ich idzie wciąż!

    I wreszcie to przykazanie, którym się wszystkie mieszczą, które wszystkie inne przerasta, a zarazem wszystkie zawiera: przykazanie miłości Boga i bliźniego, które nam przyniósł Chrystus jako ostatnie słowo tej troski Sędziego i Ojca o nasze ludzkie sumienie. W czasie rekolekcji sprawa sumienia jest zawsze, z reguły, sprawą centralną.

    Jeżeli wczoraj powiedziałem, że taką sprawą jest sprawa modlitwy, to poniekąd w tym celu, ażeby doprowadzić do dzisiejszego stwierdzenia, że tą sprawą jest sprawa sumienia. Zresztą Pan Jezus sam to wyraził, kiedy mówił: „ Nie ten, który mi mówi Panie, Panie, ale ten, który czyni wolę Ojca mego” (Mt 7, 21). I dlatego ku tej sprawie trzeba nam skierować w czasie rekolekcji cała naszą uwagę, pamiętając, że dotykamy tutaj w każdym z nas jakiegoś centrum, które stanowi o moim „ja” o godności człowieka, osoby. Tego centrum, które człowieka otwiera ku Bogu, przybliża do Niego, z Nim jednoczy. A szukając tego wszystkiego przez modlitwę, stale musimy tą modlitwą skierowywać uwagę swojej myśli i swojej woli na nasze sumienie.

    Moi Drodzy Słuchacze, wczoraj zakończyliśmy rozważanie rekolekcyjne, odmawiając „Ojcze nasz...”. Myślę, że będzie dobrze, ażebyśmy na ten pacierz wieczorny wybrali sobie, tak jak to zresztą często czynimy, Dekalog. Żebyśmy powtórzyli wspólnie przykazania Boże i uwieńczyli tę powtórkę wielkim Chrystusowym przykazaniem miłości.

    Jam jest Pan Bóg, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.
    1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!
    2. Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremno!
    3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił!
    4. Czcij ojca twego i matkę twoją!
    5. Nie zabijaj!
    6. Nie cudzołóż!
    7. Nie kradnij!
    8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu!
    9. Nie pożądaj żony bliźniego twego!
    10. Nie pożądaj żadnej rzeczy, która jego jest!

    Pełnią przykazania jest miłość (Rz 13, 10): „Będziesz miłował Pan Boga twego ze wszystkiego serca twego, ze wszystkiej duszy twojej, ze wszystkich sił twoich, a bliźniego twego jak siebie samego” (Mt 22, 37). Amen.
      
    Z: Ks. Karol Wojtyła, Biskup-Metropolita-Krakowski, Kazania 1962-1978

  • 1972-06-25 Kardynał Wojtyła - Beatyfikacja O. Maksymiliana i sprawa młodzieży

    Niepokalanów, 25 czerwca 1972

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    17 października roku Pańskiego 1971 Ojciec Św. Paweł VI zaliczył w poczet błogosławionych Kościoła naszego rodaka, O. Maksymiliana Marię Kolbego. Równocześnie w tym samym błogosławionym roku Episkopat Polski postanowił, ażeby szczególnym tematem modlitwy i pracy Kościoła w Polsce była sprawa młodzieży.
    W ten sposób zbiegły się dwie sprawy: wyniesienie na ołtarze O. Maksymiliana Marii oraz ogólnopolska modlitwa z młodzieżą i za młodzież. Ten zbieg nie jest przypadkowy. W czasie obecnej Mszy św. postaramy się w szczególny sposób wytłumaczyć sobie znaczenie tej łączności, jaka zachodzi pomiędzy beatyfikacją naszego Rodaka i sprawą młodzieży na ziemi polskiej, a pośrednio - na całym świecie.
    Jest tradycją Kościoła, że w ciągu całego roku po wyniesieniu na ołtarze, po zaliczeniu w poczet błogosławionych lub świętych odbywają się szczególne uroczystości kościelne; zwłaszcza na tych miejscach, które związane są z życiem, działalnością i śmiercią błogosławionego lub świętego.
    Tak też dzieje się po beatyfikacji O. Maksymiliana. Naprzód w Rzymie, potem na różnych miejscach globu, gdzie żył i działał, ale oczywiście nade wszystko na ziemi polskiej odbywają się uroczystości w ciągu tego roku po jego beatyfikacji.
    Dzisiaj, przybywamy do Niepokalanowa, gdzie uroczystość ma charakter ogólnopolski. Będzie w niej uczestniczył cały polski Episkopat z Księdzem Prymasem na czele, który tutaj przybędzie na główne nabożeństwo. Będą uczestniczyli także przedstawiciele duchowieństwa, zwłaszcza zakonu franciszkańskiego. Będzie uczestniczył licznie cały Lud Boży, całe społeczeństwo katolickie, zwłaszcza z tutejszej dzielnicy, z tego rejonu, ,w którym Opatrzność Boża postawiła O. Maksymiliana Marię w ciągu wielu lat jego życia; pozwoliła mu spełniać swoje ziemskie posłannictwo i utrwalić je w nazwie: Niepokalanów.
    Dzisiaj my wszyscy jesteśmy pielgrzymami do Niepokalanowa; i jako pielgrzymi do tego miejsca życia i pracy naszego Błogosławionego pragniemy wzajemnie się pozdrowić. Pozdrawiam więc wszystkich uczestników tej uroczystości! wszystkich Dostojnych Księży Biskupów, również naszych Gości-Biskupów: salutem dico nostris hospitibus Fratribus in Episcopatu praesertim ex Familia franciscana!
    Pozdrawiam wszystkich Kapłanów, zwłaszcza całą Rodzinę franciszkańską, która dzisiaj przybywa tutaj na wielkie swoje święto. Pozdrawiam Siostry zakonne i wreszcie całą wspólnotę pielgrzymią, wśród której się znajdujemy.
    W szczególny sposób pozdrawiam młodzież i dzieci. Ponieważ ta Msza św. jest specjalnie dla młodzieży, pragniemy w szczególny sposób modlić się z młodzieżą i za młodzież polską. Pragniemy również wyjaśnić sobie, jak głęboki jest związek pomiędzy beatyfikacją O. Maksymiliana i hasłem, jakie Episkopat Polski rzucił na rok jego beatyfikacji.
    Znajdujemy się więc w Niepokalanowie. Wiemy dobrze, że jest to miejsce, na którym przebywał i w sposób szczególny działał O. Maksymilian Maria Kolbe. Wiemy, że był to główny warsztat Jego pracy; nie jedyny, ale główny.
    Znając jego życiorys, wiemy, z jakim trudem dochodził do tego warsztatu pracy tutaj, w okolicy Warszawy; jaka droga prowadziła go od Rzymu - poprzez Kraków, poprzez Grodno - na to miejsce. W każdym razie przybył tutaj w duchu ośmiu błogosławieństw; zwłaszcza pierwszego, w którym Jezus mówi: "Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem ich jest Królestwo niebieskie"; a także i tego drugiego, w którym mówi: "Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię".
    Te słowa rzeczywiście wypełniły się w życiu O. Maksymiliana w sposób jakiś szczególnie widzialny, jakby znak dla naszej epoki. Posiadł te ziemie, ale w duchu ubóstwa; tego ubóstwa, które było zasadą jego franciszkańskiego życia. Tutaj, na tej podwarszawskiej ziemi ofiarowanej mu łaskawie przez właściciela zaczął budować swój warsztat pracy.
    Jaka to była praca - także wiemy. Nie zaszkodzi jednak uświadomić sobie, że praca ta, którą błogosławiony Maksymilian wybrał jako dzieło swego życia, była szczególnym działaniem wedle potrzeb naszej epoki. Pod tym względem jest on prawdziwym patronem naszych czasów. Zdawał sobie od młodości sprawę z tego, jak wielkie znaczenie w tych czasach postępu i cywilizacji posiadają tak zwane środki społecznego przekazu myśli. Należy do nich prasa, należy do nich radio, należy do nich już obecnie telewizja i film. Przynajmniej to są ogólne dziedziny środków przekazu.
    Otóż ten ubogi syn św. Franciszka postanowił - wiedziony na pewno Bożym wezwaniem - swoją działalność apostolską poświęcić współczesnym środkom przekazu myśli. Przede wszystkim wybrał apostolstwo prasy. Z tą myślą tworzył naprzód swoje bardzo ubogie, poniżej wszelkich potrzeb, warsztaty pracy w Krakowie, potem w Grodnie; wreszcie zaczął tworzyć Niepokalanów.
    Trzeba stwierdzić, że ten warsztat pracy w dziedzinie przez siebie wybranej urządzał stopniowo w sposób jak najbardziej współczesny. Wiedział, że jeżeli jego działalność apostolska ma być skuteczna, musi się posługiwać wszystkimi współczesnymi środkami techniki; był człowiekiem swoich czasów.
    Wiele już powiedziano w słowach, w piśmie, a także i w pieśni, o tych niepokalanowskich maszynach rotacyjnych, które się z roku na rok ulepszały. Powiedziano, że te maszyny miały tutaj tak wyśpiewywać chwałę Bożą, jak za czasów św. Franciszka z Asyżu wyśpiewywały ją drzewa i krzewy, i strumienie, i słońce, i księżyc, i gwiazdy.
    Nie znaczy to, ażeby tamten hymn stworzenia przestał być aktualny, dalej po franciszkańsku śpiewa chwałę Bożą cała przyroda. Ale wśród tej przyrody jest człowiek, którego Bóg obdarzył zdolnością kształtowania oblicza ziemi na nowo; dostosowywania jej do swoich potrzeb i zadań. To jest dzieło ludzkiej techniki, pomysłowości i przemyślności; to jest dzieło nauki i wynalazczości. Franciszek XX wieku, Maksymilian Maria, Polak, wszedł ze swoimi maszynami rotacyjnymi, ze swoim współczesnym warsztatem pracy wydawniczej tu w Niepokalanowie, w całe to dzieło stworzenia. Chciał, ażeby hymn stworzenia śpiewała nie tylko cała przyroda, tak jak śpiewała ją za czasów św. Franciszka, za czasów Fioretti. Chciał, żeby ten hymn stworzenia, hymn natury, podjęło całe dzieło człowieka; żeby w hymn natury włączył się hymn kultury. Taka jest wymowa tego warsztatu pracy, który tutaj w Niepokalanowie stworzył O. Maksymilian Maria. Ten warsztat pracy podziwiano dla jego sprawności technicznej. Podziwiano jeszcze bardziej dla tych ewangelicznych początków i zasad, wedle których rozwijał się i kształtował. Przecież to wszystko rosło z niczego: przyszedł człowiek cichy, przyszedł człowiek ubogi duchem i ubogi w środki materialne. I tymi środkami - ubóstwem, cichością , i łagodnością człowieka rosło wspaniałe dzieło. Więc podziwiano dzieło.
    My w czasach dzisiejszych stajemy wobec różnych warsztatów ludzkiej pracy, które są coraz bardziej nowocześnie urządzone. Na ziemi polskiej powstają różne nowe huty, różne giganty współczesnego przemysłu, dzieła techniki i nauki. Mówię o tym, bo stamtąd przyjeżdżam: wiecie, że jestem biskupem Krakowa.
    Maksymilian Maria Kolbe jest człowiekiem naszych czasów. Jego warsztat pracy był współczesny na miarę jego czasów. Może nawet te czasy wyprzedzał i był pionierem. Szkoda tylko, że ten warsztat pracy zamilkł; że nie może dalej się rozwijać w tym duchu i w tym rozpędzie, który nadał mu człowiek cichy, człowiek ubogi duchem.
    Jest rzeczą bardzo wymowną, że O. Maksymilian Maria nadał swemu warsztatowi pracy tu pod Warszawą, nazwę: Niepokalanów. Tak też ,w języku japońskim nazwał swój analogiczny warsztat pracy w Niepokalanowie japońskim. Wiadomo, kogo nam ta nazwa przywołuje na myśl. Czciciel Maryi pragnął, ażeby wszystkim, którzy przy tym warsztacie staną, którzy przez ten warsztat przejdą - wszystkim, którzy będą z jego dzieła korzystać - ta sama myśl przychodziła natychmiast do głowy i do serca. Niepokalanów, to znaczy miejsce Niepokalanej.
    Dlaczego takie imię wybrał O. Maksymilian dla swojego warsztatu pracy? dla miejsca swego i swoich braci życia i działania? To się łączy z długą historią jego życia wewnętrznego. W każdym razie ta nazwa mówi nam dzisiaj to samo, co mówiła jemu i jego współczesnym: Niepokalana.
    Któż to jest Niepokalana? Wiemy, jest to Matka Syna Bożego, Matka Jezusa Chrystusa. Niepokalana, to jest ta, w której Jezus Chrystus odniósł najpełniejsze zwycięstwo. Przez to imię: Niepokalana, patrzymy przede wszystkim na człowieka, na dzieje rodzaju ludzkiego. Jest człowiek dziedzicem grzechu; stał się człowiek, przez pierwszych rodziców, dziedzicem grzechu. I każdy człowiek nosi w sobie skutki tego grzechu. Ale Ojciec nasz, który jest w niebie, chciał, ażeby zostało odniesione w człowieku zwycięstwo nad grzechem: zwycięstwo nad złem. Dlatego dał nam swojego Jednorodzonego Syna.
    Zwycięstwo nad grzechem pierworodnym i jego wszystkimi następstwami odniósł Syn Boży jako Człowiek, odniósł jako Syn Maryi. Odniósł je przede wszystkim przez swoją Ofiarę, przez swoją mękę i śmierć na krzyżu. Odniósł zwycięstwo dla wszystkich ludzi, ale w sposób szczególny dla swojej Matki. I w Niej to zwycięstwo Jezusa Chrystusa zaznaczyło się od pierwszej chwili Jej zaistnienia. Była wolna od dziedzictwa pierwszych rodziców: była Niepokalana.
    Syn św. Franciszka, O. Maksymilian Maria, idąc za tradycjami maryjnymi swojego zakonu, wpatrywał się od młodzieńczych lat w tę przedziwną Bożą tajemnicę. Wpatrywał się w postać Maryi; wchodził w misterium Niepokalanej, a przez to dotykał najgłębszej sprawy człowieka, którą jest grzech i łaska, upadek i powstanie, klęska i zwycięstwo. Zwycięstwo odnoszone w Jezusie Chrystusie, zwycięstwo Jezusa Chrystusa w człowieku, zwycięstwo człowieka nad grzechem, nad wszystkimi jego konsekwencjami, przez Jezusa Chrystusa Maryja jest pełnią tego zwycięstwa. Maryja jest wzorem wszystkich, w których Jezus Chrystus to zwycięstwo odnosi. Jest ich wzorem i patronką.
    Z takiej to kontemplacji, z takiego zapatrzenia w Bogarodzicę zrodziła się nazwa Niepokalanów. Ta nazwa ma ogromne znaczenie. Mówi nam, że nie wystarczy tylko nowoczesny warsztat pracy technicznej, jeśli się nie stworzy nowoczesnego warsztatu pracy nad człowiekiem. Niepokalanów, to znaczy nowoczesny warsztat pracy nad człowiekiem. Do tego warsztatu nie wszedł Maksymilian sam; weszli z nim setkami jego bracia zakonni. Do tego warsztatu. zwłaszcza po jego wyniesieniu na ołtarze, wchodzimy w jakiś sposób wszyscy: do tego warsztatu pracy nad człowiekiem.
    Do tego warsztatu zaproszona jest w szczególny sposób młodzież. Bo właśnie Wy, w Waszym okresie życia, najbardziej zaczynacie odczuwać tę prawdę, że w człowieku jest dziedzictwo Adama; że trwają w nim skutki grzechu pierworodnego. Małe dzieciątko na rękach swojej matki jest jeszcze jakoś ochronione przed tą bolesną samowiedzą; jeszcze nie wie o sobie, bo je chroni jego matka od tych wszystkich prawd o grzechu, który drzemie w każdym człowieku. W miarę jak przybywa lat, zaczynają także dawać o sobie znać złe skłonności, wady główne; przychodzą upadki, łatwo zakorzeniają się nałogi.
    Młodość jest poligonem walki. Można od razu się poddać; pójść szeroką, wygodną drogą, o której mówi Pan Jezus, że wiedzie na potępienie. Ale to nie jest godne człowieka. Człowiek, kiedy widzi w sobie zarodki zła, musi podjąć walkę. Musi naprzód uwierzyć w to, że jego zło i słabość jest do przezwyciężenia; i musi chcieć zwyciężyć.
    I otóż właśnie tak szeroko sięga idea Niepokalanowa. Tak szeroko jest ona rozpostarta do wszystkich ludzi. Jest ona wymowna zwłaszcza dla młodzieży. Mówi ciągle tym pierwotnym doświadczeniem O. Maksymiliana Marii, który - jak każdy człowiek - nie był od początku święty; stał się świętym za cenę wielkiej pracy nad sobą. Natchnieniem do tej pracy, jej myślą przewodnią, a zarazem źródłem, z którego czerpał, była Niepokalana. Dzisiaj nam tak wspaniale mówi o potrzebie tej pracy liturgia słowa. Słyszymy podobieństwo do tego krzewu, który musi być oczyszczony, jeżeli ma przynosić owoc.

    Droga Młodzieży! Drogie Dzieci! Drodzy Rodzice!

     Nie ma innej drogi do szlachetnego człowieczeństwa, nie ma innej drogi do zdrowego społeczeństwa, jak to Chrystusowe oczyszczenie krzewu winnego. które się zaczyna od młodych lat. Trzeba je przyjąć, trzeba je podjąć, trzeba do niego przyłożyć rękę. To nam mówi Niepokalana.
    Dzisiaj do Niepokalanowa jest zaproszony poniekąd cały naród polski. Jest zaproszona zwłaszcza cała polska młodzież. Można powiedzieć więcej; jest zaproszona cała ludzkość, ażeby się wpatrzeć i wmyśleć w dzieło błogosławionego Maksymiliana Marii, w świętego naszych czasów, patrona naszej ziemi. Nie wystarczy budować nowoczesne warsztaty pracy technicznej - trzeba zbudować nowoczesny warsztat pracy dla człowieka i nad człowiekiem, bo on jest największą wartością. Ale to jest wartość trudna; trzeba ją wypracować na drodze wychowania, zmagania się z sobą - na drodze może i wielu cierpień oraz doświadczeń.
    My, którzy przybyliśmy w pielgrzymce do Niepokalanowa, chcemy tę prawdę wypowiedzieć całej naszej Ojczyźnie, a poniekąd całej ludzkości. Tę prawdę chcemy wypowiedzieć zwłaszcza naszej polskiej młodzieży. Jesteśmy bowiem świadkami wielkich zagrożeń. Płyną one z wad narodowych, które w naszej epoce zdają się w szczególny sposób odzywać na nowo. Ale płyną one także z poważnych błędów wychowania społecznego, wychowania rodzinnego, wychowania osobistego. Bo przecież człowiek nie może być tylko wychowywany przez drugich - musi także sam siebie wychowywać.
    W obliczu tego zagrożenia młodzieży polskiej nie tracimy nadziei. Ufamy, że te wielkie Boże siły, a także ta cała naturalna gotowość do dobra, która przecież w duszy każdego człowieka drzemie, to wszystko zwycięży.
    Modlimy się z młodzieżą i za młodzież - to znaczy modlimy się o przyszłość. Ogromnie ważne jest to Wasze zwycięstwo w perspektywie przyszłości i naszego narodu, i całej ludzkiej rodziny. Modlimy się o to zwycięstwo za wstawiennictwem błogosławionego naszego rodaka. Modlimy się do Niepokalanej i modlimy się z Nią. Niech zwycięża w duszy każdego Polaka, w duszy każdego chłopca, każdej dziewczyny, na naszej ojczystej ziemi. Nie ma innej drogi do prawdziwego zwycięstwa człowieka, jak tylko Jezus Chrystus. Niech zwycięża nad człowiekiem, ale niech przez Niego zwycięża człowiek, tak jak zwyciężył kiedyś nad człowiekiem: nad młodym człowiekiem, Maksymilianem Marią (przed tym Rajmundem - imię chrzestne). Ale przez to zwycięstwo nad Rajmundem zwyciężył człowiek: zwyciężył Maksymilian Maria. Zwyciężył tutaj w polskim Niepokalanowie, potem w japońskim - zwyciężył w więzieniu na Pawiaku w Warszawie. Wreszcie największe zwycięstwo odniósł w obozie oświęcimskim.
    W ciągu tego roku, po beatyfikacji naszego rodaka, pragniemy chodzić po wszystkich śladach tych jego zmagań, tych jego zwycięstw, które odnosił przez Niepokalaną. Pragniemy przy końcu tego roku, w dniu 15 października, dotrzeć do Oświęcimia, gdzie zostało odniesione ostateczne zwycięstwo. To zwycięstwo jest również owocem Niepokalanowa. Tam w Oświęcimiu ostatecznie zwyciężył Chrystus przez Niepokalaną: zwyciężył w człowieku. I dzięki temu tak wielkie zwycięstwo odniósł człowiek, że o tym musi mówić dzisiaj cały świat: głosi to przez usta Następcy Piotra cały Kościół.
    Cały świat widzi w tym oświęcimskim zwycięstwie O. Maksymiliana Marii, naszego rodaka, wielki znak nadziei. Bo przecież w tych czasach, w których powstają tak wspaniałe warsztaty pracy, przemysłu, techniki i cywilizacji, jest sprawą ogólnoludzką, ażeby człowiek nie został pokonany. Dlatego też z radością witamy ten znak zwycięstwa człowieka w duchu miłości, zwycięstwa nad nienawiścią. Witamy ten znak przewagi miłości nad nienawiścią w czasach, w których nienawiść okazała się niestety tak potężna.
    Ufamy, że za tym znakiem pójdzie człowiek, rodzina ludzka, społeczeństwa, narody - nasz naród; że miłość okaże się silniejsza od nienawiści. Ufamy, że za sprawą Niepokalanej to zwycięstwo odniesie Jezus Chrystus w naszym, a nade wszystko w przyszłym pokoleniu: w tej młodzieży, o którą tak bardzo się modlimy i za którą tak bardzo się modlimy, żeby zrozumiała całą wymowę Niepokalanowa i Oświęcimia, żeby zrozumiała ten wielki znak, który daje Opatrzność Boża naszym czasom, naszej epoce, naszemu pokoleniu, w postaci błogosławionego O. Maksymiliana Marii. I żeby ten znak do końca, nie powierzchownie tylko, odczytała.
    Dlatego zebraliśmy się tutaj dzisiaj jako pielgrzymi; o to właśnie się modlimy. Dlatego otaczamy ten ołtarz przy którym kapłani - pod przewodnictwem biskupa sprawują Najświętszą Ofiarę. Niech wymowa tej Ofiary, tej modlitwy Jezusa Chrystusa, będzie dla nas przynajmniej w cząstce taka, jaką była dla naszego Rodaka. Niech z niej płynie to wielkie duchowe zwycięstwo w Jezusie Chrystusie, bez którego nie ma nigdzie i nigdy, i w nikim, prawdziwego zwycięstwa człowieka. Amen.

  • 1972-08-14 Kardynał Wojtyła - liturgiczne wspomnienie bł. Maksymiliana w byłym obozie oświęcimskim

    Zwycięstwo ducha nad ciałem

    Kazanie wygłoszone przez ks. kard. Karola Wojtyle dnia 14.08. 1972r. w byłym obozie oświęcimskim, w liturgiczne wspomnienie bł. Maksymiliana.

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Trzydzieści jeden lat temu za tą ścianą, przy której teraz stoimy, skonał z głodu Człowiek – jeden z wielu ludzi, którzy w owych czasach tak konali. Konał śmiercią głodową Polak, jeden z wielu Polaków, którzy ginęli w tym obozie zagłady. Konał Kapłan, Syn św. Franciszka, jeden z wielu kapłanów, kapłanów polskich, którzy życie swoje ponieśli w ofierze w czasie tego straszliwego doświadczenia całego narodu i ludzkości.

    Było to tak jak dziś: 14 sierpnia, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej. I była to przedziwna śmierć. Chociaż jedna z wielu, to przecież jedyna, niezwykła. Ten Człowiek ginący z głodu tutaj w bunkrze śmierci – za tą ścianą, przy której stoimy – śpiewał. A do tego bunkra poszedł z własnej woli; sam zapragnął tam pójść, ażeby zastąpić w tym doświadczeniu śmierci głodowej swojego rodaka, ojca rodziny. Wystąpił z szeregu i prosił, podczas apelu, ażeby mógł pójść za niego. Kiedy mu zostało to zezwolone, traktował to jako wielką łaskę. Poszedł więc za ojca rodziny zginąć śmiercią głodową.

    I poszedł także po to, ażeby być razem z wszystkimi, którzy będą tę śmierć głodową ponosili, w bunkrze głodu umierali; ażeby ich podnosić na duchu wówczas, kiedy będą słabły i obumierały ich ciała.

    To miało miejsce tutaj. Na tym miejscu, na którym teraz stoimy, trzydzieści jeden lat temu. I była to dziwna śmierć, niezwykła. Potwierdziło się w niej szczególne prawo ducha ludzkiego, który jest silniejszy od ciała, który odnosi zwycięstwo nad śmiercią, kiedy jest przeniknięty duchem Bożym. Potwierdziło się w tej śmierci zwycięstwo miłości nad nienawiścią. Człowiek, który tutaj oddawał ducha w wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej, oddawał go za brata; kładł życie za brata – tak, jak słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii słowa Chrystusa.

    I Człowiek ten zstępując w ciemności śmierci wszedł w pełną światłość; swoją śmiercią potwierdził prawdę, która przyniosło i wypróbowało chrześcijaństwo – prawdę, że chwila śmierci jest chwilą narodzin. Nie umierał, gdy umierał, ale się rodził. A rodząc się w tej swojej śmierci, dawał świadectwo życia, które jest wyższe od śmierci człowieka i od życia człowieka na tej ziemi.

    Tak umierali kiedyś na arenach rzymskich męczennicy, takie zostawili świadectwo. I Kościół w tym ich świadectwie w szczególny sposób odnalazł swoje macierzyństwo. Poczuł się Matką, która rodzi do życia wiecznego swoje ziemskie dzieci.

    O. Maksymilian Maria Kolbe w naszej epoce przywrócił Kościołowi tę szczególną świadomość macierzyństwa, bo pozwolił mu w dniu 14 sierpnia 1941 r. przeżyć narodziny dla nieba jednego ze swoich synów. To wszystko miało miejsce jeszcze niedawno, w naszym pokoleniu – nie tylko w naszym stuleciu. Stoimy tutaj na miejscu pierwszego z błogosławionych – a ufamy, że w niedługim czasie i świętych – Polaków naszego stulecia, naszego prawie pokolenia; prawie że jesteśmy jego rówieśnikami.
    Zwykle na beatyfikację i kanonizację sług Bożych czeka się długo. Tym razem czekaliśmy krotko. Minęło 30 lat i w dniu 17 października 1971 r. Ojciec Święty Paweł VI swoją najwyższą, apostolską powagą i w sposób szczególny, w czasie Najświętszej Ofiary przez siebie sprawowanej, ogłosił Kościołowi i światu, ze syn polskiej ziemi, kapłan zakonu św. Franciszka, O. Maksymilian Kolbe, należy do grona błogosławionych.

    Kiedy wiec dzisiaj tutaj przybywamy, wszyscy musimy przeżywać szczególne wzruszenie. Nieraz tutaj już przybywaliśmy, nieraz wstępowaliśmy do jego celi, do tego bunkra śmierci głodowej. Dzisiaj przybywamy po raz pierwszy, ażeby w dniu, który Kościół wyznaczył na jego święto, modlić się już nie tylko o jego wyniesienie na ołtarze, ale modlić się do wyniesionego na ołtarze; modlić się za jego pośrednictwem do Boga w Trójcy Świętej Jedynego.

    Ojciec Święty Paweł VI wyznaczył dzień 14 sierpnia, dotychczasową wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej, a zarazem dzień śmierci O. Maksymiliana, na dzień jego święta. Dzisiaj tutaj po raz pierwszy to święto obchodzimy. Po raz pierwszy sprawujemy Najświętszą Ofiarę, w której Kościół cały, a zwłaszcza Kościół w Polsce, modli się do niego i przez niego do Boga w Trójcy Przenajświętszej.

    Drodzy Bracia i Siostry, jest to wielka chwila, jest to szczególna modlitwa. Wigilia Wniebowzięcia Matki Bożej rodzi w naszych sercach szczególne skojarzenia z całym życiem tego Błogosławionego, który tak bez reszty, bezgranicznie zawierzył Niepokalanej. To właśnie Ona jakby wybrała ten dzień, przeddzień swojego wniebowzięcia, ażeby go zabrać z tego świata, i żeby zrodzić go – Ona, umiłowana Matka – dla Boga, dla wieczności.

    My więc, którzy dzisiaj otaczamy ten ołtarz, a zarazem tamten ołtarz, tamten ołtarz w głębi bloku śmierci, my, którzy otaczamy ten ołtarz – ten i tamten – przeżywamy głęboko tajemnicę świętych obcowania; niejako ‘dotykamy’ całym naszym istnieniem Świętego, który tutaj się narodził.

    Pragniemy w tej Najświętszej Ofierze podziękować Niepokalanej; podziękować przez Nią Chrystusowi Panu za to, że dał nam tego Błogosławionego, tego Świętego naszych czasów, naszego pokolenia, naszego wieku. Tego Świętego, który nosił najstraszliwsze ciężary naszej epoki, całe upokorzenie współczesnej ludzkości, cała klęskę swojego narodu. W tym doświadczeniu nie złamał się, bo siła ducha, moc wiary i potęga miłości pozwoliła mu odnieść zwycięstwo nie tylko dla siebie, ale i dla nas. Żebyśmy się nie czuli pokonani, my, Polacy, my, kapłani; nie tylko dla nas – dla całej ludzkości, ażeby nie czuła się pokonana własnym okrucieństwem, tym straszliwym obozem śmierci!

    Dlatego też przy tym ołtarzu, za pośrednictwem bł. Maksymiliana Marii, naszego rodaka, brata w kapłaństwie, będziemy modlić się i za Ojczyznę naszą, za cały naród polski i za całą ludzkość, za Kościół święty, za Najwyższego Pasterza, który wyniósł do chwały błogosławionych O. Maksymiliana Marię w ubiegłym roku.

    Niech ta pierwsza modlitwa i pierwsza Najświętsza Ofiara, którą składamy w dniu jego święta, będzie szczególnym źródłem błogosławieństwa i łaski dla nas tu zgromadzonych i dla wszystkich, których w tej modlitwie i w tej Ofierze pragniemy duchem objąć.

    Amen.

  • 1972-10-26 Kardynał Wojtyła – Uroczystości w Oświęcimiu-Brzezince w pierwszą rocznicę beatyfikacji o. Maksymiliana Marii Kolbego


    Wywiad z Ks. Kardynałem w dn. 26 października 1972 r.

    Radio Watykańskie: Księże Kardynale, uroczystości ku czci Błogosławionego Ojca Maksymiliana Marii Kolbego, odbywające się na całym świecie, a przede wszystkim w Polsce, osiągnęły swój szczyt w imponującym nabożeństwie w Oświęcimiu-Brzezince. Prosimy eminencję, jako Gospodarza tych uroczystości, o kilka słów na ten temat.

    Ks. Kardynał: Niewątpliwie były to uroczystości wyjątkowe: myślę, że niepowtarzalne. Wśród bloków obozowych, sieci drutu kolczastego i dymiących krematoriów, na tle wielkiej figury Błogosławionego Kolbego i jeszcze większego Krzyża, wzniesiono ołtarz, który otoczyła prawie półmilionowa rzesza wiernych, przybyłych z całej Polski, i delegacje z różnych krajów. Dzień był ponury, chwilami nawet mżyło. Ci, co przeżyli obóz i uczestniczyli w nabożeństwie mówili, że ta ponurość przypominała tamte niekończące się dni. Mszy św. koncelebrowanej z byłymi więźniami przewodniczył Ksiądz Kardynał Jan Król, nasz rodak spod Limanowej, obecnie Arcybiskup Filadelfii i przewodniczący Konferencji Episkopatu Katolickiego Stanów Zjednoczonych. Ogromne wrażenie zrobiło na nas podziękowanie, jakie wypowiedział Bogu Wszechmogącemu Gajowniczek, za którego Ojciec Kolbe ofiarował się właśnie w tym obozie. Uczestnictwo zaś w uroczystościach dwóch kardynałów z Rzymu, a mianowicie Kardynała Pawła Bertoli, Prefekta kongregacji dla Spraw Świętych, i Kardynała Jana Wrighta, Prefekta Kongregacji dla Spraw Duchowieństwa, złączyło nas jeszcze bardziej ze Stolicą Apostolską oraz z osobą Ojca Świętego Pawła VI, który wyniósł na ołtarze Ojca Kolbego za życia pokolenia, w którym żył Błogosławiony. Uderzyło nas jeszcze jedno: tajemnicza, prawie mistyczna cisza tej półmilionowej rzeszy pielgrzymów i uczestnictwo we Mszy św. pełne religijnego przejęcia. Wystarczy stwierdzić, że kilkudziesięciu kapłanów rozdawało Komunię św.

    Uczestnictwo trzech kardynałów zagranicznych i wielu delegacji nadało uroczystości charakter międzynarodowy. Czy tak?

    To była pierwsza próba okazania Kościołowi i powszechnemu wartości Kościoła Polskiego: wartości wiary i modlitwy, ale także wartości prześladowania – męczeństwa i krwi, w czym uczestniczyły tysiące kapłanów; Błogosławiony Maksymilian jest jakby ich przedstawicielem i zarazem symbolem tej trudnej wartości.

    Biorąc pod uwagę obecność w czasie uroczystości trzech kardynałów z zagranicy oraz wielu delegacji z różnych krajów, można powiedzieć, że były to uroczystości o charakterze międzynarodowym. Jak w tej relacji widzi Eminencja Kościół Polski?

    (...) Miało się wrażenie, jakoby ta półmilionowa rzesza wiernych, zgromadzonych przy ołtarzu Pańskim na terenie byłego obozu Oświęcim-Brzezinka, wyrosła z prochów męczenników XX wieku pomordowanych w obozach śmierci, bo „krew  męczenników jest zawsze posiewem nowych chrześcijan”.

    I  jeszcze jedno pytanie: jakie znaczenie ma beatyfikacja Ojca Kolbego i uroczystości ku Jego czci dla świata?

    Ojciec Kolbe to przede wszystkim „ZNAK WIARY” na nasze czasy. Ten skromny kapłan-zakonnik franciszkański wyniesiony na ołtarze z prochów krematorium świadczy, jak to podkreślił Kardynał Wright, że istnieje Bóg, ale także i szatan, życie – ale i śmierć, łaska, światłość wiary i ciemności bezbożnej ideologii. Świadczy także o potędze miłości, zaszczepionej przez Boga w sercu człowieka, który zdolny jest poświęcić własne życie za brata, za jego wolność na wzór Mistrza z Nazaretu. Historia Ojca Kolbego to także memento dla naszych czasów: nie można w imię żadnej ideologii, systemu czy organizacji deptać, poniżać i unicestwiać godności, stworzonej na obraz Boży i powołanej do życia w sprawiedliwości, w wolności, miłości, szczęściu i pokoju.

  • 1979-05-08 Komitet Centralny Katolików w Niemczech - GŁÓWNE PROBLEMY TEOLOGICZNE W DIALOGU ŻYDOWSKO-CHRZEŚCIJAŃSKIM

    GŁÓWNE PROBLEMY TEOLOGICZNE
    W DIALOGU ŻYDOWSKO-CHRZEŚCIJAŃSKIM

     

    t140d

    Dokumentacja grupy roboczej "Żydzi i Chrześcijanie" przy Komitecie Centralnym Katolików Niemieckich zatwierdzona i do druku oddana przez prezydum ZdK dnia 24.04.1979 r. Wydanie Głównego Zarządu Komitetu Centralnego Katolików Niemieckich. Hochkreuzallee 246,5300 Bonn 2, tel.0228 31 60 56, telex 172 283 zdk d, teletex 228 37 48, telefax 0228- 38 44 01

    Przedstawiona poniżej dokumentacja posiada charakter teologiczny. Opracowana została przez grupę roboczą "Żydzi i Chrześcijanie" przy Komitecie Centralnym Katolików Niemieckich i stanowi milowy krok w procesie dialogu żydowsko-chrześcijańskiego. Dokumentacja ta odzwierciedla przebieg rozmów obu stron, żydowskiej i chrześcijańskiej, rozmów, w których obie strony czerpały ze źródeł podstawowych i istotnych. Podczas rozmów uświadomiono sobie, że korzenie, z których wyrosła i ukształtowała się tożsamość partnerów dyskusji oraz refleksja nad tymi sprawami muszą koniecznie zostać podkreślone i szczególnie uwydatnione. W toczącym się dialogu podjęcie tego tematu jest sprawą nieodzowną.  

    W dokumentacji znalazły odzwierciedlenie treści rozmów i sposób ich prowadzenia. Poruszono nie tylko sprawy peryferyjne, ale dotknięto spraw dla obu stron ważnych. Wyszliśmy poza granice takich tematów jak przypomnienie ogromu win, narosłych szczególnie w ostatnich dziesięcioleciach wspólnej historii i ciążących nadal i stanowiących przeszkodę w rozwoju normalnych stosunków międzyludz­kich. W naszych rozważaniach dotarliśmy do wspólnych źródeł naszej wiary i wspólnego dziedzictwa kształtowanego przez tysiąclecia. Wskazaliśmy na zbieżność zadań ważnych dla przyszłości, przy czym różnice w motywacji partnerów i różnice w wierze nie były przedmiotem refleksji. Współczesny judaizm, jak i współczesne chrześcijaństwo łączą wspólne więzy posiadające swe źródło w wierze, choć istotna treść wiary wyznawanej przez obie strony jest różna. I właśnie w tych rozmowach, w tym dialogu udało się uczestnikom obu stron jednocześnie rozpoznać i wyartykułować to, co dla strony żydowskiej jak i chrześcijańskiej jest istotne i stanowi o ich tożsamości. Przekonaliśmy się, że rozmowy strony żydowskiej z chrześcijańską mimo istniejących i jeszcze niewypowiedzianych różnic, o których należy także rozmawiać z całą otwartością, bez uników i rozmywania treści, są nieodzowne i nie dadzą się niczym zastąpić. Rozmowy służą umacnianiu tożsamości, którą należy bezspornie respektować u wszystkich partnerów. Następnym krokiem i zadaniem jest przetransponowanie tej myśli poza ograniczony krąg osób zainteresowanych i wprowadzenie do powszechnej praktyki wierzących, do centralnych ludzkich spraw tego świata. Przedstawiona tu dokumentacja czyni więc w tej sprawie pierwszy krok.

    Aachen, dn. 24.04.1979

    Biskup Klaus Hemmerle
    asystent kościelny przy Komitecie Centralnym Katolików Niemieckich

     


    GŁÓWNE PROBLEMY TEOLOGICZNE W DIALOGU CHRZEŚCIJAŃSKO – ŻYDOWSKIM

    I W poszukiwaniu dialogu

    1.                  Żydów i chrześcijan łączą wspólne, ścisłe więzy oraz wspólne źródła nadziei: Bóg Izraela, obdarowujący ludzkość darem Łaski. Łączy ich także wspólne oczekiwanie na wypełnienie się nadziei i przyjście panowania Bożego.

    Żydzi i chrześcijanie, za przyczyną tego, co zesłał im Bóg, i za sprawą wspólnej egzystencji na tym świecie, zostali wezwani do dawania wspólnie świadectwa. Żydzi i chrześcijanie wierzą, że nie tylko ich wezwał ożywiający Bóg, ale wezwał wszystkie narody, do szukania w Jeruzalem Życia, Domu i Pokoju (por.Iz. 2,1-5; Iz. 60). 

    A wtedy, gdy wyruszą w drogę do Jeruzalem, miasta wiernego i sprawiedliwego (Iz.1,26) zrozumieją zadany im obowiązek opowiedzenia wszystkim ludom o wyzwalającej mocy przymierza z Bogiem, który pragnie obdarowywać Życiem, Nadzieją i Przyszłością (por. Jr. 29,11). Wezwanie Boże wprzęgnie ich do wspólnej służby kształtowania świata, uczyni ich zwiastunami nadziei dla tych, którzy jej nie posiadają. To wezwanie jest zarazem sądem Bożym, uwalniającym od trwania w lęku i zwracającym ich wzrok ku innym niż jedynie ziemskim sprawom. Idąc za tym wezwaniem, powinni stawać się rzetelnymi i odważnymi rzeczni­kami sprawiedliwości Bożej i orędownikami Jego miłosierdzia.

    2.                  Podstawą nieprzemijającego obowiązku prowadzenia chrześcijańsko - żydowskiego dialogu jest przekonanie, że wszyscy objęci są wspólną, jedną troską i działaniem Boga Izraela, a bolesne doświadczenia najnowszej historii uświadamiają jak ważne jest obecnie pogłębienie i intensyfikacja wzajemnych rozmów.

    1900-letnia historia żydowsko - chrześcijańskich stosunków dokumentuje dzieje raz dokonanego podziału oraz jego zgubne i tragiczne skutki. Pamiętać trzeba, że szczytowym punktem podziału są okrutne wydarzenia zagłady oświęcimskiej, pozostające w ścisłym związku z całymi dziejami tego rozłamu. Zagłada oświęcimska, zamiar całkowitego wyniszczenia narodu żydowskiego przez dyktaturę hitlerowską jest kulminacją tego faktu.

    Żydzi i chrześcijanie zawdzięczają swe istnienie Objawie­niu Boga Izraela. Wzajemne zainteresowanie judaiz­mu i chrześcijaństwa, mając charakter duchowy, budzi się i stale wzrasta. Tym samym, staje się wyrazem wyznawania tego samego Objawienia. Zainteresowanie to jest więc samo przez się, aktem chwały Boga.

    Przetrwanie ludzkości, a do tego w warunkach godnych człowie­ka, jest obecnie wystawione na ciężką próbę. Dlatego tak nieodzowne jest dawanie świadectwa, wspólnego świadectwa wyznawców judaizmu i chrześcijaństwa. A znakiem tego świadectwa może być torowanie konkretnych szlaków w drodze do sprawie­dliwości i do Zbawienia.

     

    II Dialog żydowsko-chrześcijański i jego uwarunkowania

    Żydzi i chrześcijanie zachowują własną tożsamość.

    Gdyby nie wspólna, Żydom i chrześcijanom na równi dana podsta­wa i skarb ich życia - Biblia - zabrakłoby koniecznego fundamentu do prowadzenia rozmów. Wartością wspólną i nieocenioną jest wiara w uświęcającego i zbawiającego Boga. Tora przekazując jednocześnie życiodajne wskazania opowiada o Jego bliskości, której tak namacalnie doświadczyli ojcowie wiary. Wartością jest także wsłuchiwanie się w Słowo Boga królującego nad narodem, biorącym od Niego swe imię, zgodnie z przepowiednią proroków. Wartością jest wierność Bogu przez umiejętność doświadczenia Jego bliskości i Jego oddania, wierność Bogu, którego wychwa­lali modlący się psalmiści, wypominając dług wierności w chwilach rozpaczy i zwątpienia. Wartością jest zaufanie Bogu­ – Stworzycielowi, o którego dobroci mówią mędrcy w przypowieściach i rozważaniach. Żydzi i chrześcijanie dają świadectwo tym wartościom uczestnicząc w nabożeństwach i w życiu powszednim, każdy na własny sposób. W tym momencie w dialogu żydowsko - chrześcijańskim  dają o sobie znać znamienne jego trudności dotyczące pytania czy i w jakim stopniu wspólny przekaz biblijny może być uzasadnieniem wspólnoty w życiu? Aby dać na to pytanie rzeczową odpowiedź, trzeba przemyśleć kwestie fundamentalnych uwarunkowań dialogu chrześcijańsko - żydowskiego.   

    1                    Nie ulega wątpliwości, że zarówno chrześcijanie jak i Żydzi winni wzmóc swe wysiłki w kierunku coraz lepszego poznania i wzajemnego zrozumienia. W świadomości przedstawicieli obu religii funkcjonuje błędny obraz utrwalony przez historię lecz nieprzystający do obecnej sytuacji i wymagający korekty. Skorygowanie tych stereotypów może nastąpić poprzez spotkanie obu stron, by w świetle wspólnej nadziei jedni drugim mogli objaśnić siebie. Poprzez powrót do wspólnych źródeł, umieli opowiedzieć o swej własnej drodze.

    Nie wolno ograniczyć się do tylko pewnego rodzaju taktyki, a spotkanie nie może polegać na wzajemnym studiowaniu siebie. Co więcej, każdy z uczestników dialogu musi poczuwać się do obowiązku wyjścia naprzeciw drugiego i spróbować przekazać partnerom ważne i istotne dla niego sprawy w sposób jasny, zrozumiały i oczywisty. I może się zdarzyć, że za przyczyną tej jednej, wspólnej nadziei, każdy rozwinie talent, posiądzie umiejętność i gotowość słuchania innych. Dzięki otwarciu się na siebie, przedstawiając z zaufaniem sprawy dla siebie ważne i istotne, obie strony dialogu, będą zdolne do dania świadectwa, do którego powołał ich Bóg. 

    2. Powodzenie dialogu żydowsko - chrześcijańskiego jest uwarunko­wane jeszcze przez kilka innych względów. Co zechcą chrześcijanie dostrzec w judaizmie, czy jedynie pomnik ich własnej przeszłości, czasy Jezusa i apostołów?

    Dialog nie będzie miał żadnych szans powodzenia, jeśli uczestnicy ze strony żydowskiej nie docenią i nie dostrzegą w istotnych, należących do religii chrześcijańskiej elementach judaizmu, niczego innego jak faktów pozostałych z dawnych dziejów, dawnych wspólnot chrześcijańskich, dzisiaj nie mających już racji bytu. W obu przypadkach widoczny jest brak dostrzeżenia teraźniejszej, współczesnej egzystencji partnera. Partner służy w takim wypadku za lustro, w którym chętnie postrzega się jedynie własną przeszłość.

    Dostrzeżenie egzystencji partnera we współczesności jest nieodzo­wnym warunkiem każdego dialogu. Stronie żydowskiej nie może wystarczyć w rozmowach z chrześcijanami doświadczenie respektu ich przeszłości starotestamentowej. Żydzi nie mogą pozwolić na traktowanie siebie jako żyjącego świadectwa tzw. Starego Testamentu i pierwotnych wspólnot. Także i odwrotnie, strona chrześcijańska nie powinna przystać na to, aby partnerzy żydowscy poprzestali na wierze, że to jedynie oni mogą wnieść istotne treści do wiary chrześcijan, podczas gdy to, co chrześcijanie mogą przekazać Żydom w sprawach wiary, dla Żydów nie posiada istotnego znaczenia. Z doświadczeń rozmów ekumenicznych, wewnątrzchrześcijańskich wynika, że dialog chrześcijańsko - żydowski może się udać i ma rację bytu, jeśli strony partnerskie nauczą się bacznie wsłuchiwać w kierowane do nich słowa i odczytywać je jako znak świadectwa drugich, ważny także dla pogłębienia i wyklarowania własnych relacji wobec Boga. Widoczna jest tu więc także korzyść własna.

    3. Nad dialogiem żydowsko - chrześcijańskim ciąży balast histo­rii, która jeśli nie w całości, to przynajmniej w pewnej częś­ci i w wybranych aspektach stanowić może przyczynek w procesie przygotowania dróg ku pojednaniu. Warunkiem jest jednak uznanie tej historii za wspólną, nadal aktualną i przeżywanie jej bardzo świadomie. Dlatego jeśli chrześci­janin w liturgii wielkanocnej prosi w modlitwie o dostąpienie "godności Izraela" dla wszystkich narodów, to pamiętać przy tym musi, że lud Izraela żyje po dziś dzień i jest nosicie­lem tej "godności Izraela."

    Kościół katolicki określający siebie mianem "ludu Bożego” musi pamiętać, że obecna egzystencja narodu żydowskiego jest wymownym świadectwem kontynuacji i ciągłości tego narodu wybra­nia, dowodem wierności Bożej. Wybrany raz naród żydowski nie przestał być narodem wybranym, bo Bóg nie odwołał tego wybrania. Owo wybranie stanowi o tym, że Bóg stał się Bogiem Izraela, a Izrael Jego narodem. I tak chrześcijanin nie pojmie swego wybrania, nie zrozumie swej godności, jeśli nie uświadomi sobie i nie uzna godności i wybrania współcześnie żyjącego narodu żydowskiego. Z tego względu koniecznością staje się dla chrześcijanina poznanie wiary i życia partnerów dialogu ze środowiska żydowskiego, poznania na podstawie ich własnych wypowiedzi z ich własnych ust.  

    Żyd, nazywając siebie słusznie „synem Abrahama” musi pamiętać, choć może wyprzeć to ze swej świadomości, że nie tylko pierwsi chrześcijanie w dawnych czasach byli synami Abrahama, lecz i współcześnie żyjący chrześcijanie posiadają przywilej nazywania Abrahama swym ojcem, gdyż jest on ojcem wszystkich wierzących. Wspólnota żydowska żyje nadal w przekonaniu, że raz dana jej obietnica odnowy przymierza będzie dotrzymana: "Oto nadchodzą dni - wyrocznia Pana - kiedy zawrę z domem Izraela (i z domem judzkim) nowe przymierze. Nie jak przymierze, które zawarłem z ich przodkami, kiedy ująłem ich za rękę, by wyprowadzić z ziemi egipskiej" (Jr.31,31). Wspólnota żydowska powinna więc wiedzieć, że chrześcijanie zawdzięczają swe istnienie powołaniu przez Boga w „nowym przymierzu". Żyd w peł­ni nie zrozumie, jak mógł Abraham zostać "ojcem wielu narodów", jeśli nie przyjmie do wiadomości faktu wiary współczesnych chrześci­jan i nie postara się tej wiary zrozumieć. Poznaniu temu sprzyjać będzie zainteresowanie wiarą i życiem chrześcijan, o którym usłyszy z ich własnych słów, z ich własnych objaśnień. W ten bowiem sposób zagwarantowana zostanie wiarygodność tych wyja­śnień.

    4. Innym ważnym aspektem jest wspólnotowy charakter historii. Realizuje się on w ciągu stałych powiązań i relacji uczestników, współtwórców tej historii. Uświadomienie sobie faktu owych więzi i ich znaczenia sprawi, że partnerzy dialogu ujrzą w tym szansę na objęcie odpowiedzialnością wszystkich biorących udział w rozmowach. Umożliwi to każdemu z osobna danie świadectwa i opowiedzenia o sposobie rozumienia wielkich dzieł Bożych, które decydująco zaważyły na kształtowaniu się tożsamości, raz Żyda, raz chrześcijanina w ich różnej egzystencji.

    Życie z wiary, czerpanie ze źródeł egzystencji, z duchowego cen­trum jest zarówno dla wspólnot żydowskich jak i chrześcijańskich, nieustannym dawaniem świadectwa. Świadectwo to będzie miało wartość niezastąpioną wszędzie tam, gdzie życie wspólnoty jest dawaniem świadectwa o wielkich dziełach Bożych oraz dla czerpiących z tych samych źródeł prawd, choć wierzących inaczej. Ludzie wierzący, zaniedbujący obowiązek dawania wzajemnie świadectwa, choćby i czerpali z tych samych źródeł wiary, staną się wobec siebie winni. 

     

    III. Główne tematy dialogu

    1. Wspólna droga Żydów i chrześcijan.

    W dialogu chrześcijańsko - żydowskim obie strony znajdują się w sytuacji o tyle dobrej, że partnerzy prowadzonych rozmów są oso­bami wierzącymi, a wspólnym celem ich drogi jest zbawcze pano­wanie Boże. Żydzi i chrześcijanie przyznają, że zostali wezwani przez Boga i pragną na dany im poprzez Łaskę wybrania dar rozpoznawania woli Bożej, odpowiedzieć miłością z całego serca, z całej duszy, całą mocą i umysłem. Zgodność ta jest niezmiernie ważna dla wspólnego działania w świecie. Już sam fakt tej zgodności ma swą wartość, nie jest jednak wystarczający, ponieważ istotną sprawą jest ustalenie stopnia i miary tej zgodności. Ustalenia te są niezmiernie ważne w tym miejscu, w którym istniejący już konsens nas łączy, ale i korzenie rozbieżności biorą z niego swój początek. Celem drogi chrześcijan jest doświadczenie zbawczej mocy Boga. Mówi o tym przekaz Biblii Izraela, a także osoba Jezusa, który był Żydem. I ta funkcja osoby Jezusa jest decydująca, bowiem On nie tylko dzieli lecz i łączy. 

    To właśnie dzięki Jezusowi, który był Żydem, może także obecnie przemawiać do współczesnych chrześcijan Tora i spełniać wśród nich właściwe jej zadanie. To osoba Jezusa sprawia, że Tora za Jego pośrednictwem, może przekazywać obietnicę i przyrzeczenie Boże oraz wszystkie wskazania i nakazy do realizowania w ży­ciu dnia powszedniego. Żyd natomiast może darzyć Torę miłością bez poznawania osoby Jezusa, gdyż wraz z przyjściem na świat, przynosi on tę miłość ze sobą. Jeśli żydowscy uczestnicy rozmów uznają, że w chrześcijaństwie dadzą się odczytać czyny i działanie Boże, które i dla Żyda, choć obrał inną drogę z woli Bożej, są nie bez znaczenia, wtedy wszelkie rozmowy żydowsko - chrześcijańskie osiągną przypisywaną im ważność i powagę. Słusznie więc pytają chrześcijanie, czy żywotna obecność istotnych elementów żydowskich w nabożeństwach chrześcijańskich i w głoszonych prawdach wiary, w chrześcijańskim odczytaniu Pisma św. i w chrześcijańskiej teologii nie mogły wzbudzić wśród Żydów zainteresowania życiem i wiarą partnerów chrześcijańskich. Zainteresowania wychodzącego poza granice jedynie zdystansowanego przyjmowania do wiadomości. Chrześcijanie natomiast muszą się zgodzić z faktem i uznać to, że zainte­resowanie się judaizmu chrześcijaństwem może być umotywowane „wolą królestwa niebieskiego” i nie będzie prowadzić do przyjęcia wiary chrześcijańskiej. Franz Rosenzweig, żydowski filozof religioznawstwa (1886-1929) brał pod uwagę możliwość zainteresowania się judaizmu chrześcijaństwem i wyjaśniał zrozumienie motywacji tegoż zainteresowania. Mówił: „Czy Jezus był Mesjaszem, okaże się wtedy, gdy Mesjasz przyjdzie”. Z wieloznaczności tej wypowiedzi nie należy jednak wnosić, że z kontynuacją żydowsko - chrześcijańskiego dialogu, z dyskusją o Nadziei, która łączy i pytaniem o Mesjasza, który dzieli, czekać należy do ”sądnego dnia”. 

    Już choćby wzajemna wymiana pytań, może choć po części, spełnić korzystną funkcję, jeśli okaże się, że stoi za nią uznanie i akce­ptacja odmiennej drogi ku Zbawieniu. Żydzi mogą bowiem przyz­nać z uznaniem, że dla chrześcijan właśnie Jezus stał się drogą prowadzącą do Boga Izraela. Jednakże uznanie wartości tej drogi, będzie uzależnione od tego, czy chrześcijanie wierząc w Zbawienie, które przyszło za pośrednictwem Mesja­sza Bożego jako dar, znajdą dość siły skłaniajacej a nie odstraszajacej do podjęcia obowiązku czynnej służby na rzecz sprawiedliwości i pokoju. Jezus będzie dla chrześcijan wypeł­nieniem Obietnicy i Prawa tylko wtedy, gdy zechcą oni pójść Jego śladami i z całą gotowością, ze względu na „Królestwo Niebieskie”, naśladować Go w życiu, pamiętając o słowach: "Nie każdy, kto Mi mówi: Panie, Panie! wejdzie do Króles­twa Niebieskiego, lecz ten, który spełnia wolę mojego Ojca, który w nie­bie” (Mt. 7,21). W dialogu żydowsko - chrześcijańskim dostrzeżenie w drodze partnera wartości jest ściśle związane ze sposobem traktowania osoby Jezusa i z różnicą w Jego pojmowaniu, oraz z odpowiedzią na pytanie, czy jest Jezus Mesjaszem, czy nie. Różnice te nie wywierają jednak nacisku i nie zmuszają do zerwania klamry spinającej fundamentalne treści Bożego wezwania i woli Bożej, tak wśród Żydów jak i chrześcijan. I dlatego ważne jest respektowanie zasady nie nakła­niania do sprzeniewierzenia się wołaniu Bożemu, skierowanemu w jednakim stopniu do członków wspólnoty żydowskiej jak i chrześ­cijańskiej. O przestrzeganiu tej zasady nie mogą decydować względy taktyczne. W wyborze wyznania nie decydują względy humani­stycznej tolerancji i nie rozstrzyga zasada wolności. Zasada ta opiera się na najgłębszej podstawie, na wierze obu wspólnot, żydowskiej i chrześcijańskiej w jednego i tego samego Boga. Chrześcijanie nie mogą, choćby już ze względu na ich tożsamość religijną, zrezygnować z zaświadczania wobec Żydów prawdy o Jezusie Chrystusie. 

    Żydzi natomiast, także z powodu ich tożsamości religijnej nie mogą zrezygnować z podkreślania i zaświadczania prawdy, że Tora jest nadal żywa i w żadnym wypadku nieprzestarzała. W takim traktowaniu problemów zawarta jest nadzieja. Dawanie świadectwa przez jednych uczestników dialogu może w istotnej mierze wpłynąć na pogłębienie wierności wobec Boga u drugich oraz przyczynić się do wzrostu obopólnego zrozumienia. Błędem byłoby oczekiwanie na skorzystanie u partnera z możliwości cofnięcia raz danego przez niego słowa-przyrzeczenia i zaprzeczenia tym samym własnemu powołaniu.

    Chrześcijanie wierzą, że Jezus jest Mesjaszem, jak zapowie­dziano w Piśmie. Bóg Izraela chciał w ten sposób wyrazić swą bliskość. Bóg Izraela obdarzył chrześcijan bliskością zawierzając im Jezusa jako Brata i pozwalając na doświadczanie miłości Syna Bożego, zarazem Boga samego. Dlatego też znaczenie jakie chrześcijanie przypisują osobie Jezusa nie może się wyczerpy­wać w określaniu Go jako przykładu godnego do naśladowania.

    Co więcej, chrześcijanie pojmują i wyznają, że życie Jezusa, Jego śmierć i ponowne przyjście na świat są drogą, którą sam Bóg prowadzić chce ludzkość do zbawienia. W miłości Jezusa jest dość miejsca dla wszystkich. Chrześcijanie wierzą, że Bóg dał tego dostateczny dowód wywyższając Jezusa i zwracając Go tym samym w żywym darze. To wszystko, co w Jezusie odmienne wobec tego, co jedynie ludzkie i co już było, zanim przyszedł na świat, nie podlega żadnym pomiarom ilościowego wzrostu. Dostrzeganie w Jezusie jedynie reprezentanta pełniejszego i bogatszego człowieczeństwa prowadzi do błędnej konkluzji oraz do nieporozumienia wyrażającego się w przekonaniu, że chrześcijanie są ni mniej ni więcej jak tylko lepszy­mi Izraelitami.  

    Chrystologia mówiąca o Jezusie jako Synu Bożym, który stał się człowiekiem nie posługuje się tego typu miarami. W chrystologii zawarta jest nauka mówiąca, że celem jest wspól­nota z Jezusem poprzez dobrowolne przyznanie się do Niego w wie­rze oraz możliwość zrozumienia, że wszyscy, którzy dotknięci zostali miłością Bożą mają jednakową szansę pójścia wspólną drogą, zawsze dla nich otwartą. W ten sposób rozumując, chrześcijanie są gotowi zaakceptować sens słów Franza Rozenzweiga.  

    Żydzi pytają, czy poprzez wiarę, że Syn Boży stał się człowie­kiem, nie zostaje obalony obowiązek wyznania jedynego Boga Izraela, ściśle nakaza­ny do przestrzegania (por. Pwt 6,4-9). Chrześcijanie mogą odpowiedzieć na podstawie przekonania płyną­cego z wiary, że to właśnie Jezus jest pośrednikiem Boga Izraela i przedstawia samego Boga. Przyjście Boga na świat i wcielenie się w Jezusa Chrystusa jest niczym innym jak właśnie potwierdzeniem jedyności Boga, a nie jej zaprzeczeniem. To, że Bóg stał się czło­wiekiem znaczy, że Jedyny Bóg Izraela nie pragnie wyobcowania i izolacji, nie jest obojętny człowiekowi lecz zwrócony w stronę człowieka, dotknięty i przejęty ludzkim losem. Przytoczona tutaj charakterystyka Boga, którą znaleźć można także w Talmudzie i odczytać z tekstów Midraszim, stojących bez jakiegokolwiek związku z osobą Jezusa jest również akceptowana i podzielana przez żydowski rabinat. Rabinat żydowski podziela prawdę o jedynym Bogu Izraela, który nie tylko „gości i przebywa” w obszarze transcendencji, lecz pragnie być wśród swego prześladowanego i będącego w ciągłej potrzebie narodu, jako Zbawiciel, Pan, Ojciec, Towarzysz. Wszelkie rozmowy o Żywym Bogu Izraela są widocznym znakiem ludzkiej nadziei, także w toczącym się dialogu żydowsko - chrześcijańskiego.   

    2. Wspólna misja

    Pomimo wszystkich nieukrywanych różnic i podziałów, biorących swój początek z miejsca, z którego płyną źródła łączących więzi, wspólnym zadaniem jest dawanie świadectwa i podejmowanie działania w świecie. Poniżej zadania, których trzeba się podjąć z troską i powagą, dla dobra przyszłości.

    - Jak to się dzieje, że pomimo usiłowań całkowitego wyniszczenia narodu żydowskiego i mordu dokonanego na tym narodzie, nie wygasła i nadal jest żywa wiara w Boga? Skąd bierze się potrzeba i siła, aby złożyć przed Bogiem całą winę i ból, potrzeba silniejsza niż chęć zatarcia i stłumienia ich w pamięci.

    Jakie znaczenie dla obu stron i dla jakości kontaktów ma świadomość faktu eksterminacji Żydów europejskich, zrealizowanej niemalże w pełni i jakie znaczenie posiada fakt powsta­nia państwa Izraela?

    Jak to się dzieje, że w obliczu założenia państwa Izraela, wydarzenia posiadającego charakter centralny w najnowszej historii Żydów, sprostano jednocześnie zadaniu realizacji konkretnych działań politycznych. Zachowano przy tym odwieczną nadzieję na Zbawienie Boże nie posługując się religijnie podbudowaną ideologizacją polityki oraz odwrotnie polityzacją wiary.

    - Jakie znaczenie ma w obliczu świata politeistycznego (choć nie jest on nowością naszych czasów, jedynie bóstwa zmieni­ły swe imiona), że judaizm i chrześcijaństwo przyznają się do wiary w jednego i tego samego Boga ?

    Czy nie jest nieodzowną powinnością Żydów i chrześcijan żyjących na tym świecie, na którym toczą się wojny, w pierwszym rzędzie za przyczyną konfliktów wyznaniowych (słowo wyznanie da się zastąpić pojęciem ideologii), skupienie wspólnych wysiłków, by na podstawie prawdy o Objawieniu rozwinąć naukę i wiedzę o krytyce ideologii?

    - Czy wobec zatrważających stosunków panujących obecnie, sytuacji i zdarzeń na świecie, zagrażających przyszłym pokoleniom, wspólnoty chrześcijańska i żydowska zdobędą się jednocześnie na wysiłek dawania przykładu, jak należy żyć, tak by za­chęcić innych do życia w sprawiedliwości i wolności na wzór biblijny?

    - Wspólna podstawa prawdy o Objawieniu i przyjęte z tego tytułu wymogi, wspólne dla Żydów i chrześcijan, głoszą szacunek wobec życia drugich. Stąd wniosek, że obie strony wspólnie są w stanie sformułować i sprecyzować stanowisko w kwestii praw człowieka i poważania ludzkiej godności. W tym przypadku szczególnie ważne jest porozumienie w dziedzinie etyki nauk, etyki techniki i troska o kształtowanie przyszłości. Ludzie, którzy żyć będą po roku 2000 są również naszymi bliźnimi.

    - Żydzi i chrześcijanie wierzą, że został człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boże, pytanie polega na tym, czy potrafią oni wyciągnąć z tej wiary konkretne wnioski i jakie będą konsekwencje tych wniosków?

    Jakim zobowiązaniem zaowocuje wspólne przykazanie miłości bez granic (por. Ks. Kpł. 19,18 i Mk 12,30)?

    3. Kontrowersje dotyczące Prawa i Łaski muszą być przemyślane od nowa.

    Spotkania środowisk żydowskich i chrześcijańskich owocują rozmowa­mi, z których jasno wynika, że pytań po obu stronach nie brakuje, że wiszą wprost w powietrzu i domagają się odpowiedzi.

    Żydzi odeprą czyniony im przez chrześcijan zarzut "uspra­wiedliwienia poprzez uczynki” w sposób satysfakcjonu­jący chrześcijan jedynie wtedy, jeśli uznają jednocześnie płynące z tej po­stawy niebezpieczeństwa. Wiedzą bowiem, że ostrzeżenie przed uznaniem „usprawiedliwienia poprzez uczynki” należy również do ich własnej tradycji wiary. Tora reguluje wprawdzie życie ludzkie, lecz nie stoi jednak na przeszkodzie zdawaniu się na miłosier­dzie Boże. By lepiej i głębiej zrozumieć tą stronę życia wspólnoty żydowskiej, chrześcijanie mogą posłużyć się tekstami z nabożeństwa w Dni Pojednania, najważniejszego święta w żydowskim kalendarzu. 

    Chrześcijanie natomiast zdołają odeprzeć czyniony im przez Żydów zarzut ”zagubienia etyki”, jeśli przyznają, że dostrzegają niebezpieczeństwo wynikające z postawy sankcjonującej bierność oraz napiętnują jednoczesność powoływania się na dar „nadziei na Łaskę" i lekceważenia czynnej odpowiedzialności za świat. Przestroga przed taką postawą jest chrześcijanom znana z ich własnej tradycji wiary.

    Teksty Kościoła dotyczące relacji „wiary” i "uczynków” (por. Sobór w Trydencie) oraz wcześniejsze nawoływania św. Pawła do "wiary, która działa z miłości” (Ga 5,6) mogą służyć za przykład.

    Żydowska i chrześcijańska krytyka "usprawiedliwienia przez uczynki" oraz „radość z Prawa" (bo chrześcijanin jak powiada św. Paweł ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym" – Rz. 7,22) są ukierunkowane na wspólny cel jakim jest zachowanie umiejętności modlit­wy i zdolność wielbienia Boga. Dlatego warunkiem dialogu, tak ze strony żydowskiej jak i chrześcijańskiej jest wspólne wyznanie znane z porannej modlitwy żydowskiej: „Albowiem zanosimy swe modlitwy do Ciebie, opierając się nie na naszej sprawiedliwości, ale ufni w Twoje wielkie miłosierdzie" ( Da 9,18).

     

    IV Zakończenie

    Problemy i pytania uwzględnione w powyższym tekście są podstawą do zrozumienia, że dialogu żydowsko - chrześcijańskiego nie należy oddawać w ręce wybranych do tego celu specjalistów. Przedstawione tu problemy dotyczą tematów bardzo ważnych, jakimi jest chrześcijańskie i żydowskie poczucie tożsamości.

    Ponadto, powyższe rozważania mogą posłużyć innym, spoza kręgu bezpośrednio zainteresowanych, jako przykład w działaniu na rzecz porozumienia i pojednania międzywyznaniowego.

    Jako grupa robocza przy „Komitecie Centralnym Katolików Niemiec­kich" apelujemy do wszystkich osób odpowiedzialnych za kształ­cenie osób duchownych, księży, pracowników pastoralnych, przedstawicieli różnych mediów, instytucji i gmin żydowskich, aby w przyszłości zajęli się ze wzmożoną aktywnością powyższymi tematami, centralnymi w dialogu żydowsko – chrześcijańskim, przyczyniając się tym samym do uświadomienia w/w zagadnień szerokiej opinii publicznej.

    Bonn-Bad Godesberg, 24. 04. 1979

    Dr Hanspeter Heinz
    kierownik grupy roboczej

  • 1979-06-07 Jan Paweł II - Homilia na terenie byłego obozu koncentracyjnego Oświęcim - Brzezinka

    "To jest zwycięstwo nasze - wiara nasza"

    (por. J 5, 4).

    Homilia w czasie Mszy św. odprawionej na terenie byłego obozu koncentracyjnego Oświęcim - Brzezinka 7 czerwca 1979r.

    Te słowa z listu św. Jana przychodzą mi na myśl i cisną się do serca, gdy staję wraz z wami na tym miejscu, na którym dokonało się szczególne zwycięstwo człowieka przez wiarę. Przez wiarę, która rodzi miłość Boga i bliźnich: jedną miłość, miłość "największą" - taką, która gotowa jest "życie położyć za brata swego" (por. J 15, 13; 10, 11). A więc zwycięstwo przez miłość, która ożywia wiarę aż do granic ostatecznego świadectwa. To zwycięstwo przez wiarę i miłość odniósł w tym miejscu człowiek, któremu na imię Maksymilian Maria, nazwisko: Kolbe, "z zawodu" (jak pisano o nim w rejestrach obozowych): ksiądz katolicki, z powołania: syn św. Franciszka, z urodzenia: syn prostych, pracowitych, bogobojnych ludzi, włókniarzy z okolic Łodzi, z łaski Bożej i osądu Kościoła: błogosławiony.

    To zwycięstwo przez wiarę i miłość odniósł ów człowiek w tym miejscu, które było zbudowane na zaprzeczeniu wiary - wiary w Boga i wiary w człowieka - i na radykalnym podeptaniu już nie tylko miłości, ale wszelkich oznak człowieczeństwa, ludzkości; w tym miejscu, które było zbudowane na nienawiści i na pogardzie człowieka w imię obłąkanej ideologii; w tym miejscu, które było zbudowane na okrucieństwie. Miejsce, do którego prowadzi wciąż jeszcze brama z szyderczym napisem "Arbeit macht frei", rzeczywistość bowiem była radykalnym zaprzeczeniem treści tego napisu.

    W tym miejscu straszliwej kaźni, która przyniosła śmierć czterem milionom ludzi z różnych narodów, o. Maksymilian Kolbe odniósł duchowe zwycięstwo, podobne do zwycięstwa samego Chrystusa, oddając się dobrowolnie na śmierć w bunkrze głodu - za brata. Ten brat żyje do dzisiaj na polskiej ziemi, i jest wśród nas.

    Czy tylko On jeden - Maksymilian Kolbe - odniósł zwycięstwo, które odczuli natychmiast współwięźniowie i do dzisiaj odczuwa je Kościół i świat? Zapewne wiele zostało tu odniesionych podobnych zwycięstw, jak choćby - śmierć w krematorium obozowym siostry Benedykty od Krzyża, karmelitanki, w świecie Edyty Stein, z zawodu - filozof, znakomita uczennica Husserla, która stała się ozdobą współczesnej niemieckiej filozofii, a pochodziła z żydowskiej rodziny zamieszkałej we Wrocławiu. Nie chcę zatrzymać się na tych dwóch nazwiskach, gdy stawiam sobie pytanie, czy tylko on jeden, czy tylko ona jedna...?Ile tutaj odniesiono podobnych zwycięstw? Odnosili je ludzie różnych wyznań, różnych ideologii, zapewne nie tylko wierzący.

    Pragniemy ogarnąć uczuciem najgłębszej czci każde z tych zwycięstw, każdy przejaw człowieczeństwa, które było zaprzeczeniem systemu systematycznego zaprzeczenia człowieczeństwa.

    Na miejscu tak straszliwego podeptania człowieczeństwa, godności ludzkiej - zwycięstwo człowieka!

    Czyż ktoś na świecie może się jeszcze dziwić, że papież, który tu, na tej ziemi urodził się i wychował, papież, który przyszedł na Stolicę Piotrową z Krakowa, z tej archidiecezji, na terenie której znajduje się obóz oświęcimski, że ten papież pierwszą encyklikę swego pontyfikatu zaczął od słów "Redemptor hominis" - i że poświęcił ją w całości sprawie człowieka, godności człowieka, zagrożeniom człowieka - prawom człowieka wreszcie! Niezbywalnym prawom, które tak łatwo mogą być podeptane i unicestwione... przez człowieka! Wystarczy ubrać go w inny mundur, uzbroić w aparat przemocy, w środki zniszczenia, wystarczy narzucić mu ideologię, w której prawa człowieka są podporządkowane wymogom systemu... podporządkowane bezwzględnie, tak że faktycznie nie istnieją.

    Przybywam tu dzisiaj jako pielgrzym. Wiadomo, że nieraz tutaj bywałem... bardzo wiele razy! Wiele razy schodziłem do celi śmierci Maksymiliana Kolbe, wiele razy klękałem pod murem zagłady i przechodziłem wśród rozwalonych krematoriów Brzezinki. Nie mogłem tutaj nie przybyć jako papież.

    Przybywam więc do tego szczególnego sanktuarium, w którym narodził się - mogę powiedzieć - patron naszego trudnego stulecia, podobnie jak dziewięć wieków temu narodził się pod mieczem na Skałce Stanisław, patron Polaków.

    Ale przybywam nie tylko po to, żeby czcić patrona naszego stulecia. Przybywam, ażeby razem z wami, bez względu na to, jaka jest wasza wiara, jeszcze raz popatrzeć w oczy sprawie człowieka.

    Oczywiście, że przybywam, aby się modlić wspólnie z wami wszystkimi którzy tu dziś jesteście i - wspólnie z całą Polską - i wspólnie z całą Europą. Chrystus chce, abym stawszy się następcą Piotra świadczył przed całym światem o tym, co jest wielkością człowieka naszych czasów - i co jest jego nędzą. Co jest jego klęską i co jest jego zwycięstwem.

    Przychodzę więc i klękam na tej Golgocie naszych czasów, na tych mogiłach w ogromnej mierze bezimiennych, jak gigantyczny grób nieznanego żołnierza. Klękam przy wszystkich po kolei tablicach Brzezinki, na których napisane jest wspomnienie ofiar Oświęcimia w następujących językach: polskim, angielskim, bułgarskim, cygańskim, czeskim, duńskim, francuskim, greckim, hebrajskim, jidisz, hiszpańskim, flamandzkim, serbo-chorwackirn, niemieckim, norweskim, rosyjskim, rumuńskim, węgierskim, włoskim.

    Zatrzymam się wraz z wami, drodzy uczestnicy tego spotkania, na chwilę przy tablicy z napisem w języku hebrajskim. Napis ten wywołuje wspomnienie narodu, którego synów i córki przeznaczono na całkowitą eksterminację. Naród ten początek swój bierze od Abrahama, który jest "ojcem wiary naszej" (por. Rz 4, 12), jak się wyraził Paweł z Tarsu. Ten to naród, który otrzymał od Boga Jahwe przykazanie "Nie zabijaj", w szczególnej mierze doświadczył na sobie zabijania. Wobec tej tablicy nie wolno nikomu przejść obojętnie. I jeszcze jedna tablica - wybrana... Tablica z napisem w języku rosyjskim. Nie dodaję żadnego komentarza. Wiemy, o jakim narodzie mówi ta tablica. Wiemy, jaki był udział tego narodu w ostatniej straszliwej wojnie o wolność ludów. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie.

    I wreszcie tablica w języku polskim. Polaków zginęło czasu ostatniej wojny sześć milionów: jedna piąta część narodu. Jeszcze jeden etap wiekowych zmagań się tego narodu, mojego narodu, o podstawowe swoje prawa wśród narodów Europy. Jeszcze jeden głośny krzyk o prawo do własnego miejsca na mapie Europy. Jeszcze jeden bolesny rozrachunek z sumieniem współczesnej ludzkości. Wybrałem trzy tablice. Należałoby zatrzymać się przy każdej i tak też uczynimy.

    Oświęcim jest rozrachunkiem z sumieniem ludzkości poprzez te tablice, które świadczą o ofiarach jakie poniosły narody. Oświęcim jest miejscem, którego nie można tylko zwiedzać. Trzeba przy odwiedzinach pomyśleć z lękiem o tym, gdzie leżą granice nienawiści.

    Oświęcim jest świadectwem wojny. To wojna niesie z sobą ów nieproporcjonalny przyrost nienawiści, zniszczenia, okrucieństwa. A jeśli nie da się zaprzeczyć, że objawia również inne możliwości ludzkiej odwagi, bohaterstwa, patriotyzmu, to jednak rachunek strat przeważa. Coraz bardziej przeważa - im bardziej wojna staje się rozgrywką wyrachowanej techniki zniszczenia.

    Za wojnę są odpowiedzialni nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego, co leży w ich mocy, aby jej przeszkodzić.

    Niech mi wolno będzie na tym miejscu powtórzyć słowa, które wypowiedział Paweł VI wobec Organizacji Narodów Zjednoczonych "Wystarczy przypomnieć, że krew milionów ludzi, że niesłychane i niezliczone cierpienia, że daremne masakry i straszliwe ruiny sankcjonują ten układ, który łączy was taką przysięgą, jaka winna zmienić przyszłą historię świata: nigdy więcej wojny, nigdy więcej wojny! Pokój, tylko pokój winien kierować losami narodów i całej ludzkości!"

    Jeśli jednakże to wielkie wołanie Oświęcimia, krzyk umęczonego tu człowieka, ma przynieść owoce dla Europy (a także dla świata), trzeba wyciągnąć wszystkie słuszne konsekwencje z Deklaracji Praw Człowieka, jak do tego wzywał Jan XXIII w encyklice "Pacem in terris". Czytamy tam między innymi: "Deklaracja ta uroczyście przyznaje wszystkim bez wyjątku ludziom godność osoby ludzkiej; potwierdza prawo każdego człowieka do swobodnego poszukiwania prawdy, do zachowywania norm moralności, do pełnienia sprawiedliwości, do wymagania warunków życia godnych człowieka: są to prawa powszechne, nienaruszalne i niezbywalne"

    A ja wróciłbym jeszcze do mądrości starego mistrza, Pawła Włodkowica, rektora krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego w XV w., który głosił, iż trzeba zabezpieczyć następujące prawa narodów: do istnienia, do wolności, do niepodległości, do własnej kultury, do godziwego rozwoju. "Gdzie mocniej działa siła, niż miłość - pisze Włodkowic - tam szuka się tego, co stanowi własny interes, a nie Jezusa Chrystusa, i stąd łatwo odstępuje się od reguły prawa Bożego. (...) Wszelkie jednak prawo potępia tych, którzy napadają na pragnących żyć w pokoju: tak prawo naturalne, które głosi: "Czyń drugiemu to, czego sam pragniesz!", jak i prawo Boskie, które potępia wszelką grabież zakazem: "Nie kradnij!", a zabrania przemocy przykazaniem: "Nie zabijaj!" (Paweł Włodkowic, Saeventibus (1415).

    Ale nie tylko o prawo tutaj chodzi, ale także i przede wszystkim o miłość: tę miłość bliźniego, w której się wyraża i dochodzi do głosu miłość Boga, ta miłość, którą ogłosił Chrystus w swoim przykazaniu, jakie każdy człowiek ma wypisane w swoim sercu - przykazaniu, które sam Bóg Stwórca w tym sercu wyrzeźbił.

    Przykazanie to konkretyzuje się także w poszanowaniu drugiego, poszanowaniu jego osobowości, jego sumienia; konkretyzuje się w dialogu z drugim, umiejętności poszukiwania i uznania tego, co może być dobre i pozytywne także w kimś, kto wyznaje idee różniące się od naszych; a nawet w kimś, kto w dobrej wierze - błądzi...

    Nigdy jeden naród nie może rozwijać się kosztem drugiego, nie może rozwijać się za cenę drugiego, za cenę jego uzależnienia, podboju, zniewolenia, za cenę jego eksploatacji, za cenę jego śmierci. To są myśli Jana XXIII, Pawła VI o pokoju w świecie współczesnym. Słowa te wypowiada zaś ich niegodny następca. Ale mówi je równocześnie syn narodu, który doznał w swych dziejach, dalszych i bliższych, wielorakiej udręki od drugich.

    Pozwólcie jednak, że nie wymienię tych drugich po imieniu - pozwólcie, że nie wymienię... Stoimy na miejscu, na którym o każdym narodzie i o każdym człowieku pragniemy myśleć jako o bracie. A jeżeli w tym, co powiedziałem, była także gorycz. - moi drodzy bracia i siostry -, nie powiedziałem tego, żeby kogokolwiek oskarżać - powiedziałem po to, żeby przypomnieć.

    Mówię bowiem nie tylko ze względu na tych, którzy polegli w czterech milionach ofiar na tym olbrzymim polu; mówię w imieniu wszystkich narodów, których prawa są zapoznawane i gwałcone. Mówię, bo obowiązuje mnie, obowiązuje nas wszystkich - prawda. Mówię, bo obowiązuje mnie, obowiązuje nas wszystkich troska o człowieka.

    I dlatego proszę wszystkich, którzy mnie słuchają, ażeby skupili się, ażeby skupili wszystkie siły w trosce o człowieka. Tych zaś którzy słuchają mnie z wiarą w Jezusa Chrystusa, proszę, ażeby skupili się w modlitwie o pokój i pojednanie.

    Moi drodzy bracia i siostry, nie mam już nic więcej do powiedzenia. Przychodzą mi tylko na myśl słowa Suplikacji: Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny!... Od powietrza, głodu, ognia i wojny ...i wojny, wybaw nas, Panie! Amen.

     

     

    Galeria

     


Strona: 1 2 3 4 5 6 7

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.022956°N, 19.19906°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies
zamknij
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies