Zentrum für Dialog und Gebet in Oświęcim

Offizielle Texte der katholischen Kirche

  • 1933-04-12 Brief Edith Steins an Papst Pius XI

    Heiliger Vater!

    Als ein Kind des jüdischen Volkes, das durch Gottes Gnade seit elf Jahren ein Kind der katholischen Kirche ist, wage ich es, vor dem Vater der Christenheit auszusprechen, was Millionen von Deutschen bedrückt.

    Seit Wochen sehen wir in Deutschland Taten geschehen, die jeder Gerechtigkeit und Menschlichkeit – von Nächstenliebe gar nicht zu reden – Hohn sprechen. Jahre hindurch haben die nationalsozialistischen Führer den Judenhass gepredigt. Nachdem sie jetzt die Regierungsgewalt in ihre Hände gebracht und ihre Anhängerschaft – darunter nachweislich verbrecherische Elemente – bewaffnet hatten, ist diese Saat des Hasses aufgegangen. Dass Ausschreitungen vorgekommen sind, wurde noch vor kurzem von der Regierung zugegeben. In welchem Umfang, davon können wir uns kein Bild machen, weil die öffentliche Meinung geknebelt ist. Aber nach dem zu urteilen, was mir durch persönliche Beziehungen bekannt geworden ist, handelt es sich keineswegs um vereinzelte Ausnahmefälle. Unter dem Druck der Auslandsstimmen ist die Regierung zu „milderen“ Methoden übergegangen. Sie hat die Parole ausgegeben, es solle „keinem Juden ein Haar gekrümmt werden“. Aber sie treibt durch ihre Boykotterklärung – dadurch, dass sie den Menschen wirtschaftliche Existenz, bürgerliche Ehre und ihr Vaterland nimmt – viele zur Verzweiflung: es sind mir in der letzten Woche durch private Nachrichten 5 Fälle von Selbstmord infolge dieser Anfeindungen bekannt geworden. Ich bin überzeugt, dass es sich um eine allgemeine Erscheinung handelt, die noch viele Opfer fordern wird. Man mag bedauern, dass die Unglücklichen nicht mehr inneren Halt haben, im ihr Schicksal zu tragen. Aber die Verantwortung fällt doch zum großen Teil auf die, die sie so weit brachten. Und sie fällt auch auf die, die dazu schweigen.

    Alles, was geschehen ist und noch täglich geschieht, geht von einer Regierung aus, die sich „christlich“ nennt. Seit Wochen warten und hoffen nicht nur die Juden, sondern Tausende treuer Katholiken in Deutschland – und ich denke, in der ganzen Welt – darauf, dass die Kirche Christi ihre Stimme erhebe, um diesem Missbrauch des Namens Christi Einhalt zu tun. Ist nicht diese Vergötzung der Rasse und der Staatsgewalt, die täglich durch Rundfunk den Massen eingehämmert wird, eine offene Häresie? Ist nicht der Vernichtungskampf gegen das jüdische Blut eine Schmähung der allerheiligsten Menschheit unseres Erlösers, der allerseligsten Jungfrau und der Apostel? Steht nicht dies alles im äußersten Gegensatz zum Verhalten unseres Herrn und Heilands, der noch am Kreuz für seine Verfolger betete? Und ist es nicht ein schwarzer Flecken in der Chronik dieses Heiligen Jahres, das ein Jahr des Friedens und der Versöhnung werden sollte?

    Wir alle, die wir treue Kinder der Kirche sind und die Verhältnisse in Deutschland mit offenen Augen betrachten, fürchten das Schlimmste für das Ansehen der Kirche, wenn das Schweigen noch länger anhält. Wir sind der Überzeugung, dass dieses Schweigen nicht imstande sein wird, auf die Dauer den Frieden mit der gegenwärtigen deutschen Regierung zu erkaufen. Der Kampf gegen den Katholizismus wird vorläufig noch in der Stille und in weniger brutalen Formen geführt wie gegen das Judentum, aber nicht weniger systematisch. Es wird nicht mehr lange dauern, dann wird in Deutschland kein Katholik mehr ein Amt haben, wenn er sich nicht dem neuen Kurs bedingungslos verschreibt.

    Zu Füssen Eurer Heiligkeit, um den Apostolischen Segen bittend

    (handschriftlich) Dr. Editha Stein

    Dozentin am Deutschen Institut für wissenschaftliche Pädagogik
    Münster i.W. Collegium Marianum
  • 1965-02-18 Arcybiskup Wojtyła - W dwudziestą rocznicę oswobodzenia

    Wymowa Oświęcimia

    W dwudziestą rocznicę oswobodzenia
    obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
    Przemówienie Ks. Arcybiskupa Karola Wojtyły
    w dn. 18 lutego 1965 r.

    „Luctus, angor et spes hominum huius temporis, ipsius quoque Concilii sunt agor, luctus et spes” – od takich mniej więcej słów rozpoczynał się tekst schematu XIII, zaprojektowany na zeszłoroczną sesję Soboru.

    Ucisk i lęk, ale także nadzieje ludzkości współczesnej Sobór uważa za swoje. Pragnie przejąć się tym, co stanowi źródło udręki współczesnego człowieka, aby tym szerzej otworzyć perspektywę nadziei.

    Słowa te przychodzą mi na myśl, gdy pragnę przemówić na temat bardzo aktualny i zarazem bardzo trudny. Oto w dniu 27 stycznia tego roku minęła dwudziesta rocznica oswobodzenia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

    Oświęcim znajduje się na terenie Archidiecezji Krakowskiej i dlatego uważamy za swój obowiązek podjąć w tym roku martyrologium oświęcimskie. Łączy się ono z martyrologium duchowieństwa polskiego w ciągu ostatniej wojny, w którym każda diecezja polska, również krakowska, miała swój udział. Właśnie wiec w okresie przedpościa tego roku dajemy wyraz religijny, wspominając podczas Mszy św. w każdym kościele ofiary obozu. Są jeszcze pośród nas tacy, którzy je przeżyli – żywi świadkowie tego, czego najbardziej wymowne świadectwo stanowią umarli: ponad 4 miliony ludzi wielu narodowości, wśród nich wielu naszych rodaków. ponad 4 miliony ofiar wojny totalnej, w której pojęcie „wojny” zatraca swe historyczne znaczenie, a wyłania się nowe pojęcie: homicidium.

    Wymowę świadectwa umarłych, czyli martyrologium oświęcimskie wypada nam przeżyć razem z żywymi przede wszystkim więc razem z tymi, którzy przeżyli Oświęcim i tyle innych obozów koncentracyjnych. Powiedzą nam oni, że świadectwo samej śmierci, którą w jednym tylko obozie poniosły miliony ludzi, nie jest jeszcze pełne i dość wymowne. Trzeba je dopełnić świadectwem drogi, jaką szli, jaką byli prowadzeni do tej śmierci wszyscy więźniowie obozów: zarówno ci, którzy ją tam znaleźli, jak tez ci, którzy przeżyli.
     Słowo: Oświęcim, które cudzoziemcy znali jako Auschwitz, zawiera w sobie nie tylko wymowę śmierci fizycznej kilku milionów bezbronnych ludzi, ale także wymowę śmierci moralnej. Jest to miejsce, jedno z miejsc w historii, w którym ludzkość przybliżyła się niejako do swej dolnej granicy. Miejsce, na którym człowiek okazał człowieczeństwu w innych ludziach maksimum pogardy i okrucieństwa. W tym wszystkim zaś uległ bezwzględnemu ciśnieniu systemu, w którym od początku się liczyć człowiek i jego niezaprzeczalnie prawa.

    Wielki i groźny symbol: obóz koncentracyjny, symbol: Auschwitz – nie jest zawieszony w próżni. Posiada swoją genealogię w dziejach narodu, w dziejach ludzi. Zaczął istnieć już zanim przywieziono do baraków nad Sołą pierwszych więźniów. Zaczął istnieć wtedy, gdy człowiek okazał się bezsilny wobec systemu, który w swoim fantastycznym utylitaryzmie z samych założeń był przeciwludzki. A potem to już szło z siłą lawiny.

    Na miejscu zbiorowej kaźni okazał się bezsilny wobec straszliwego systemu i człowiek deptany, wyniszczany, i człowiek depczący, wyniszczający.

    W tym świetle wypada nam odbierać po 20 latach wymowę Oświęcimia; tak ja próbujemy przeżyć z żywymi. Zarówno z tym pokoleniem, które wychowało się w groźnym zasięgu słowa Oświęcim, jak też i z tym pokoleniem, które narodziło się, gdy to słowo przeszło już do historii. Żadne pokolenie nie będzie mogło zwolnić się od rozpamiętywania podstawowej treści tego słowa. Wiadomo, iż każdy rachunek sumienia czyni się z przeszłości, ale czyni się go z myślą o przyszłości. Tak właśnie pragniemy go uczynić. Na przyszłość rodzi się z niego postanowienie, które wyraża się jako deklaracja w zwrocie: „Już nigdy więcej”. Zwrot ten zawiera elementarną i spontaniczna reakcję na zło. Jest wspólny wszystkim ludziom. Może zwłaszcza wszystkim Polakom, albowiem to doświadczenie historii w szczególnej mierze pozostanie naszym udziałem.

    Ze spontaniczną reakcją na zło musi pójść świadomy, zbiorowy wysiłek społeczeństw, aby znów w jakimś momencie historii człowiek, osoba ludzka, nie okazał się tak bezsilny, jak w Oświęcimiu.

    Przytoczyłem na początku słowa, od których rozpoczynał się pierwszy projekt schematu XIII. Sobór w tym schemacie chce dać wyraz sprawom wszystkich ludzi, całej ludzkości współczesnej. Stoi przed faktami i perspektywami. Fakty są wymowne, są trudne. Do takich faktów na pewno należy ten, który zakończył się 20 lat temu w Oświęcimiu, przy ujściu Soły do Wisły. Fakt ten przytłacza poniekąd swoją wielkością. Wielkością cierpień, w których zawarł się los tylu ludzi. Jeżeli  każde ludzkie cierpienie posiada swoja wymowę, to cóż dopiero taka zawrotna suma ludzkich cierpień?

    Jeżeli do tego faktu odważamy się wracać, jeżeli na nowo odczytujemy martyrologium oświęcimskie, to czynimy to z głęboka wiarą, że był w nim obecny Chrystus. Na miejscu tylu wyniszczeń przypominają się słowa, jakie o Nim napisał św. Paweł: „Wyniszczył samego siebie, stając się do nas podobnym” (Flp 2,8). Te słowa, które prowadza od Chrystusa do człowieka, chcielibyśmy odczytać w przeciwnym kierunku: tylu ludzi podobnych do Niego zostało wyniszczonych na tym miejscu. I chcielibyśmy niejako zrównoważyć wyniszenie tym podobieństwem. W wyniszczeniu Chrystusa kryje się niewyczerpalna siła, która przywraca człowiekowi podobieństwo. Człowiek podobieństwa do Boga nie może zatracić. Nawet tam, gdzie ono najbardziej jest zdeptane, gdzie stanowi przedmiot pogardy. Musi je natomiast wciąż odzyskiwać. Musi za nie płacić trudem każdej osoby, a zarazem całej historii. Chrystus zapłacił za nasze podobieństwo do Boga, które stanowi istotę człowieczeństwa, swoją Kalwarią.

    Jeśli wolno nam spojrzeć na to miejsce, w którym 20 lat temu znajdował się obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, jako na Kalwarię współczesnej ludzkości, to prócz bolesnych wspomnień powstaje w nas takie gorące pragnienie, by za cenę tej Kalwarii człowiek współczesny odzyskał swoje człowieczeństwo na miarę czasów, w których wypadło mu żyć.

  • 1965-10-28 - NOSTRA AETATE

    DEKLARACJA O STOSUNKU KOŚCIOŁA DO RELIGII NIECHRZEŚCIJAŃSKICH

     
    Sobór Watykański II, Deklaracja NOSTRA AETATE


     1. W naszej epoce, w której ludzkość coraz bardziej się jednoczy i wzrasta wzajemna zależność między różnymi narodami, Kościół tym pilniej rozważa, w jakim pozostaje stosunku do religii niechrześcijańskich. W swym zadaniu popierania jedności i miłości wśród ludzi, a nawet wśród narodów, główną uwagę poświęca temu, co jest ludziom wspólne i co prowadzi ich do dzielenia wspólnego losu.

     
    Jedną bowiem społeczność stanowią wszystkie narody, jeden mają początek, ponieważ Bóg sprawił, że cały rodzaj ludzki zamieszkuje cały obszar ziemi, jeden także mają cel ostateczny, Boga, którego Opatrzność oraz świadectwo dobroci i zbawienne zamysły rozciągają się na wszystkich, dopóki wybrani nie zostaną zjednoczeni w Mieście Świętym, które oświeci chwała Boga, gdzie narody chodzić będą w Jego światłości.

     
    Ludzie oczekują od różnych religii odpowiedzi na głębokie tajemnice ludzkiej egzystencji, które jak niegdyś, tak i teraz do głębi poruszają ludzkie serca; czym jest człowiek, jaki jest sens i cel naszego życia, co jest dobrem, a co grzechem, jakie jest źródło i jaki cel cierpienia, na jakiej drodze można osiągnąć prawdziwą szczęśliwość, czym jest śmierć, sąd i wymiar sprawiedliwości po śmierci, czym wreszcie jest owa ostateczna i niewysłowiona tajemnica, ogarniająca nasz byt, z której bierzemy początek i ku której dążymy.

     

     2. Od pradawnych czasów aż do naszej epoki znajdujemy u różnych narodów jakieś rozpoznanie owej tajemniczej mocy, która obecnie jest w biegu spraw świata i wydarzeniach ludzkiego życia; nieraz nawet uznanie Najwyższego Bóstwa lub też Ojca. Rozpoznanie to i uznanie przenika ich życie głębokim zmysłem religijnym. Religie zaś związane z rozwojem kultury starają się odpowiedzieć na te same pytania za pomocą coraz subtelniejszych pojęć i bardziej wykształconego języka. Tak więc w hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę poprzez niezmierną obfitość mitów i wnikliwe koncepcje filozoficzne, a wyzwolenia z udręk naszego losu szukają albo w różnych formach życia ascetycznego, albo w głębokiej medytacji, albo w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością. Buddyzm, w różnych swych formach, uznaje całkowitą niewystarczalność tego zmiennego świata i naucza sposobów, którymi ludzie w duchu pobożności i ufności mogliby albo osiągnąć stan doskonałego wyzwolenia, albo dojść, czy to o własnych siłach, czy z wyższą pomocą, do najwyższego oświecenia. Podobnie też inne religie, istniejące na całym świecie, różnymi sposobami starają się wyjść naprzeciw niepokojowi ludzkiego serca, wskazując drogi, to znaczy doktryny oraz nakazy praktyczne, jak również sakralne obrzędy.
    Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał.


    Przeto wzywa synów swoich, aby z roztropnością i miłością przez rozmowy i współpracę z wyznawcami innych religii, dając świadectwo wiary i życia chrześcijańskiego, uznawali, chronili i wspierali owe dobra duchowe i moralne, a także wartości społeczno-kulturalne, które u tamtych się znajdują.

     

     3. Kościół spogląda z szacunkiem również na mahometan, oddających cześć jedynemu Bogu, żywemu i samoistnemu, miłosiernemu i wszechmocnemu, Stwórcy nieba i ziemi, Temu, który przemówił do ludzi; Jego nawet zakrytym postanowieniom całym sercem usiłują się podporządkować, tak jak podporządkował się Bogu Abraham, do którego wiara islamu chętnie nawiązuje. Jezusowi, którego nie uznają wprawdzie za Boga, oddają cześć jako prorokowi i czczą dziewiczą Jego Matkę Maryję, a nieraz pobożnie Ją nawet wzywają. Ponadto oczekują dnia sądu, w którym Bóg będzie wymierzał sprawiedliwość wszystkim ludziom wskrzeszonym z martwych. Z tego powodu cenią życie moralne i oddają Bogu cześć głównie przez modlitwę, jałmużny i post.


    Jeżeli więc w ciągu wieków wiele powstawało sporów i wrogości między chrześcijanami i mahometanami, święty Sobór wzywa wszystkich, aby wymazując z pamięci przeszłość szczerze pracowali nad zrozumieniem wzajemnym i w interesie całej ludzkości wspólnie strzegli i rozwijali sprawiedliwość społeczną, dobra moralne oraz pokój i wolność.

     

     4. Zagłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama.
    Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków. Wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary, i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła. Przeto nie może Kościół zapomnieć o tym, że za pośrednictwem owego ludu, z którym Bóg w niewypowiedzianym miłosierdziu swoim postanowił zawrzeć Stare Przymierze, otrzymał objawienie Starego Testamentu i karmi się korzeniem dobrej oliwki, w którą wszczepione zostały gałązki dziczki oliwnej narodów. Wierzy bowiem Kościół, że Chrystus, Pokój nasz, przez krzyż pojednał Żydów i narody i w sobie uczynił je jednością.


    Zawsze też ma Kościół przed oczyma słowa Apostoła Pawła odnoszące się do jego ziomków, "do których należy, przybrane synostwo i chwała, przymierze i zakon, służba Boża i obietnice; ich przodkami są ci, z których pochodzi Chrystus wedle ciała" (Rz 9,4-5), Syn Dziewicy Maryi. Pamięta także, iż z narodu żydowskiego pochodzili Apostołowie, będący fundamentami i kolumnami Kościoła, oraz bardzo wielu spośród owych pierwszych uczniów, którzy ogłosili światu Ewangelię Chrystusową.


    Według świadectwa Pisma świętego Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu. Niemniej, jak powiada Apostoł, Żydzi nadal ze względu na swych przodków są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania. Razem z Prorokami i z tymże Apostołem Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem i "służyły Mu ramieniem jednym" (Sf 3,9).

     
    Skoro więc tak wielkie jest dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom, święty Sobór obecny pragnie ożywić i zalecić obustronne poznanie się i poszanowanie, które osiągnąć można zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy.


    A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego. Niechże więc wszyscy dbają o to, aby w katechezie i głoszeniu słowa Bożego nie nauczali niczego, co nie licowało z prawdą ewangeliczną i z duchem Chrystusowym.


    Poza tym Kościół, który potępia wszelkie prześladowania, przeciw jakimkolwiek ludziom zwrócone, pomnąc na wspólne z Żydami dziedzictwo, opłakuje - nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelicznej - akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom. Chrystus przy tym, jak to Kościół zawsze utrzymywał i utrzymuje, mękę swoją i śmierć podjął dobrowolnie pod wpływem bezmiernej miłości, za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia. Jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski.

     

     5. Nie możemy zwracać się do Boga jako do Ojca wszystkich, jeśli nie zgadzamy się traktować po bratersku kogoś z ludzi na obraz Boży stworzonych. Postawa człowieka wobec Boga Ojca i postawa człowieka wobec ludzi, braci, są do tego stopnia z sobą związane, że Pismo święte powiada: "Kto nie miłuje, nie zna Boga" (1 J 4,8).


    Stąd upada podstawa do wszelkiej teorii czy praktyki, które między człowiekiem a człowiekiem, między narodem a narodem wprowadzają różnice co do godności ludzkiej i wynikających z niej praw.


    Toteż Kościół odrzuca jako obcą duchowi Chrystusowemu wszelką dyskryminację czy prześladowanie stosowane ze względu na rasę czy kolor skóry, na pochodzenie społeczne czy religię. Dlatego też święty Sobór, idąc śladami świętych Apostołów Piotra i Pawła, żarliwie zaklina chrześcijan, aby "dobrze postępując wśród narodów" (1 P 2,12), jeśli to tylko możliwe i o ile to od nich zależy, zachowywali pokój ze wszystkimi ludźmi, tak by prawdziwie byli synami Ojca, który jest w niebie.

     

  • 1965-11-18 Botschaft der polnischen an die deutschen Bischöfe

    Hirtenbrief der polnischen Bischöfe an ihre deutschen Amtsbrüder
    vom 18. November 1965

    und die Antwort der deutschen Bischöfe
    vom 5. Dezember 1965


    Hochwürdige Konzilsbrüder!

    Es sei uns gestattet, ehrwürdige Brüder, ehe das Konzil sich verab­schiedet, unseren nächsten westlichen Nachbarn die freudige Bot­schaft mitzuteilen, daß im nächsten Jahr ‑ im Jahre des Herrn 1966 ‑ die Kirche Christi in Polen und mit ihr zusammen das gesamte pol­nische Volk das Millenium seiner Taufe und damit auch die Tau­sendjahrfeier seines nationalen und staatlichen Bestehens begehen wird.
    Wir laden Sie hiermit in brüderlicher, aber auch zugleich in feierlich­ster Weise ein, an den Kirchenfeiern des polnischen Milleniums teil­zunehmen; der Höhepunkt des polnischen Te deum laudamus soll Anfang Mai 1966 auf der Jasna Gära, bei der heiligen Mutter Gottes, der Königin Polens, stattfinden.
    Die folgenden Ausführungen mögen als historischer und zugleich auch sehr aktueller Kommentar unseres Milleniums dienen und vielleicht auch mit Hilfe Gottes unsere beiden Völker im gegenseiti­gen Dialog einander noch näherbringen.
    Es steht geschichtlich einwandfrei fest, daß im Jahr 966 der polni­sche Herzog Mieszko I. durch Einfluß seiner Gemahlin, der tsche­chischen Königstochter Dombrowka, zusammen mit seinem Hof­staat als erster polnischer Herzog das heilige Sakrament der Taufe empfing.
    Von diesem Augenblick an wurde das christliche Missionswirken in Polen ‑ seit Generationen durch christliche Apostel schon vorher in unserem Land verkündet ‑ im ganzen polnischen Volksraum ver­breitet.
    Der Sohn und Nachfolger Mieszkos, Bolesław Chrobry (der Tapfere) setzte das Christianisierungswerk seines Vaters fort und erwirkte vom damaligen Papst Silvester II. die Errichtung einer eigenen pol­nischen Hierarchie mit der ersten Metropole in Gniezno (Gnesen) und drei Suffraganbistümern Kraków, Wrocław, Kołobrzeg (Krakau, Breslau, Kolberg). Bis 1821 blieb Gniezno weiterhin Metropole des Breslauer Bistums. Im Jahre 1000 begab sich der damalige Herrscher des Römischen Imperiums, der Kaiser Otto III., zusammen mit Bo­lesław Chrobry als Pilger zum Märtyrerschrein des heiligen Woj­ciech‑Adalbert, der einige Jahre vorher bei den baltischen Preußen den Märtyrertod erlitten hatte. Die beiden Herrscher, der römische und der zukünftige polnische König (er wurde kurz vor seinem Tode zum König gekrönt), gingen barfuß eine weite Strecke Weges zu den heiligen Gebeinen in Gniezno, die sie alsdann mit großer Andacht und innerer Ergriffenheit verehrten.
    Das sind die geschichtlichen Anfänge des christlichen Polens und zugleich auch die Anfänge seiner nationalen und staatlichen Ein­heit. Auf diesen Fundamenten ‑ christlich, kirchlich, national und staatlich zugleich ‑ wurde sie durch alle Generationen weiter ausge­baut von Herrschern, Königen, Bischöfen und Priestern, 1000 Jahre hindurch. Die Symbiose Christentum, Kirche, Staat bestand in Po­len seit Anfang und wurde eigentlich nie gesprengt. Sie erzeugte mit der Zeit die fast allgemeine polnische Denkart: Polnisch ist zugleich katholisch. Aus ihr heraus entstand auch der polnische Religionsstil, in dem seit Anfang an das Religiöse mit dem Nationalen eng verwo­ben und verwachsen ist, mit allen positiven, aber auch negativen Seiten dieses Problems.
    Zu diesem religiösen Lebensstil gehört auch seit jeher als sein Hauptausdruck der polnische Marienkult. Die ältesten polnischen Kirchen sind der Mutter Gottes geweiht (u.a. die Gnesener Metro­politan‑Kathedrale); das älteste polnische Lied, sozusagen das Wie­genlied des polnischen Volkes, ist ein bis heute noch gesungenes Marienlied: "Bogurodzica‑dziewica, Bogiem Sławiona Maryja" (Got­tesgebärerin ‑ Jungfrau Maria). Die Tradition bringt sein Entstehen mit dem heiligen Wojciech zusammen, ähnlich wie die Legende es mit den polnischen weißen Adlern im Nest von Gniezno tut. Diese und ähnliche Traditionen und Volkslegenden, welche die Ge­schichtstatsachen wie Efeu umranken, haben das Gemeinsame von Volk und Christentum so eng miteinander verwoben, daß man sie einfach schadlos nicht auseinanderbringen kann. Von ihnen her wird alles spätere polnische Kulturgeschehen, die gesamte polnische na­tionale und kulturelle Entwicklung, bestrahlt, ja sogar zu einem Großteil geprägt.
    Die allerneueste Geschichtsschreibung gibt diesen unseren Anfän­gen folgende politische und kulturelle Bedeutung: "In der Begeg­nung mit dem Imperium Ottos des Großen vor einem Jahrtausend hat sich Polens Eintritt in die lateinische Christenheit vollzogen, und durch die bewundernswert geschickte Politik Mieszkos I. und sodann Bolesław des Tapferen ist es zu einem gleichberechtigten Glied des universal konzipierten, auf Erfassung der gesamten nicht­byzantinischen Welt gerichteten Imperium Romanum Ottos III. ge­worden, womit Polen einen entscheidenden Beitrag zu der Gestal­tung des östlichen Europa geleistet hat..."
    Damit war die Grundlage gelegt und die Form und Voraussetzung geschaffen für die kommenden fruchtbaren deutsch‑polnischen Be­ziehungen und die Ausbreitung der abendländischen Kultur.
    Leider sind die deutsch‑polnischen Beziehungen im späteren Ver­lauf der Geschichte nicht immer fruchtbar geblieben und haben sich sozusagen in den letzten Jahrhunderten in eine Art nachbarliche "Erbfeindschaft" verwandelt. Darüber später.

    Der Anschluß des neuen polnischen Königreiches an das Abend­land, und zwar mit Hilfe des Papsttums, dem sich die polnischen Könige immer wieder zur Verfügung stellten, brachte im Mittelalter einen in jeder Hinsicht regen und äußerst reichen Austausch zwi­schen Polen und den abendländischen Völkern, insbesondere mit den süddeutschen Ländern, aber auch Burgund und Flandern, mit Italien und später mit Frankreich und Österreich und den italieni­schen Renaissancestaaten, wobei natürlicherweise Polen als jünge­res Staatsgebilde, als jüngster von den älteren Brüdern des christli­chen Europas, anfangs mehr der nehmende als der gebende Teil war.
    Es wurden zwischen Kalisz und Kraköw, der polnischen Königsstadt des Mittelalters, und zwischen Bamberg, Speyer, Mainz, Prag, Paris, Köln und Lyon und Clairvaux und Gent nicht nur Waren ausge­tauscht. Es kamen aus dem Westen die Benediktiner, die Zisterzien­ser und später die Bettelorden und erhielten in Polen, im christlichen Neuland, sofort einen schwunghaften Auftrieb; dann kam im Mittelalter das deutsche Magdeburger Recht dazu, das bei polni­schen Stadtgründungen große Dienste leistete. Es strömten auch nach Polen deutsche Kaufleute, Architekten, Künstler und Siedler, von denen sehr viele im polnischen Volkstum aufgingen: Ihre deut­schen Familiennamen ließ man ihnen. In der großen Krakauer Bür­gerkirche St. Maria finden wir noch heute die Grabinschriften zahl­reicher deutscher Familien aus dem Mittelalter, die mit der Zeit alle polnisch geworden sind, woraus Hitler und andere ‑ unseligen Ge­denkens ‑ den einfachen Schluß zogen, daß Kraków und ganz Polen nur eine deutsche Siedlung seien und demgemäß behandelt werden müssen. ‑ Das klassische Beispiel deutsch‑polnischer Zusammenar­beit in Kultur und Kunst im hohen Mittelalter ist wohl der weltbe­rühmte Bildhauer Veit Stoß aus Nürnberg (Wit Stwosz), der fast sein ganzes Leben lang in Kraków wirkte; seine Werke dort sind alle vom Genius loci der polnischen Umgebung inspiriert: Er schuf in Kra­köw eine eigene Künstlerschule, die noch Generationen hindurch nachwirkte und das polnische Land befruchtete.
    Die Polen haben ihre Brüder aus dem christlichen Westen, die als Boten der wahren Kultur zu ihnen kamen, sehr geehrt und ver­schwiegen niemals ihre nichtpolnische Stammesherkunft. Wir haben der abendländischen ‑ auch der deutschen ‑ Kultur wahrhaftig sehr viel zu verdanken.
    Es kamen auch aus dem Westen zu uns Apostel und Heilige, und sie gehören wohl zu dem Wertvollsten, was uns das Abendland ge­schenkt hat. Ihr segensreiches soziales Wirken spüren wir vielerorts noch heute. Zu den bekanntesten zählen wir den heiligen Bruno von Querfurt, "Bischof der Heiden" genannt, der den slawischen und litauischen Nordosten im Einvernehmen mit Bolesław Chrobry evangelisierte. Dann ganz besonders die heilige Hedwig (Jadwiga), Herzogin von Schlesien, aus Andechs gebürtig, Gemahlin des polni­schen Piastenfürsten Heinrich des Bärtigen (Brodaty) von Schlesien und Gründerin des Zisterzienserinnenklosters von Trzebnica (Treb­nitz), wo sie ihre Grabstätte gefunden hat. Sie ist im 13. Iahrhundert die größte Wohltäterin des polnischen Volkes in den damaligen Westgebieten des Piastenpolens, in Schlesien, geworden. Es steht hi­storisch ziemlich fest, daß sie, um dem polnischen einfachen Volk dienen zu können, sogar die polnische Sprache lernte. Nach ihrem Tode und ihrer baldigen Heiligsprechung strömten ohne Unterlaß Scharen des polnischen und deutschen Volkes zu ihrer Grabstätte in Trzebnica ‑ später Trebnitz genannt. Und sie tun es noch heute zu Tausenden und Abertausenden. Niemand macht unserer großen Landesheiligen den Vorwurf, daß sie deutschen Geblütes war; im Gegenteil, man sieht sie allgemein ‑ von einigen nationalistischen Fanatikern abgesehen ‑ als den besten Ausdruck eines christlichen Brückenbaues zwischen Polen und Deutschland an ‑, wobei wir uns freuen, auch auf deutscher Seite recht oft dieselbe Meinung zu hö­ren. Brücken bauen zwischen Völkern können eben am besten nur heilige Menschen, nur solche, die eine lautere Meinung und reine Hände besitzen. Sie wollen dem Brudervolke nichts wegnehmen, weder Sprache noch Gebräuche, noch Land, noch materielle Güter; im Gegenteil: Sie bringen ihm höchst wertvolle Kulturgüter, und sie geben ihm gewöhnlich das Wertvollste, was sie besitzen: sich selbst, und werfen damit den Samen ihrer eigenen Persönlichkeit in den fruchtbaren Boden des neuen Missionsnachbarlandes; dieser trägt dann gemäß dem Heilandswort hundertfache Früchte, und zwar Ge­nerationen hindurch. So sehen wir in Polen die heilige Hewig von Schlesien, so sehen wir auch alle anderen Missionare und Märtyrer, die, aus den westlich gelegenen Ländern kommenden, in Polen wirkten mit dem schon erwähnten Märtyrerapostel Wojciech‑Adal­bert aus Prag an der Spitze. Darin besteht auch wohl der allertiefste Unterschied zwischen echter christlicher Kulturmission und dem so­genannten, heute zu Recht verpönten Kolonialismus.
    Nach dem Jahre 1200, als das polnische Land immer christlicher wurde in seinen Menschen und Institutionen, wuchsen ihm eigene polnische Heilige heran.

    Schon im 12. Jahrhundert war es der Bischof Stanislaus Szczepa­nowski von Kraków, Bekenner und Märtyrer, vom König Bolesław dem Verwegenen am Altare erschlagen. (Der König selbst starb als heiligmäßiger Büßer in der Verbannung in einem Kloster in Ober­österreich.) Am Grabe des heiligen Stanislaus in der königlichen Domkirche von Kraków entstand das majestätische Lied zu seiner Ehre, heute überall in Polen lateinisch gesungen: "Gaude mater Po­lonia, prole foecunda nobili..."
    Dann erschien am Firmament das heilige polnische Dreigestirn aus der Familie der Odrowaz (ein altes Geschlecht, das lange Jahrhun­derte an der Oder in Oberschlesien seinen Sitz hatte). Der größte von ihnen ist der heilige Hyazinth ‑ polnisch Jacek genannt ‑, ein Dominikanerapostel, der ganz Osteuropa von Mähren bis zum Balti­kum, von Litauen bis Kiew mit Riesenschritten durchmaß. Sein Ver­wandter, der selige Czesław, ebenfalls Dominikaner, der die dama­lige Stadt Wrocław gegen die Mongolen verteidigte und im heutigen Wrociaw, in der neuerbauten Wojciech‑(Adalbert‑)Kirche begraben ist, wird von der frommen Bevölkerung als Patron der aus den Trümmem von 1945 wiedererstandenen Stadt verehrt. Und schließ­lich ruht in Kraköw die selige Bronisława, der Tradition nach Schwe­ster des seligen Czesław, eine Norbertanerin aus Schlesien.
    Die Sterne am Heiligenhimmel werden immer mehr: In Sącz die se­lige Kunigunde, in Gniezno Bogumil und die selige Jolanta, in Ma­sowien Władysław, auf der Königsburg in Kraków die heiligmäßige Königin Jadwiga, eine neue polnische Hedwig, die auf ihre Heilig­sprechung wartet. Später kamen neue Heilige und Märtyrer dazu: der heilige Stanislaus Kostka, Jesuitennovize in Rom, der heilige Jo­hannes Kantius, Professor an der Jagiellonischen Universität in Kra­ków, der heilige Andreas Bobola, Märtyrer in Ostpolen, 1938 heilig­gesprochen, und andere Heilige bis zum Franziskanerpater Maximi­lian Kolbe, dem Märtyrer vom Konzentrationslager Auschwitz, der sein Leben für seine Mitbrüder freiwillig hingab. Gegenwärtig war­ten in Rom etwa 30 polnische Kandidaten auf ihre Heilig‑ und Selig­sprechung. ‑ Unser Volk ehrt seine Heiligen und betrachtet sie als die edelste Frucht, die ein christliches Land hervorbringen kann.
    Die obengenannte polnische Universität in Kraków war die erste dieser Art neben Prag im ganzen osteuropäischen Raum. Gegründet schon im Jahre 1363 von König Kasimir dem Großen (Kazimierz Wielki), war sie Jahrhunderte hindurch Zentrum nicht nur politi­scher, sondern auch universaler europäischer Kulturstrahlung nach allen Richtungen, im besten Sinne des Wortes. ‑ Im 15. und 16. Jahr­hundert, als die schlesischen Piastenländer nicht mehr zum polni­schen Königreich gehörten, studierten in Kraków und dozierten da­selbst Tausende von Studenten und Professoren aus Wratislavia (Breslau), Raciborz (Ratibor), Gliwice (Gleiwitz), Glogow (Glogau), Nyse (Neisse), Opole (Oppeln) und vielen anderen Städten Schle­siens. Ihre Namen und die Namen ihrer Geburtsorte sind in diesem polnisch‑lateinischen Idiom in den alten Universitätsregistern ver­zeichnet. Auch Nicolaus Kopernik (Copernicus) wird da namentlich angeführt. Er studierte in Kraków Astronomie beim Professor Martin Bylica. Hunderte von Gelehrten von höchstem wissenschaftli­chen Rang hat diese Universität hervorgebracht und der europä­ischen Kultur geschenkt: Mathematiker, Physiker, Mediziner, Rechtsgelehrte, Astronomen, Historiker und Kulturphilosophen. Unter ihnen befindet sich auch der berühmte Paulus Włodkowic, Rektor der Krakauer Universität, der auf dem Konzil in Konstanz frank und frei, mit höchster Gelehrtenautorität, eine für damalige Zeiten unerhörte religiöse und humane Toleranz lehrte und mit großem persönlichem Mut den Standpunkt vertrat: Die heidnischen Völker Osteuropas seien kein Freiwild, das man mit Feuer und Schwert bekehren soll und darf. Sie haben natürliche Menschen­rechte genauso wie die Christen...
    Włodkowic war sozusagen der klassische Ausdruck des polnischen toleranten und freiheitlichen Denkens. Seine Thesen waren gegen die deutschen Ordensritter, die sogenannten "Kreuzritter", gerichtet, die damals im slawischen Norden und in den preußischen und balti­schen Ländern die dortigen Ureinwohner eben mit Feuer und Schwert bekehrten und für das europäische Christentum und sein Symbol, das Kreuz, aber auch für die Kirche, in deren Namen sie auftraten, im Laufe der Jahrhunderte eine furchtbare und äußerst kompromittierende Belastung geworden sind. Noch heute, nach vie­len Generationen und Jahrhunderten, ist die Bezeichnung "Krzy­żak" (Kreuzritter) Schimpfwort und Schreckgespenst für jeden Polen und wird leider nur allzuoft von alters her mit dem Deutschtum identifiziert. ‑ Aus dem Siedlungsgebiet der "Kreuzritter" sind später jene Preußen hervorgegangen, die alles Deutsche in polnischen Landen in allgemeinen Verruf brachten. Sie sind in der geschicht­lichen Entwicklung repräsentiert durch folgende Namen: jener Al­brecht von Preußen, Friedrich der sog. Große, Bismarck und schließ­lich Hitler als Endpunkt.

    Friedrich II. wird seit jeher vom ganzen polnischen Volk als der Haupturheber der Teilung Polens angesehen, und zweifellos nicht ganz zu Unrecht. Hundertfünfzig Jahre lebte das polnische Millio­nenvolk aufgeteilt von den drei damaligen Großmächten: Preußen, Rußland und Österreich, bis es 1918 am Ende des Ersten Weltkrieges langsam aus seinem Grabe hervorkommen konnte; bis zum äußer­sten geschwächt, begann es damals wieder unter größten Schwierig­keiten eine neue eigenstaatliche Existenz...
    Nach kurzer Unabhängigkeit von etwa 20 Jahren (1918 bis 1939) brach über das polnische Volk ohne seine Schuld das herein, was man euphemistisch einfach als Zweiten Weltkrieg bezeichnet, was aber für uns Polen als totale Vernichtung und Ausrottung gedacht war. Über unser armes Vaterland senkte sich eine furchtbare finstere Nacht, wie wir sie seit Generationen nicht erlebt hatten. Sie wird bei uns allgemein "deutsche Okkupationszeit" genannt und ist unter diesem Namen in die polnische Geschichte eingegangen. Wir waren alle macht‑ und wehrlos. Das Land war übersät mit Konzentrations­lagern, in denen die Schlote der Krematorien Tag und Nacht rauch­ten. Über sechs Millionen polnischer Staatsbürger, darunter der Großteil jüdischer Herkunft, haben diese Okkupationszeit mit ih­rem Leben bezahlen müssen. Die führende polnische Intelligenz­schicht wurde einfach weggefegt. Zweitausend polnische Priester und fünf Bischöfe (ein Viertel des damaligen Episkopates) wurden in Lagern umgebracht. Hunderte von Priestern und Zehntausende von Zivilpersonen wurden bei Ausbruch des Krieges an Ort und Stelle erschossen (778 Priester allein in der Diözese Kulm). Die Diö­zese Wloctawek allein verlor im Kriege 48 Prozent ihrer Priester, die Diözese Kulm 47 Prozent. Viele andere waren ausgesiedelt. Alle Mittel‑ und höheren Schulen waren geschlossen. Die Priestersemi­narien waren aufgehoben. Jede deutsche Uniform, nicht nur die SS, wurde für alle Polen nicht nur ein Schreckgespenst, sondern auch Gegenstand eines Deutschenhasses. Alle polnischen Familien hat­ten ihre Todesopfer zu beklagen. Wir wollen nicht alles aufzählen, um die noch nicht vernarbten Wunden nicht wieder aufzureißen. Wenn wir an diese polnische, furchtbare Nacht erinnern, dann nur deswegen, damit man uns heute einigermaßen versteht, uns selbst und unsere heutige Denkart... Wir versuchen zu vergessen. Wir hof­fen, daß die Zeit ‑ der große göttliche Kairos ‑ die geistigen Wunden langsam heilen wird.

    Nach alledem, was in der Vergangenheit geschehen ist ‑ leider erst in der allerneuesten Vergangenheit ‑, ist es nicht zu verwundern, daß das ganze polnische Volk unter dem schweren Druck eines elemen­taren Sicherheitsbedürfnisses steht und seinen nächsten Nachbarn im Westen immer noch mit Mißtrauen betrachtet. Diese geistige Haltung ist sozusagen unser Generationsproblem, das, Gott gebe es, bei gutem Willen schwinden wird und schwinden muß. In den schweren politischen und geistigen Nöten des Volkes, in seiner jahr­hundertelangen Zerrissenheit sind die katholische Kirche und die Heilige Jungfrau immer der Rettungsanker und das Symbol der na­tionalen Einheit des Volkes geblieben, zusammen mit der polni­schen Familie. In allen Freiheitskämpfen während der Unterdrüc­kungszeit gingen die Polen mit diesen Symbolen auf die Barrikaden, die weißen Adler auf der einen Seite ‑ die Muttergottes auf der an­deren Seite der Freiheitsfahne. Die Devise war immer: "Für eure und unsere Freiheit."
    Das ist etwa ‑ in ganz allgemeinen Abrissen gezeichnet ‑ die tau­sendjährige Entwicklung der polnischen Kulturgeschichte mit be­sonderer Berücksichtigung der deutsch‑polnischen Nachbarschaft. Die Belastung der beiderseitigen Verhältnisse ist immer noch groß und wird vermehrt durch das sogenannte "heiße Eisen" dieser Nach­barschaft. Die polnische Westgrenze an Oder und Neiße ist, wie wir wohl verstehen, für Deutschland eine äußerst bittere Frucht des letzten Massenvernichtungskrieges ‑ zusammen mit dem Leid der Millionen von Flüchtlingen und vertriebenen Deutschen (auf inter­alliierten Befehl der Siegermächte ‑ Potsdam 1945! ‑ geschehen). Ein großer Teil der Bevölkerung hatte diese Gebiete aus Furcht vor der russischen Front verlassen und war nach dem Westen geflüchtet. ‑ Für unser Vaterland, das aus dem Massenmorden nicht als Sieger­staat, sondern bis zum äußersten geschwächt hervorging, ist es eine Existenzfrage (keine Frage "größeren Lebensraumes"!); es sei denn, daß man ein über 30‑Millionen‑Volk in den engen Korridor eines "Generalgouvernements" von 1939 bis 1945 hineinpressen wollte ‑ ohne Westgebiete; aber auch ohne Ostgebiete, aus denen seit 1945 Millionen von polnischen Menschen in die "Potsdamer Westge­biete" hinüberströmen mußten. Wo sollten sie auch damals hin, da ja das sogenannte Generalgouvernement zusammen mit der Haupt­stadt Warschau in Schutt und Trümmern lag. Die Vernichtungswel­len des letzten Krieges sind nicht nur einmal, wie in Deutschland, sondern seit 1914 mehrere Male über die polnischen Lande hinweg­gebraust, und zwar hin und zurück wie apokalyptische Reiter, und haben jedesmal Schutt und Trümmer, Armut, Krankheit, Seuchen und Tränen und Tod und wachsende Vergeltungs‑ und Haßkomplexe hinterlassen.

    Seid uns wegen dieser Aufzählung dessen, was im letzten Abschnitt unserer tausend Jahre geschehen ist, liebe deutsche Brüder, nicht gram! Es soll weniger eine Anklage als vielmehr eine eigene Recht­fertigung sein! Wir wissen sehr wohl, wie ganz große Teile der deutschen Bevölkerung jahrelang unter übermenschlichem nationalso­zialistischem Gewissensdruck standen, wir kennen die furchtbaren inneren Nöte, denen seinerzeit rechtschaffene und verantwortungs­volle deutsche Bischöfe ausgesetzt waren, um nur die Namen Kardi­nal von Faulhaber, von Galen, von Preysing zu erwähnen. Wir wis­sen um die Märtyrer der weißen Rose, die Widerstandskämpfer des 20. Juli, wir wissen, daß viele Laien und Priester ihr Leben opferten (Lichtenberg, Metzger, Klausener und viele andere). Tausende von Deutschen teilten als Christen und Kommunisten in den Konzen­trationslagern das Los unserer polnischen Brüder...
    Und trotz alledem, trotz dieser fast hoffnungslos mit Vergangenheit belasteten Lage, gerade aus dieser Lage heraus, hochwürdige Brü­der, rufen wir Ihnen zu: Versuchen wir zu vergessen! Keine Polemik, kein weiterer kalter Krieg, aber der Anfang eines Dialogs, wie er heute vom Konzil und von Papst Paul Vl. überall angestrebt wird. Wenn echter guter Wille beiderseits besteht ‑ und das ist wohl nicht zu bezweifeln ‑, dann muß ja ein ernster Dialog gelingen und mit der Zeit gute Früchte bringen ‑ trotz allem, trotz heißer Eisen. ‑ Es scheint uns gerade im ökumenischen Konzil ein Gebot der Stunde zu sein, daß wir diesen Dialog auf bischöflicher Hirtenebene begin­nen, und zwar ohne Zögern, daß wir einander näher kennenlernen, unsere gegenseitigen Volksbräuche, den religiösen Kult und Lebens­stil, in der Vergangenheit verwurzelt und gerade durch diese Kultur­vergangenheit bedingt.
    Wir haben versucht, uns mit dem gesamten polnischen Gottesvolk auf die Tausendjahrfeier durch die sogenannte große Novene unter dem hohen Patronat der allerseligsten Jungfrau Maria vorzuberei­ten. Neun Jahre hindurch (1957 bis 1965) haben wir im Sinne des "per Mariam ad Jesum" die Kanzel in Polen, aber auch die gesamte Seelsorge auf wichtige moderne Seelsorgeprobleme und soziale Aufgaben eingesetzt: Jugendseelsorge, sozialer Aufbau in Gerech­tigkeit und Liebe, soziale Gefahren, nationale Gewissenserfor­schung, Ehe und Familienleben, katechetische Aufgaben und ähn­liche.
    Das ganze gläubige Volk nahm auch geistig regsamsten Anteil am Ökumenischen Konzil durch Gebet, Opfer und Bußwerke. Während der Konzilssitzungen fanden jeweils in allen Pfarrgemeinden Bittan­dachten statt, und das heilige Bild der Muttergottes sowie die Beichtstühle und Kommunionbänke in Częstochowa waren wo­chenlang belagert von Pfarrdelegationen aus ganz Polen, die durch persönliches Opfer und Gebet helfen wollten.
    Schließlich haben wir uns in diesem Jahr, dem letzten der großen Novene, alle der Mutter Gottes geweiht, Bischöfe, Priester, Ordens­leute sowie alle Stände unseres gläubigen Volkes. Vor den ungeheu­ren Gefahren moralischer und sozialer Art, welche die Seele unseres Volkes, aber auch seine biologische Existenz bedrohen, kann uns nur die Hilfe und Gnade unseres Erlösers retten, die wir durch die Vermittlung seiner Mutter, der allerseligsten Jungfrau, herabflehen wollen. Voll kindlichen Vertrauens werfen wir uns in ihre Arme. Nur so können wir innerlich frei werden als dienende und zugleich freie Kinder ‑ ja sogar als "Sklaven Gottes", wie es der heilige Paulus nennt.
    Wir bitten Sie, katholische Hirten des deutschen Volkes, versuchen Sie auf Ihre eigene Art und Weise, unser christliches Millenium mit­zufeiern, sei es durch Gebet, sei es durch einen besonderen Ge­denktag. Für jede Geste dieser Art werden wir Ihnen dankbar sein. Überbringen Sie auch, wir bitten Sie darum, unsere Grüße und un­seren Dank den deutschen evangelischen Brüdern, die sich mit uns und mit Ihnen abmühen, Lösungen für unsere Schwierigkeiten zu finden.

    In diesem allerchristlichsten und zugleich sehr menschlichen Geist strecken wir unsere Hände zu Ihnen hin in den Bänken des zu Ende gehenden Konzils, gewähren Vergebung und bitten um Vergebung. Und wenn Sie, deutsche Bischöfe und Konzilsväter, unsere ausge­streckten Hände brüderlich erfassen, dann erst können wir wohl mit ruhigem Gewissen in Polen auf ganz christliche Art unser Millen­nium feiern. Wir laden Sie dazu herzlichst nach Polen ein.

    Das walte der barmherzige Erlöser und die Jungfrau Maria, die Kö­nigin Polens, die Regina Mundi und Mater Ecclesiae.

     

    Rom, 18. November 1965

    Die Unterzeichner des polnischen Briefes:
    Stefan Cardinalis Wyszyliski, Primas Poloniae
    Antonius Baraniak, Archiepiscopus Posnaniensis
    Bolesiaw Kominek, Archiepp. Tit. in Wrociaw
    Carolus Wojtyla, Archiepiscopus Metropolita Cracoviensis
    Antono Pawlowski, Episcopus Vladislaviensis
    Casimirus Joseph Kowalski, Episcopus Culmensis
    Michael Klepacz, Episcopus Lodzensis, Ord.
    Czestaw Falkowski, Episcopus Lomzensis
    Petrus Kalwa, Episcopus Lublinensis
    Franciscus Jop, Episcopus in Opole
    Herbertus Bednorz, Episcopus Coadiutor Katovicensis
    Stefan Barela, Episcopus Czestochoviensis
    Bogdan Sikorski, Episcopus Plocensis
    Edmund Nowicki, Episcopus Gedanensis
    Joannes Jaroszewicz, Admin. Apost. Kielcensis
    Jerzy Ablewicz, Episcopus Tarnovlensis
    Joseph Drzazga, Episcopus Vic. co. p. Olsztyn
    Stanistaw Jakiel, Vic. Cap. Przemygl
    Andrzej Wronka, Episcopus Auxil. in Wroclaw
    Venceslaus Majewski, Episcopus Auxil. Varsaviensis
    Georgius Stroba, Episcopus Auxil. in Gorzöw
    Franciscus Jedwabski, Episcopus Auxil. in Pozriafi
    Julianus Groblicki, Episcopus Auxil. Cracoviensis
    Carolus Pgkala, Episcopus Auxil. in Tarnöw
    Zygfryd Kowalski, Episcopus Auxil. Culmensis
    Georgius Modzelewski, Episcopus Auxil. Varsaviensis
    Jan Wosifiski, Episcopus Auxil. Plocensis
    Bogdan Bejze, Episcopus Auxil. Lodzensis
    Thaddaeus Szyagrzyk, Episcopus Auxil. Czestochoviensis
    Venceslaus Skomorucha, Episcopus Auxil. in Siedlce
    Jan Zargba, Episcopus Auxil. Vladislaviensis
    Henricus Grzondziel, Episcopus Auxil. in Opole
    Joseph Kurpas, Episcopus Auxil. Katovicensis
    Ladislaus Rubin, Episcopus Auxil. Gnesnensis
    Paulus Latusek, Episcopus Auxil. in Wroclaw
    Joannes Czerniak, Episcopus Auxil. in Gnienzno

     

     

    Die Antwort der deutschen Bischöfe an die polnischen Bischöfe
    vom 5. Dezember 1965

     

    Hochwürdigste Mitbrüder im bischöflichen Amt!

    Mit Bewegung und Freude haben wir Ihre Botschaft vom 18. No­vember dieses Jahres und Ihre freundliche Einladung zur Tausend­jahrfeier der Christianisierung des polnischen Volkes empfangen. Wir betrachten es als eine kostbare Frucht unserer gemeinsamen Konzilsarbeit, daß Sie dieses Wort an uns richten konnten. Dankbar greifen wir es auf und hoffen, den begonnenen Dialog in Polen und in Deutschland miteinander fortsetzen zu können. Mit Gottes Hilfe wird dieses Gespräch die Brüderlichkeit zwischen dem polnischen und dem deutschen Volk fördern und festigen.
    Wir sind uns bewußt, wie schwer es für viele Christen in Europa war und noch ist, nach den Schrecken des Zweiten Weltkrieges die fun­damentale Wahrheit unseres Glaubens mit ganzem Herzen festzu­halten, daß wir Kinder des himmlischen Vaters und Brüder in Chri­stus sind. Diese christliche Brüderlichkeit fand im Jahre 1948 beim Kölner Domjubilämn durch den Besuch französischer und engli­scher Kardinäle und Bischöfe ihren ersehnten Ausdruck. So möge auch im kommenden Jahr das Millenium der Taufe Polens ein sol­ches Zeichen werden.
    Sie haben uns in Ihrem Schreiben, ehrwürdige Brüder, in Erinne­rung gerufen, mit wie vielen Banden das polnische Volk seit Jahr­hunderten an das christliche Europa gebunden ist und welche Rolle es in der Geschichte dieses christlichen Europa gespielt hat ‑ und so, so hoffen wir, auch weiterhin spielen wird. Sie hatten dabei die Großherzigkeit, aus all diesen Jahrhunderten zunächst und vor al­lem Beispiele zu erwähnen, die sowohl Ihrem wie auch unserem Volke zur Ehre gereichen, Beispiele gemeinsamer Arbeit, aufrichti­ger Achtung, fruchtbaren Austausches und gegenseitiger Förderung, obwohl dies alles hätte zurücktreten können angesichts des Un­rechts und des Leides, das das polnische Volk im Laufe der Ge­schichte zu tragen hatte. Es ist ein tröstlicher Hinweis auf die von uns erhoffte und mit allen Mitteln zu erstrebende Zukunft, wenn Sie uns daran erinnern, wie die polnische Kirche im Mittelalter über alle Grenzen hinweg mit deutschen Städten, Gemeinden und Orden in vielfältigem Austausch gestanden hat. Es berührt uns tief, daß wir in der Verehrung der heiligen Hedwig vereint sind, die deutschen Geblütes und doch ‑ wie Sie schreiben ‑ die größte Wohltäterin des polnischen Volkes im 13. Jahrhundert war. Diese hellen Seiten des polnisch‑deutschen Verhältnisses in der Geschichte verdanken wir ohne Zweifel unserem gemeinsamen christlichen Glauben. Wir sind daher überzeugt und mit Ihnen, ehrwürdige Brüder, darin einig: Wenn wir über alle Unterschiede hinweg Brüder Christi sein wollen, wenn wir Bischöfe, wie es bei diesem Konzil deutlich wurde, zuerst und vor allem das Kollegium der Hirten sein wollen, die dem einen Volke Gottes dienen, und wenn wir so auch unsere Teilkirchen füh­ren, dann müssen die Schatten weichen, die leider noch immer über unseren beiden Völkern liegen.
    Furchtbares ist von Deutschen und im Namen des deutschen Volkes dem polnischen Volke angetan worden. Wir wissen, daß wir Folgen des Krieges tragen müssen, die auch für unser Land schwer sind. Wir verstehen, daß die Zeit der deutschen Besatzung eine brennende Wunde hinterlassen hat, die auch bei gutem Willen nur schwer heilt. Um so mehr sind wir dankbar, daß Sie angesichts dieser Tatsache mit wahrhaft christlicher Großmut anerkennen, wie in der Zeit des Na­tionalsozialismus auch ein großer Teil der deutschen Bevölkerung unter schwerem Gewissensdruck gestanden hat. Wir sind dankbar, daß Sie auch angesichts der Millionen polnischer Opfer jener Zeit sich an die Deutschen erinnern, die dem Ungeist widerstanden und zum Teil ihr Leben hingegeben haben. Es ist uns ein Trost, daß viele unserer Priester und Gläubigen in jener Nacht des Hasses betend und opfernd für das entrechtete polnische Volk eingetreten sind und für diese christliche Liebe Gefängnis und Tod auf sich genommen haben. Wir sind dankbar, daß Sie neben dem unermeßlichen Leid des polnischen Volkes auch des harten Loses der Millionen vertrie­bener Deutscher und Flüchtlinge gedenken.
    Eine Aufrechnung von Schuld und Unrecht ‑ darin sind wir einer Meinung ‑ kann uns freilich nicht weiterhelfen. Wir sind Kinder des gemeinsamen himmlischen Vaters. Alles menschliche Unrecht ist zunächst eine Schuld vor Gott, eine Verzeihung muß zunächst von ihm erbeten werden. An ihn richtet sich zuerst die Vaterunserbitte "Vergib uns unsere Schuld!" Dann dürfen wir auch ehrlichen Her­zens um Verzeihung bei unseren Nachbarn bitten. So bitten auch wir zu vergessen, ja wir bitten zu verzeihen. Vergessen ist eine menschliche Sache. Die Bitte um Verzeihung ist ein Anruf an jeden, dem Unrecht geschah, dieses Unrecht mit den barmherzigen Augen Gottes zu sehen und einen neuen Anfang zuzulassen.
    Dieser Anfang ist besonders belastet durch die bitteren Folgen des von Deutschland begonnenen und verlorenen Krieges. Millionen von Polen mußten aus dem Osten in die ihnen zugewiesenen Ge­biete übersiedeln. Wir wissen wohl, was darum für das heutige Polen diese Gebiete bedeuten. Aber auch Millionen Deutsche mußten ihre Heimat verlassen, in der ihre Väter und Vorfahren lebten. Diese wa­ren nicht als Eroberer in das Land gezogen, sondern im Laufe der Jahrhunderte durch die einheimischen Fürsten gerufen worden. Deshalb müssen wir Ihnen in Liebe und Wahrhaftigkeit sagen: Wenn diese Deutschen von "Recht auf Heimat" sprechen, so liegt darin ‑ von einigen Ausnahmen abgesehen ‑ keine aggressive Ab­sicht. Unsere Schlesier, Pommern und Ostpreußen wollen damit sa­gen, daß sie Rechtens in ihrer alten Heimat gewohnt haben und daß sie dieser Heimat verbunden bleiben. Dabei ist ihnen bewußt, daß dort jetzt eine junge Generation heranwächst, die das Land, das ih­ren Vätern zugewiesen wurde, ebenfalls als ihre Heimat betrachtet. Christliche Liebe versucht, sich jeweils in die Sorgen und Nöte des anderen hineinzuversetzen und so Spannungen und Grenzen zu überwinden. Sie will den Ungeist des Hasses, der Feindschaft und des Revanchismus ausmerzen. So wird sie dazu beitragen, daß alle unseligen Folgen des Krieges in einer nach allen Seiten befriedigen­den und gerechten Lösung überwunden werden. Sie dürfen über­zeugt sein, daß kein deutscher Bischof etwas anderes will und jemals etwas anderes fördern wird als das brüderliche Verhältnis beider Völ­ker in voller Aufrichtigkeit und ehrlichem Dialog.
    Zu solcher Brüderschaft des guten Willens kann uns die Erfahrung des Konzils Mut machen. Auch beim Konzil waren die Wege nicht immer überschaubar. Nicht immer leuchtete das Ziel klar und deut­lich, und oft standen die Väter zögernd an Wegkreuzungen, aber dann wurde uns durch Gottes Gnade ein Weg gezeigt und manch­mal eine überraschende Lösung geschenkt. So hoffen wir mit Ihnen, daß Gott auch unseren beiden Völkern in Zukunft Lösungen zeigen wird, wenn wir ihm Beweise unseres guten Willens geben. Als Zeichen unseres guten Willens, ehrwürdige Brüder, wollen wir, in auf­richtiger Dankbarkeit für Ihre Einladung, als Pilger zu Ihrem Ma­rienheiligtum nach Tschenstochau kommen und Anteil nehmen an Ihrer und Ihres ganzen Volkes Freude. Wir wollen mit Ihnen an den Heiligtümern beten, wo das polnische Volk sich oft und besonders in der heutigen Zeit Kraft und Segen von Gott erbittet. Wir verspre­chen, unsere Gläubigen aufzufordern, sich im kommenden Marien­monat mit unserem und Ihrem Gebet zu vereinen.
    Wir wollen alles tun, daß diese Verbindung nicht mehr abreißt. Im Jahr 1968 wird der Deutsche Katholikentag in Essen stattfinden. Im gleichen Jahr begeht das Bistum Meißen die Tausendjahr­feier seiner Gründung. Es wäre für uns und unsere Gläubigen eine große Freude, bei diesen Gelegenheiten polnische Bischöfe begrü­ßen zu dürfen. Bei unseren Einladungen haben wir mit Ihnen den Wunsch, daß die Begegnung der Bischöfe und der begonnene Dialog sich fortsetzen möge in allen Lebensbereichen unserer beiden Völ­ker. Alle Schritte, die diesem Ziel dienen können, werden wir von Herzen begrüßen. Darum erfüllen wir auch mit Freude Ihre Bitte, Ihren besonderen Gruß unseren evangelischen Brüdern in Deutsch­land zu übermitteln. Darüber hinaus dürfen wir uns in unseren Be­mühungen um gegenseitiges Verständnis einig wissen mit allen Menschen guten Willens.

    Hochwürdigste Brüder! Das Konzil hat uns zusammengeführt an heiliger Stätte zu gemeinsamer Arbeit und gemeinsamem Gebet. Die Grotten von St. Peter bergen die kleine Kapelle der Tschensto­chauer Madonna. Dort fanden wir auch das Bild der heiligen Hed­wig, die Ihr Volk besonders verehrt und die Sie "als den besten Aus­druck eines christlichen Brückenbaues zwischen Polen und Deutschland" ansehen.
    Von dieser großen Heiligen wollen wir lernen, uns in Ehrfurcht und Liebe zu begegnen. Am Schluß Ihres Schreibens stehen die kostba­ren Worte, die für unsere beiden Völker eine neue Zukunft eröffnen können: "Wir strecken unsere Hände zu Ihnen hin in den Bänken des zu Ende gehenden Konzils, gewähren Vergebung und bitten um Vergebung." Mit brüderlicher Ehrfurcht ergreifen wir die dargebote­nen Hände. Der Gott des Friedens gewähre uns auf die Fürbitte der "regina pacis", daß niemals wieder der Ungeist des Hasses unsere Hände trenne!

     

    Rom, 5. Dezember 1965

    Die Namen der deutschen Unterzeichner:
    Jos. Card. Frings, Erzbischof von Köln
    Julius Card. Döpfner, Erzbischof von München und Freising
    Lorenz Card. Jaeger, Erzbischof von Paderborn
    Josef Schneider, Erzbischof von Bamberg
    Hermann Schäufele, Erzbischof von Freiburg
    Alfred Bengsch, Erzbischof, Bischof von Berlin
    Joseph Schröffer, Bischof von Eichstätt
    Franz Hengsbach, Bischof von Essen
    Adolf Bolte, Bischof von Fulda
    Hermann Volk, Bischof von Mainz
    Rudolf Graber, Bischof von Regensburg
    Isidor Marcus Emanuel, Bischof von Speyer
    Carl Jos. Leiprecht, Bischof von Rottenburg
    Josef Stangl, Bischof von Würzburg
    Wilhelm Kempf, Bischof von Limburg
    Matthias Wehr, Bischof von Trier
    Josef Stimpfle, Bischof von Augsburg
    Heinrich Maria Janssen, Bischof von Hildesheim
    Helmut Hermann Wittler, Bischof von Osnabrück
    Johannes Pohlschneider, Bischof von Aachen
    Otto Spülbeck, Bischof von Meißen
    Joseph Höffner, Bischof von Münster
    Gerhard Schaffran, Bischof und Kapitelsvikar in Görlitz
    Heinrich Pachowiak, Weihbischof in Hildesheim
    Walter Kampe, Weihbischof in Limburg
    Johannes v. RudIoff, Weihbischof in Hamburg
    Augustinus Frotz, Weihbischof in Köln
    Eduard Schick, Weihbischof in Fulda
    Hugo Aufderbeck, Weihbischof in Erfurt
    Joseph Buchkremer, Weihbischof in Aachen
    Heinrich Tenhumberg, Weihbischof in Münster i.W.
    Alfons Kempf, Weihbischof in Würzburg
    Julius Angerhausen, Weihbischof in Essen
    Karl Gnädinger, Weihbischof in Freiburg
    Joseph Zimmermann, Weihbischof in Augsburg
    Carl Schmidt, Weihbischof in Trier
    FriedrichRintelen,Weihbischof in Magdeburg 
    Josephus Hiltl, Weihbischof in Regensburg
    Wilhelm Cleven, Weihbischof in Köln
    Bernardus Stein, Weihbischof in Trier
    Bernhard Schräder, Weihbischof in Schwerin
    K Josef Maria Reuss, Weihbischof in Mainz

  • 1970-06-02 Kardynał Wojtyła - Pielgrzymka polskich księży byłych więźniów obozów koncentracyjnych do Rzymu

    Przemówienie Ks. Kardynała Karola Wojtyły w dn. 2 czerwca 1970 r.

    1. Znaczenie pielgrzymki

    Chcę mówić o znaczeniu pielgrzymki polskich księży, byłych więźniów obozów koncentracyjnych, zwłaszcza obozu w Dachau, która w ciągu ostatniego tygodnia przebywała w Rzymie, biorąc udział w 50-leciu kapłaństwa Ojca Świętego Pawła VI.

    Pielgrzymka, jak wiadomo, wiąże się z 25 rocznica wyzwolenia obozu w Dachau, co miało miejsce w dniu 29 kwietnia 1945 r. W tym samym dniu – po 25 latach – Księża więźniowie, którzy przeżyli obóz ( a takich jest mniejszość, gdyż większość znalazła tam śmierć w latach straszliwej kaźni), przybyli do Kalisza, aby za swe wyzwolenie raz jeszcze podziękować św. Józefowi. Dziękczynienie było wyrazem głębokiej wiary w Opatrzność Bożą, która w przedziwny sposób kieruje ludzkimi losami. Tak przedziwne było właśnie owo wyzwolenie: prawie, że w przeddzień przewidywanej, bo przygotowywanej zagłady.

    Ocaleni kapłani, gromadząc się w Kaliszu – a z kolei w dniu 3 maja na Jasnej Górze, wyruszając następnie w pielgrzymkę do Rzymu poprzez Mauthausen, Gusen i Dachau – chcieli nie tylko spłacić dług wdzięczności osobistej i wspólnej zarazem. Bardziej jeszcze chcieli być świadkami tych wszystkich swoich braci, nie tylko kapłanów, ale także świeckich, którym nie było dane dożyć dnia wyzwolenia, albo nawet po wyzwoleniu – dożyć tego 25-lecia. Przy różnych okazjach, nasi pielgrzymi podkreślali, że jako żyjący, pragną świadczyć o wszystkich tych, którzy zginęli. W szczególny sposób pragną świadczyć o swoich braciach w kapłaństwie, którzy swe powołanie spełnili w obozie kaźni i zagłady, aż po ofiarę życia. Takie świadectwo złożyć chcieli samemu Ojcu Świętemu na dzień złotego jubileusze jego kapłaństwa, który przypadł na dzień 29 maja tego roku. Uważali oni, że jest ich obowiązkiem złożyć takie świadectwo: żywi bowiem mają świadczyć o zmarłych, i nadawać życie tej prawdzie i tym wartościom, które zawarły się w śmierci tamtych. Jest to w chrześcijaństwie postawa i tradycja, która sięga pierwszych wieków Kościoła, a początek swój i ostateczne pokrycie znajduje w Zmartwychwstaniu Chrystusa. Świadectwo polskich kapłanów, pielgrzymujących przez Dachau do Rzymu, jest dalszym ciągiem tego  chrześcijańskiego świadectwa, które – pod inną postacią – przedłużyło się w nasze czasy i pozostało udziałem naszego stulecia.

    2. Autorealizacja Kościoła posoborowego

    To zasadnicze znaczenie pielgrzymki trzeba jednak odczytać jeszcze bardziej szczegółowo, w kilku aspektach, które dość przejrzyście się ujawniły. Pielgrzymka Kapłanów, byłych więźniów, i to właśnie w związku z jubileuszem kapłaństwa Papieża, sięga w tę zasadnicza sprawę kościoła, jaka jest kapłaństwo: powołanie i życie kapłańskie. jest to jeden z zasadniczych czynników autorealizacji Kościoła. Wystarczy wspomnieć, że Sobór nadał tej sprawie zarówno określona postać doktrynalną, jak i kierunek pastoralny. Realizacja tej postaci i tego kierunku utożsamia się z realizacja Soboru. Jest więc sprawą wierności dla Ducha Świętego; On bowiem – zgodnie z przyrzeczeniem Chrystusa danym Apostołom – stale „przypomina” Kościołowi wszystko, co Chrystusa powiedział, utrzymując zasadniczą tożsamość Jego nauki, w zmieniających się warunkach i okolicznościach czasu. Nauka o kapłaństwie, o powołaniu, życiu i posłudze kapłanów, jest zarazem istotna częścią życia w Kościele. Co więcej: cała egzystencja chrześcijańska znajduje tutaj jakieś swoje uzasadnienie, potwierdzenie i oparcie.

    Kościół w Polsce uczestniczy w sobie właściwy sposób w powszechnych zadaniach odnowy soborowej. pielgrzymka polskich kapłanów, byłych więźniów, na jubileusz kapłaństwa Ojca Świętego jest wyrazem tego, że Kościół w Polsce – w oparciu o swoje szczególne doświadczenia – pragnie uczestniczyć w kształtowaniu świadomości kapłańskiej: nie tylko na własnym terenie, ale na „warsztacie pracy” Kościoła Powszechnego. Wiadomo bowiem – na podstawie wielu faktów, które znalazły oddźwięk również i w czasie ostatniego Synodu, że sprawa świadomości kapłańskiej, kierunek i sposób wejścia kapłana we współczesne człowieczeństwo, narasta na wielu terenach, jako problem współczesnego Kościoła.

    Kapłani obozowcy, którzy przybyli w pielgrzymce przez Dachau do Rzymu, świadczą o tym, że kapłaństwo jest taką rzeczywistością w człowieku wyświęconym, która pozwala się odnaleźć w warunkach gruntownie przeciwnych: w warunkach zewnętrznie wykluczających posłannictwo i posługę kapłanów. Ci ludzie, a także ich świeccy bracia-współwięźniowie doświadczyli tego, jak – w trudnych warunkach – ujawniała się istota samego kapłaństwa.

    3. Szczególna dokumentacja

    Pielgrzymi z Polski ofiarowali Pawłowi VI kielich, w którym w obozie sprawowali Najświętsza Ofiarę. Ofiarowali tez „Mszał oświęcimski”: strzęp papieru, na którym drobnym pismem przepisano tekst Mszy św. De Beata, aby mógł się nim posługiwać kapłan odprawiający ja w obozie; jakby we współczesnych katakumbach, gdzie za taki „zbrodniczy” czyn groziła najgorsza kara.

    Jest to również jakaś szczególna dokumentacja, której nie można pominąć we współczesnych rozważaniach na temat świadomości kapłana i jego miejsca w świecie. Dokumentacja ta mówi, że to miejsce znajdowali kapłanów w świecie najbardziej nieludzkim. Wspomnienie tego świata, jego groza, wciąż ciąży nad światem, który chce się stawać coraz bardziej ludzki. Czy tylko i wyłącznie „ludzki”?

    W czasie pobytu w Rzymie, pielgrzymka polskich księży-obozowców nie tylko została po ojcowsku przyjęta przez Pawła VI, ale także miała sposobność spotkać się z kard. Villot, sekretarzem stanu, oraz z kard. Dell’Acqua, wikariuszem Rzymu; następnego zaś dnia z kard. Seperem, prefektem Kongregacji dla Spraw Duchowieństwa. Wszyscy ci współpracownicy ojca Świętego zgodnie odczytywali znaczenie tego świadectwa, jakie pielgrzymka polskich księży-obozowców wnosi we współczesną, posoborową problematykę kapłana w kościele i świecie.

    Kościół w Polsce widzi w tym własny wkład w te trudna problematykę. I dlatego, pielgrzymce kapłanów-obozowców towarzyszą w roku bieżącym szczególne modlitwy na Jasnej Górze, a także we wszystkich kościołach i parafiach. Motywem tych modlitw jest jubileusz kapłaństwa Ojca Świętego; ich treścią: kapłaństwo i kapłani w całym Kościele.

    4. Modlitwa o pokój

    Ten aspekt historycznej pielgrzymki księży polskich przez Dachau do Rzymu, pozostaje jakby wewnątrz Kościoła, ad intra. Wypada jeszcze – pokrótce – uwydatnić aspekty, które wiążą się z misją Kościoła ad extra, wobec świata, wobec doczesności i historii. Nasi księża-obozowcy na wielu miejscach dawali wyraz temu, że ich pielgrzymka jest zarazem szczególną modlitwa o pokój. Sami przecież stali się ofiarami okrucieństw ostatniej wojny, europejskiej i światowej, a chcieli być świadkami tych milionów ofiar, które wojna ta pochłonęła choćby w samych obozach zagłady. Trzeba, aby to znaczenie pielgrzymki było również odczytane do końca. Znajdujemy się w sferze argumentów moralnych. Paweł VI przemawia wciąż do sumienia współczesnej ludzkości. Wymowa polskiej pielgrzymki jest taka sama.

    Równolegle z wołaniem o pokój, wymowa ta idzie w kierunku naszej ojczyzny. Księża-obozowcy są częścią, ale częścią integralną tych pokoleń Polaków, którzy nie po raz pierwszy – na przestrzeni dwóch ostatnich stuleci – musieli podjąć walkę o wolność, o prawo do istnienia własnej Ojczyzny na mapie Europy, w miejscu wyznaczonym przez Opatrzność i bieg historii. Ci, którzy cierpieli i zginęli w obozach, walczyli również dla tej sprawy. Prawo narodu do istnienia, do niepodległości, jest jednym ze współczynników obiektywnego porządku moralności. Kościół w Polsce, Jego kapłani w ostatnim okresie dziejów naszej Ojczyzny, wielokrotnie dowiedli, jak wielka jest cena tego prawa i porządku. A płacąc te cenę wraz z innymi, trafiali w sens swojego kapłaństwa: bo kapłan, zawsze i wszędzie „dla ludzi jest ustanowiony, we wszystkich sprawach, które prowadza do Boga” (Hbr 5,1).

    W niedziele 31 maja pielgrzymka polskich księży-obozowców ruszyła w drogę powrotną z Rzymu do Polski. Ojciec Święty w swoim przemówieniu życzył, aby pielgrzymka ta mogła stać się zaczątkiem następnych.

  • 1971-10-05 Kardynał Wojtyła - Przed beatyfikacją o. Maksymiliana Kolbego

    Przemówienie Ks. Kardynała Korola Wojtyły
    w dn. 5 października 1971 r.

    W niedzielę 17 października Kościół zaliczy w poczet błogosławionych Człowieka, którego życie i śmierć na sposób szczególny są związane z naszym stuleciem. Wystarczy sobie uświadomić, ze gdyby dotąd żył – o. Maksymilian Kolbe liczyłby siedemdziesiąt siedem lat. Kiedy umarł w bunkrze głodu w Oświęcimiu miał lat czterdzieści siedem, a w tej chwili zaledwie trzydzieści lat dzieli nas od jego śmierci. Doczekał się wyniesienia na ołtarze w stosunkowo bardzo krótkim czasie. Tak bardzo intensywnie narastała opinia świętości, jakby pokolenie, które przeżyło straszliwą druga wojnę światową i pamięta grozę obozów koncentracyjnych, chciało w uznaniu o. Maksymiliana za błogosławionego osiągnąć inne świadectwo o sobie i pozostawić je pokoleniom następnym. Jednakże nie same tylko pragnienia ludzkie kształtują drogę beatyfikacji. Kształtuje je sama Opatrzność Boża przez swoje znaki. Przyjmujemy więc z wdzięcznością fakt, że w tym rychłym wyniesieniu na ołtarze sługi Bożego potomni będą mogli odczytywać przez wieki takie właśnie heroiczne świadectwo, jakie w swoim pokoleniu pozostawił o. Maksymilian Maria Kolbe.

    Opinia świętości narastała wokół niego w ciągu całego życia, które było niezwykłe i nieprzeciętne. Jednakże ostatecznie i definitywnie opinia ta zaczęła rozchodzić się i promieniować z miejsca jego śmierci. Był zaś tym miejscem obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, bunkier głodu, do którego o. Maksymilian został wtrącony na miejsce innego więźnia, Franciszka Gajowniczka. Sam prosił o to komendanta obozu wówczas, gdy ten wybrał Gajowniczka jako jednego z dziesięciu, którzy mieli iść na śmierć głodową w bunkrze. Śmierć głodowa dziesięciu więźniów miała być okupem wobec władz obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu za ucieczkę jednego. Był to akt terroru – jeden z wielu stosowanych w obozie, gdzie życie ludzkie stawało się nieludzkie. Nie tylko wyniszczająca siły fizyczne praca, ale stała atmosfera terroru i strachu, składała się na ów nieludzki system ludzkiej egzystencji. Poprzez obozy koncentracyjne lata pierwszej połowy naszego stulecia pozostawiły bolesne świadectwo pogardy i nienawiści człowieka.

    Czyn o. Maksymiliana jest na tym straszliwym tle czymś zaskakującym. Człowiek chce dać życie za człowieka. Więzień za więźnia, dlatego, że – jak uznał – tamtemu bardziej potrzebne jest życie: ma żonę i dzieci – niż jemu zakonnikowi, który od młodości poświęcił swoje życie wyłącznie Bogu. „Jak to się stało – mówi Gajowniczek („Kultura”, 15 sierpnia 1971) – że Fritsch (komendant obozu) usłuchał więźnia – nigdy tej zagadki się nie wyjaśni. Nie wierzyłem sobie, że znów będę żył”. Czy o. Maksymiliana był od razu w pełni czytelny, w oczach ludzi, którzy nań patrzyli miał od razu swe właściwe ewangeliczne znaczenie. Więźniowie świadczą, że tak o tym czynie o. Kolbego mówiono w obozie oświęcimskim, i że to wielu podnosiło go na duchu. Ofiara poniesiona za brata musiała  w sposób szczególny przypomnieć słowa Chrystusa: „nikt nie ma większej miłości nad tę, żeby duszę swa położyć za przyjaciół swoich” (J 15,13).

    Ofiary o. Maksymiliana, jego śmierci w bunkrze głodu, która nastąpiła w kilkanaście dni po wystąpieniu z szeregu, aby pójść na miejsce innego więźnia, nie można pojąć w oderwaniu od całości jego życia. Ewangeliczne znaczenie tej śmierci tłumaczy się całością życia Sługi Bożego, jak równocześnie można powiedzieć, że śmierć stanowi ostatnie słowo tego życia, że w niej spełnia się do końca jego najistotniejsza treść. O. Maksymilian Kolbe był synem duchowym św. Franciszka, był żarliwym apostołem swoich czasów w Polsce i na misjach w Japonii, był wreszcie kapłanem, który swoje kapłaństwo pojmował jako niepodzielne i całkowite oddanie Bogu na wzór Chrystusa.

    Istnieje szereg książek o o. Maksymilianie Kolbe, ostatnio został opublikowany w Warszawie tom pt.: Studia o o. Maksymilianie Kolbe, zawierający prace naukowe na jego temat. We wszystkich ujęciach uderza po pierwsze bezwzględne przystosowanie siebie do niezmiennych prawd Ewangelii, owa istotnie wysoka a równocześnie tak bardzo prosta droga życia franciszkańskiego. Po drugie – rys współczesności w dziedzinie apostolstwa: o. Maksymilian stał się pionierem środków społecznego przekazu (mass media) w apostolstwie, przede wszystkim prasy, i wszystkie swoje energie włożył w zorganizowanie nowoczesnego warsztatu pracy apostolskiej, na terenie polskiego i japońskiego Niepokalanowa. Wreszcie – i to jest jakaś najgłębsza tajemnica duszy o. Maksymiliana: jego zupełnie swoista i niepowtarzalna miłość do Maryi, do Niepokalanej. Jest w tej miłości i postawa dziecka pełna bezwzględnej, heroicznej ufności, i postawa rycerza, który pragnie cały świat podbić dla swego Ideału. Wystarczy sobie przypomnieć, że wydawany przez Kolbego miesięcznik nosił w Polsce i Japonii nazwę „Rycerz Niepokalanej”. Założone zaś przez niego – jeszcze w latach kleryckich – stowarzyszenie bardzo podobną nazwę Militia Immaculatae.

    I to wszystko razem wypełniło czterdzieści siedem lat życia sługi Bożego na ziemi. Czterdzieści siedem lat trudnych, pracowitych, żarliwych. Kresem tych lat jest więzienie, obóz koncentracyjny, zdeptanie ludzkiej godności, wreszcie śmierć głodowa. Milenijny Kościół w Polsce, młody Kościół w Japonii, wreszcie Kościół na całym świecie raduje się z o. Maksymiliana, raduje się z jego życia i śmierci, z jego ofiary i zwycięstwa, z uczestnictwa w Chrystusowym Krzyżu i Zmartwychwstaniu. „Udręczenie życia doczesnego nie są niczym wobec przyszłej chwały, która się w nas objawi” (Rdz 8,18) – te słowa św. Pawła ożywają w duszy całego Ludu Bożego, w którym Sobór Watykański II odnowił świadomość eschatologiczną, świadomość Bożych przeznaczeń. Równocześnie zaś ten że Lud Boży odczytuje w o. Maksymilianie historyczna ciągłość dzieła Odkupienia, które wchodzi w dzieje i zakorzenia się w węzłowych punktach ludzkiego dramatu na ziemi. Tak więc świadek wiecznej i niebiańskiej chwały: Sługa Boży o. Maksymilian Kolbe – od 17 października pośród Błogosławionych Kościoła – jest zarazem świadkiem naszego stulecia, świadkiem pokolenia, które nosi w sobie głębokie rany i potrzebuje łaski uzdrowieńczej jako owoców Chrystusowego Odkupienia.

    Ojciec Święty Paweł VI mocą swego najwyższego w Kościele urzędu apostolskiego zaliczy Sługę Bożego Maksymiliana Kolbego w poczet błogosławionych Kościoła podczas obrad Synodu Biskupów w Rzymie. Tematem Synodu jest kapłaństwo służebne (sacerdotium ministeriale) i sprawiedliwość w świecie współczesnym. Wśród wielu głosów, jakie odzywa  się w obu tych sprawach na Synodzie, trzeba ażeby był usłyszany również i ten głos jedyny, któremu na imię o. Maksymilian Maria Kolbe w pełnym wymiarze swego życia i śmierci, swego oddania i swej ofiary, swego ubóstwa, swej posługi i swego heroizmu, swojej ufności i swego zwycięstwa przez Krzyż.

    I trzeba, ażeby ten Głos był usłyszany.

  • 1971-10-17 Papież Paweł VI - Homilia Podczas Beatyfikacyji O. Maksymiliana Marii Kolbego


    Maksymilian Kolbe błogosławionym! Co znaczą te słowa? Znaczą one, że Kościół uznaje w nim kogoś zupełnie wyjątkowego, kogoś, w kim łaska Boża i natura ludzka splotły się tak przedziwnie, że powstało arcydzieło świętości. W życiu jego bowiem to co Boże i to co ludzkie, co przyrodzone i co nadprzyrodzone, łączą się nierozerwalnie i kształtują stopniowo szczególny wymiar wielkości moralnej i duchowej, nieodparty rozpęd ku szczytom absolutu, który nazywamy świętością. Błogosławiony jest godzien czci i kultu w danym kościele lokalnym, jako wspaniały odblask mocy Ducha Uświęciciela. Błogosławiony to znaczy zbawiony i uwielbiony, to znaczy obywatel nieba ze wszystkimi cechami obywatela tej ziemi; to nasz brat i przyjaciel, najbardziej nam bliski w tajemnicy świętych obcowania, czyli w Ciele Mistycznym Chrystusa, którym jest Kościół w czasie i w wieczności. Błogosławiony jest naszym orędownikiem i obrońcą w Królestwie miłości wspólnie z Chrystusem "zawsze gotowy wspomagać" (Hbr 7, 25;por. Rz 8, 34).

    Jednym słowem, jest on doskonałym wzorem człowieka, którego winniśmy naśladować, zgodnie ze słowami świętego Pawła: "Bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa" (l Kor 4, 16).

    W ten sposób możemy od dziś myśleć o nowym Błogosławionym. Lecz kim jest Maksymilian Kolbe? Dobrze go znacie! Wszak jest tak bliski naszemu pokoleniu wspólnym doświadczeniem naszych czasów. Wiemy o nim wszystko. Rzadko kiedy proces beatyfikacyjny rozporządza takim bogactwem dokumentów. Tylko ze względu na ścisłość prawdy historycznej przypomnimy pokrótce główne fakty z życia ojca Maksymiliana Kolbe.

    Urodził się on w Zduńskiej Woli w pobliżu Łodzi 8 stycznia 1894. Wstąpił do Seminarium ojców Franciszkanów w 1907 roku. Następnie został wysłany do Rzymu, gdzie studiował na Gregorianum oraz w Seraficum. Będąc jeszcze studentem, założył Milicję Niepokalanej. Wyświęcony na kapłana 28 kwietnia 1918 roku, wrócił do Polski i rozpoczął swój apostolat Maryjny, zakładając miesięcznik "Rycerz Niepokalanej", który z czasem osiągnął milionowy nakład. W 1927 roku założył Niepokalanów, ośrodek życia religijnego i apostolstwa prasy. W 1930 roku udał się do Japonii, gdzie założył podobny ośrodek. Powróciwszy ostatecznie do Polski, oddał się działalności apostolskiej poprzez publikacje religijne. Druga wojna światowa zastała go na kierowniczym stanowisku jednego z największych zakładów wydawniczych w Polsce. Aresztowany 19 września przez Gestapo, został wywieziony najpierw do obozu w Lamsdorf w Niemczech, później do tymczasowego obozu koncentracyjnego w Amtitz. Uwolniony 8 grudnia 1939 roku, wrócił do Niepokalanowa, alby podjąć przerwaną działalność. Ponownie aresztowany w 1941 roku, został osadzony na Pawiaku w Warszawie, a następnie przewieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Oddał życie za nieznanego człowieka, skazanego na śmierć w bunkrze głodowym w odwet za zbiegłego więźnia. Zaopatrzył on na śmierć skazanych i 14 sierpnia 1941 roku, w samą wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej, został dobity zastrzykiem fenolu. Ciało jego zostało spalone w krematorium (o. Ernesto Piacentini OFM Conv.).

    Podczas takich uroczystości jak dzisiejsza, dane biograficzne toną niejako w olśniewającym blasku rdzennych cech, które tworzą duchową sylwetkę nowego Błogosławionego. Spróbujmy ująć je pokrótce, aby lepiej utrwaliły się w naszej pamięci.

    Maksymilian Kolbe był apostołem kultu Maryjnego. Czcił Matkę Bożą imieniem, które sama sobie nadała w Lourdes: "Jam jest Niepokalane Poczęcie". Niepodobna rozłączać działalności ojca Kolbe od imienia Niepokalanej. On to założył w Rzymie 17 października 1917 roku jeszcze przed otrzymaniem święceń kapłańskich Milicję Niepokalanej. A więc dzisiaj właśnie obchodzimy rocznicę. Wiadomo, z jaką niewiarygodną wprost śmiałością i nadzwyczajnym talentem organizacyjnym, ten pokorny i cichy franciszkanin rozwijał swoją działalność i szerzył nabożeństwo do Matki Chrystusa, "obleczonej w słoneczną szatę" (Obj 12, l). Nabożeństwo to było podstawą jego duchowości, jego apostolstwa i jego teologii.

    Spuścizna duchowa naszego Błogosławionego nie budzi w nas ani cienia wahania czy wątpliwości, aczkolwiek dziś właśnie pobożność Maryjna wznieca niekiedy pewną nieufność wobec dwu nurtów teologicznych: chrystologicznego i eklezjologicznego, które zdają się z nią współzawodniczyć. Wręcz przeciwnie, w mariologii ojca Kolbe Chrystus zajmuje pierwsze, konieczne i wystarczające dla ekonomii zbawienia miejsce. Ani w swych poglądach teologicznych, ani w swej działalności apostolskiej, ojciec Kolbe nigdy nie pomijał miłości do Kościoła i jego zbawczej misji. Wszak cała wielkość i wszystkie przywileje Matki Bożej wypływają z Jej dopełniającego, podporządkowanego zadania w stosunku do kosmologicznego, antropologicznego i zbawczego wymiaru działalności samego Chrystusa.

    Znamy te prawdy oczywiste. Zgodnie z całą doktryną teologiczną, z całą liturgią i teologią życia wewnętrznego, ojciec Kolbe widzi Maryję włączoną w Boże plany zbawienia jako "kres odwiecznego zamiaru", jako Pełnię Łaski, jako Stolicę Mądrości, jako przeznaczoną od wieków Matkę Słowa Wcielonego, jako Królowę Mesjańskiego Królestwa a jednocześnie jako Służebnicę Pańską, wybraną, aby ofiarować swój udział niezastąpiony w dziele zbawienia, jako Matkę Boga-Człowieka. "Maryja jest tą, za której pośrednictwem ludzie zbliżają się do Chrystusa i tą, za pośrednictwem której Jezus do ludzi się zbliża" (L. Bouyer, Le trone de la Sagesse, 69).

    Nie można więc wysuwać zastrzeżeń ani pod adresem Kościoła, ani pod adresem naszego Błogosławionego, z racji jego entuzjastycznego kultu Matki Bożej. Kult ten nigdy nie osiągnie tych wyżyn, na jakie zasługuje Maryja w tajemnicy jedności łączącej Ją z Chrystusem tak gruntownie uzasadnionej w Nowym Testamencie. Nie ma więc mowy o "mariolatrii", podobnie, jak nigdy światło księżyca nie przyćmi blasku słońca. Misja zbawcza, powierzona posłudze Kościoła, nie zostanie nigdy wypaczona, jeżeli będzie on czcić Maryję, swoją Córkę najznamienitszą i swoją duchową Matkę. Cechą charakterystyczną rzec można oryginalną mariologii ojca Kolbe, jest wyjątkowe znaczenie, jakie przypisuje Jej zadaniu wśród obecnych potrzeb Kościoła; jest jego wiara w spełnienie wizji proroczej Bożego triumfu w wiekuistej chwale i wywyższeniu maluczkich, a także wiara w Jej wstawiennictwo, w skuteczność Jej przykładu i w obecność Jej macierzyńskiej miłości. Sobór Watykański II utwierdził nas w tych prawdach oczywistych, a dziś z nieba ojciec Kolbe pomaga nam rozważać je i zgłębiać.

    Ten Maryjny rys nowego Błogosławionego włącza go do grona wielkich świętych, obdarzonych duchem proroczym, którzy pojęli, uczcili i wysławiali tajemnicę Maryi.

    Rozważmy z kolei przejmujący epilog apostolskiej "kariery" Maksymiliana Kolbe. W dniu dzisiejszym Kościół w szczególny sposób uwydatnia jego śmierć, wywyższając w chwale tego cichego, pokornego zakonnika, przykładnego ucznia świętego Franciszka i rycerza rozmiłowanego w Niepokalanej. Okoliczności jego zgonu są tak okropne i wstrząsające, że wolelibyśmy ich nie wspominać. Do jakiego dna zwyrodnienia stoczyć się może człowiek, pastwiąc się nad bezbronnymi, zdegradowanymi do rangi niewolników, skazanymi na unicestwienie po to tylko, aby po ich trupach mógł wspinać się ku władzy! Miliony padły ofiarą przemocy, pychy i kultu rasy. Mimo odrazy, musimy jednak uprzytomnić sobie te czasy okrutne, aby móc z nich wyłowić tu i ówdzie jakąś iskrę człowieczeństwa. Niestety, dzieje świata nie będą mogły wykreślić tych tragicznych kart! Ale zarazem nie ujdą nigdy naszej uwagi punkty świetliste, które właśnie teraz rozważamy, gdyż one to właśnie przezwyciężają ów niepojęty mrok. Jednym z tych punktów gorejących, może najświetlistszych jest cicha postać Maksymiliana Kolbe o niezłomnej, choć na pozór paradoksalnej ufności! Ten pokorny bohater pozostanie wśród największych jako znak widomy wartości i mocy moralnych, utajonych w umęczonych i sponiewieranych rzeszach. Na tym nieobeszłym przedsionku śmierci świta słowo życiodajne, słowo Jezusa, odsłaniającego tajemnicę niewinnego cierpienia: stać się okupem za braci, ofiarą całopalną, a ponad wszystko - miłością. "Nikt nie ma większej miłości niż ten, kto daje życie swoje za przyjaciół swoich" (J 15, l3). Chrystus mówił to o sobie przed wypełnieniem zbawczej ofiary za odkupienie świata. Wszyscy są Mu przyjaciółmi, gdy słuchają Jego słów. W straszliwym obozie oświecimskim ojciec Kolbe wypełnił ten nakaz miłości zbawczej w podwójnym sensie.

    Kto z nas nie pamięta niezrównanego faktu? "Jestem kapłanem katolickim" mówi ojciec Kolbe ofiarując siebie na śmierć i na jaką śmierć! dla ratowania życia skazanego w mściwym odwecie, nieznanego mu towarzysza niedoli. Był to wielki moment: ofiara została przyjęta. Zrodziła się ona z serca nawykłego do wyrzeczeń, jakby w naturalnym odruchu posługi kapłańskiej. Wszak kapłan "drugim Chrystusem"! Czyż Chrystus-Kapłan nie stał się żertwą ofiarną na zbawienie ludzi? Jakaż to chluba, jaki przykład dla nas kapłanów, stwierdzać w życiu i śmierci ojca Kolbe wykładnik naszego własnego posługiwania i naszej misji! Jakież to ostrzeżenie dla naszych skłóconych czasów, gdy przedkłada się niekiedy swoje prawa przyrodzone ponad prawo Boże, ponad powołanie do całkowitego dania się Chrystusowi, aby iść Jego śladem. I jakież to pokrzepienie dla drogich nam, zwartych i wiernych szeregów kapłanów i zakonników, którzy wówczas nawet, gdy z godziwą intencją bronią swej misji przed przeciętnością i frustracją społeczną, mimo wszystko zostają wierni swemu posłannictwu: "Jestem kapłanem katolickim i dlatego właśnie oddaję swe życie na okup za braci". Ten właśnie nakaz błogosławiony Maksymilian zostawił w szczególności nam, sługom Kościoła Bożego, a także wszystkim, którzy żyją jego duchem.

    Do tego kapłańskiego motywu dołącza się drugi: ofiarna śmierć błogosławionego Maksymiliana tłumaczy się również przyjaźnią. Wszak był Polakiem! Jako Polak został skazany na obóz śmierci. Jako Polak zamienił swój los na los współrodaka, Franciszka Gajowniczka, przyjmując śmierć za niego. Jakież uczucia rodzą się w duszy na myśl o postawie ludzkiej, społecznej, narodowej Maksymiliana Kolbe, syna szlachetnej, katolickiej Polski, idącego na dobrowolną śmierć! Historyczne, męczeńskie przeznaczenie narodu polskiego znajduje wyraz w tym heroicznym akcie. We wspólnym cierpieniu Polska odnajduje świadomość swojej jedności i misji rycerskiej. Realizuje się ona poprzez ofiarę jej synów, gotowych poświęcić własne życie za innych, trzymających w ryzach wrodzoną porywczość w imię niezłomnego braterstwa, wiernych duchowi katolickiemu, który ich znaczy znamieniem żywych członków Kościoła Powszechnego oraz niezłomną ufnością w cudowną opiekę Matki Bożej.

    Oto tajemnica ich bujnego odrodzenia! Oto promienie świetliste, spływające z rąk nowego Męczennika, który odsłania prawdziwe oblicze polskiego narodu, moc jego wiary, miłość płomienną, wolę pojednania, pokoju i pomyślności. Kościół i świat cały czerpać będą z tych planów.

  • 1971-10-17 Kardynał Wojtyła – z okazji beatyfikacji O. Maksymiliana Kolbego

    Znak Naszej Epoki

     

    Artykuł ks. kard. Karola Wojtyły zamieszczony w krakowskim "Tygodniku Powszechnym" (nr 42, 17 X 1971) z okazji beatyfikacji O. Maksymiliana Kolbego

     

    W dniu 17 października zostaje wyniesiony na ołtarze sługa Boży O. Maksymilian Maria Kolbe, nasz rodak i człowiek naszych czasów. Ołtarze są miejscem ofiary, którą na nich składa Chrystus przez posługę kapłanów Kościoła. Człowiek, który zostaje wyniesiony na ołtarze, dostępuje tego wyniesienia ze względu na ofiarę. W wypadku O. Maksymiliana ten motyw wyniesienia i czci jest szczególnie czytelny i do głębi przejmujący. Nie została po tym Słudze Bożym najmniejsza cząsteczka jego ciała czy kości, albowiem wszystko strawił ogień w piecu krematoryjnym. Stało się to w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu w wigilię uroczystości Wniebowzięcia, 14 sierpnia 1941 r. W trzydzieści lat po śmierci doznaje wyniesienia na ołtarze człowiek, który takim ostatecznym wyniszczeniem dopełnił za naszych czasów tego, "czego nie dostaje cierpieniom Chrystusa" (Kol l, 24).

    Droga do chwały prowadzi poprzez dopełnienie ofiary Chrystusa. Kościół ma świadomość tej drogi, wyznaje ją i naucza jej poprzez ludzi, których chwałę obwieszcza - jak w dniu 17 października obwieści chwałę 0. Maksymiliana. Przez to Kościół wciąż na nowo przypomina człowiekowi, że jest powołany do chwały, a Ewangelia Chrystusa, Jego krzyż i zmartwychwstanie wskazują mu do niej pewną drogę. Święci stanowią - poprzez wszystkie pokolenia - jakby milowe słupy pewności tej drogi, jaką Lud Boży na całej ziemi podąża do swych ostatecznych przeznaczeń. Jeżeli ich wyniesienie na ołtarze wraz z Chrystusem jest jakimś promieniem ostatecznego Spełnienia, to równocześnie promień ten pada na całe ich życie ziemskie i oświetla czasem całą epokę.

    O. Maksymilian Maria Kolbe pozostanie znakiem naszej epoki - znakiem szczególnie wyrazistym. To krótkie stosunkowo życie jest syntezą i zarazem jakby zwierciadłem, w którym epoka ta znajduje swe wielostronne odbicie. Współczesny syn św. Franciszka z Asyżu umiał wspaniale połączyć zamiłowanie do ubóstwa z nowoczesnym rozmachem apostolskim i misyjnym. Kościół może w nim, twórcy polskiego i japońskiego Niepokalanowa, widzieć patrona tego apostolstwa, które śmiało posługuje się nowoczesnymi środkami przekazu, przede wszystkim prasą i publicystyką. Jeśli życie O. Maksymiliana tak wyraźnie stało pod znakiem naszych czasów, to cóż powiedzieć o jego śmierci - o tej śmierci w bunkrze głodowym poniesionej za brata?

    Sobór Watykański II na wielu miejscach głosi, że posłannictwem Kościoła jest także to, ażeby życie ludzkie czynić bardziej ludzkim. Czyż nie uczynił bardziej ludzkim życia ludzi w tym miejscu tak straszliwie nieludzkim, jakim był obóz śmierci w Oświęcimiu, sługa Boży Maksymilian? Czyż nie staje się on na naszych oczach patronem tego trudnego posłannictwa Kościoła? Trwa dramatyczna walka między dobrem a złem, między światłem a ciemnością - czytamy w Konstytucji pastoralnej - człowiek odkrywa, że jest niezdolny o własnych siłach zwalczać skutecznie napaści zła... "ale sam Pan przyszedł, aby człowieka uwolnić i umocnić" (Gaudium et spes, nr 13). To szczególniejsze przyjście Pana przeżył Kościół, a z nim rodzina ludzka, w ginącym w bunkrze oświęcimskim O. Maksymilianie. W tym świetle "znajduje swoje ostateczne wyjaśnienie" nie tylko "głęboka nędza, której człowiek doświadcza", ale także "wzniosłe jego powołanie" (tamże).

    Oto wstępuje na ołtarz chwały syn polskiej ziemi, świadek Chrystusa, a zarazem przejmujący zaprawdę świadek naszych czasów. Pan przeszedł przez jego życie i śmierć i wyraził w nim szczególne swoje podobieństwo. To przejście Pana niosło z sobą miłość i świętość, która wzrastała pod macierzyńskim wzrokiem Niepokalanej, jakby pod jej sercem. Szczególna tajemnica powołania O. Maksymiliana Marii, jego tak bardzo owocnego apostolstwa i jego ostatecznego zwycięstwa łączy się z duchowym macierzyństwem Bogarodzicy i jest nowym potwierdzeniem Jej błogosławionej obecności w Kościele. Radujemy się, iż ten sprawdzian obecności i działalności Matki Chrystusa i Kościoła ujawnił się na polskiej ziemi. Potwierdziła się w tym jak gdyby długa historia stosunku duszy polskiej do Maryi, do Niepokalanej i Wniebowziętej. Zarazem też historia ta zaczerpnie z dziejów życia i śmierci O. Maksymiliana nowy impuls do dalszego rozwoju.

  • 1971-10-20 Kardynał Wojtyła - O potrzebie budowy kościoła w Oświęcimiu

    W stronę Oświęcimia

    W związku z beatyfikacją o. Maksymiliana Kolbego
    Przemówienie Ks. Kardynała w dn. 20 października 1971 r.

    Beatyfikacja o. Maksymiliana Kolbego zwróciła na nowo oczy Kościoła i świata na Oświęcim. W świadomości wszystkich ludzi naszej epoki stał się on naprzód symbolem męki zadanej ludziom przez ludzi z nienawiści, a z kolei staje się symbolem miłości, która jest potężniejsza niż nienawiść. A nawet męka zadana ludziom staje się dzięki niej jakąś siła twórczą, która pomaga pełniej odkryć człowieczeństwo. Takie właśnie znaczenie nadał pojęciu: „Oświęcim” bł. Maksymilian Maria Kolbe. W Jego uwielbieniu przez Kościół w dniu beatyfikacji doznały uwielbienia wszystkie te trudne dobre uczynki, w których wyraziła się miłość bliźniego, które w straszliwych warunkach obozowego terroru kosztowały bardzo wiele, które potwierdzały człowieczeństwo i chroniły przed odczłowieczeniem.

    Ewangeliczny kubek wody podany bliźniemu nabierał w tych okolicznościach szczególnej ceny. I te wszystkie dobre uczynki, a przez nie ci wszyscy dobrzy, szlachetni ludzie, w uwielbieniu przez Kościół Błogosławionego ich współwięźnia dostępują także jakiegoś uwielbienia. Odsłania się także jakby inne oblicze obozu zagłady, inne znaczenie pojęcia „Oświęcim”: mieści się w nim nie tylko nienawiść, ale i miłość, nie tylko okrucieństwo, ale i ofiara. I ta właśnie ofiara ujawnia swoja twórczą moc, pokazuje jak dużo od niej zależy w życiu ludzkości, jak wiele się na niej opiera.

    Kiedy myślimy o miejscu śmierci bł. Maksymiliana Marii, jako o miejscu ofiary, wówczas odczuwamy głęboka potrzebę, aby tej prawdzie o ofierze nadać właściwy i pełny wyraz chrześcijański. Ten chrześcijański wyraz prawdy o wierze kształtował się od 2000lat. Pierwsi chrześcijanie żyli w historycznie bliższym zasięgu ofiary Chrystusa niż my. I dlatego tez oni stali się dla nas tutaj wzorem, do którego nawiązywały całe pokolenia i stulecia. Wiadomo zaś czym były dla pierwszych chrześcijan z epoki prześladowań groby męczenników, jaką czcią otaczali ich doczesne szczątki.

    Z tej też czci wywodzi się, tradycja, żeby w ołtarzach, przy których sprawujemy Najświętszą Ofiarę, znajdowały się relikwie męczenników i świętych. Ołtarz bowiem, który jest miejscem Ofiary Chrystusa stale ponawianej w Eucharystii, łączy się najściślej w polu widzenia naszej wiary z każdą ofiara  człowieka; a zwłaszcza z ofiarą męczenników i świętych, która nosi w sobie ów heroiczny wymiar miłości i poświęcenia.

    I stąd też Kościół w Polsce od początku lat powojennych widzi potrzebę takiego miejsca ofiary, ołtarza i świątyni, właśnie w Oświęcimiu. Beatyfikacja o. Maksymiliana jeszcze bardziej pogłębiła te potrzebę. Wszyscy czujemy, że na miejscu Jego heroicznej ofiary, w mieście, które na zawsze z pamięcią tej ofiary zostaje związane, powinien stanąć kościół, jak od pierwszych wieków chrześcijaństwa wyrastały kościoły na grobach męczenników, błogosławionych i świętych.

    Tak jak Kościół w Polsce, myślą o tej sprawie Kościoły w tych wszystkich krajach europejskich, których synowie i córki przeszli przez  Golgotę oświęcimskiego obozu i tam złożyli swe życie w jakiejś gigantycznej ofierze milionów. Wiadomo bowiem, że liczba ich idzie w miliony.

    Oświęcim leży na terenie Archidiecezji Krakowskiej, dlatego też starania o budowę kościoła pod wezwaniem Błogosławionego Maksymiliana Marii Kolbego, więźnia i ofiary obozu w Oświęcimiu, przypadają w obowiązku arcybiskupowi krakowskiemu. Do niego też zwracają się  biskupi, reprezentujący te narody, które uczestniczyły w gehennie oświęcimskiego obozu zagłady i potraciły tam swoich rodaków. Odbywający się w ciągu miesiąca października w Rzymie Synod Biskupów dał do tego szczególna okazje.

    Warto dodać, że w samej uroczystości beatyfikacyjnej, Ojcowie Synodu zaproszeni uprzednio przez Ks. Prymasa, bardzo licznie wzięli udział. Beatyfikacja była też dla nich wielkim przeżyciem – jak to nazajutrz, po uroczystości, oświadczył w swoim przemówieniu przy otwarciu sesji kard. Duval, jeden z przewodniczących, dziękując Ojcu Świętemu, że przez ten akt rzucił potężne światło na sprawy, którymi Synod się zajmuje. Z kolei tym Ojcom Synodu, których rodacy zginęli w obozie oświęcimskim podobnie jak o. Kolbe zostały doręczone urny, zawierające proch ziemi obozowej. To jedyna relikwia, jaką mogliśmy im przekazać. Również i Ojciec Święty otrzymał tylko taka relikwię bł. Maksymiliana Marii w czasie publicznej audiencji, udzielonej pielgrzymom polskim i z Polonii całego świata. Trzeba dodać, że Ojciec Święty i biskupi przyjmowali te relikwie z głębokim przejęciem.

    Tak więc wzrok narodów zwraca się ponownie w stronę Polski, w stronę Oświęcimia. A głosy biskupów, którzy na Synodzie  reprezentują Kościół żyjący i spełniający swa misję w tych że narodach postulują wraz z nami  upamiętnienie ofiary bł. Maksymiliana Marii, budowa świątyni. Świątynia bowiem i ołtarz stanowią znak wiadomy ofiary złożonej wraz z Chrystusem, tak jak ja złożył bł. o. Maksymilian Maria.

    Widząc stanowczą potrzebę takiego wyrazu, wyrazu chrześcijańskiego, kierujemy się ścisłą konsekwencją tej prawdy o ofierze, jaką heroiczna śmierć o. Maksymiliana zawierała w sobie ponad wszelką wątpliwość. Oczywiście, nie zamierzamy przez to odrywać jej od świadomości wszystkich ludzi i to bez względu na wyznawany światopogląd. Wszyscy bowiem, którzy przybywają do Oświęcimia żywią szacunek i cześć dla takiej ofiary jako najwyższej wartości moralnej.

    Postać o. Kolbego i jego beatyfikacja pozwalają ludziom wierzącym w Chrystusa na nowo przekonać się o tym, jak bardzo wyznawany przez nich porządek wartości stoi w centrum ocen i dążeń o zasięgu ogólnoludzkim.

    Na tym tle potrzeba budowy kościoła w Oświęcimiu rysuje się  z nowa siłą, z siłą przekonywającą. Archidiecezja Krakowska zdaje sobie sprawę, że ma nie tylko prawo, ale i ścisły obowiązek podjęcia na nowo tych starań, które już dawniej były podejmowane, i że w doprowadzeniu ich do właściwego skutku leży oczekiwanie nie tylko społeczeństwa polskiego, ale także innych chrześcijańskich społeczeństw europejskich i pozaeuropejskich. Kościół pod wezwaniem bł. Maksymiliana Marii w Oświęcimiu ma szczególne prawo do istnienia, a prawo to zapisane jest w heroicznej ofierze Błogosławionego, w której raz jeszcze potwierdziła się duchowa moc Chrystusa: moc Jego Krzyża i Jego Zmartwychwstania.

  • 1972-03-21 Kardynał Wojtyła - Rekolekcje do młodzieży akademickiej o sumieniu

    Człowiek w rozwoju

    Kraków, marzec 1972

    [...]
    I otóż cały ten obraz człowieka w rozwoju, który ja tutaj naszkicowałem bardzo tylko niedokładnie, wybiórczo, fragmentarycznie – i na pewno różni specjaliści zechcą i potrafią mnie doskonale uzupełnić – ten człowiek w rozwoju, każdy, wpisuje się ostatecznie w słowa, które są zapisane na samym początku Księgi Rodzaju. Czytamy tam: „Stworzył Bóg człowieka na obraz i podobieństwo swoje” (Rdz 1, 27).

    Czy rzeczywiście tak? Czy ten każdy, konkretny człowiek, każde ludzkie „ja” istotnie wpisuje się w prawdę tych słów: „.... na obraz i podobieństwo Boga?” – To jest pytanie kluczowe. Nie można człowieka wpisać bez reszty w inne ramy. Nie można człowieka wpisać bez reszty w inny wymiar. To bynajmniej nie przesłania całej prawdy o jego powiązaniu z przyrodą, jego podobieństwie do świata, który dawno określono mianem świata zwierzęcego. To tylko stwierdza, że w tych ramach człowiek nie mieści się bez reszty. A właśnie t a  r e s z t a rozstrzyga. Ta reszta.

    Można z różnych stron docierać do tej reszty. Nie mamy czasu na to, ażeby tutaj rozwijać całą teorię , całą wizję człowieka. Pragnę – także i dlatego, że to są rekolekcje – ażebyśmy skupili się na jednym fakcie, który właśnie należy do tej o wszystkim stanowiącej reszty. Jest mu na imię sumienie. Człowiek to jest sumienie – jednak sumienie. I nie da się śledzić w pełni rozwoju człowieka mówić o rozwoju człowieka, jeśli się nie uchwyci tego centrum: sumienia. Od niego zależy ten ostateczny kształt, od niego zależy to, kim w końcu jestem ja, ja jeden niepowtarzalny.

    Weźmy dla przykładu taki obraz z wydarzeń przybliżonych nam w ostatnich miesiącach: z jednej strojny O. Maksymilian Kolbe w Oświęcimiu, a z drugiej strony jego oprawcy. Tu człowiek i tu człowiek. Tu sumienie i tu sumienie. I teraz, jaka ostatecznie kształtuje się postać? Z jednej strony taka, którą  świadomość, opinia całej ludzkości musi zaafirmować, uwielbić i zaakceptować: wziąć do swojego skarbca raz na zawsze. Z drugiej strony taka postać człowieka, człowieczeństwa, która cała opinia ludzkości – bez względu na to, czy to będą wierzący, czy niewierzący, chrześcijanie, czy ateiści – musi jakoś odrzucić: wyrzec się jej. Chociaż może się wyrzec tylko do granic człowieczeństwa, bo: i tu człowiek, i tu człowiek. Wielkość człowieka, właśnie tego człowieka w rozwoju, jest ostatecznie najgłębiej związana z jego sumieniem.

    Ale kiedy mówimy o człowieku w rozwoju, to nie sposób zaczynać tylko od początku. Nigdy się tego rozwoju człowieka tej pełnej ewolucji osoby nie nakreśli, zaczynając tylko od początku. Musimy zacząć jeszcze od końca. Koniec – można powiedzieć inaczej: rzecz ostateczna; a z grecka „eschatologia”. Koniec człowieka to jest śmierć. Nie sposób nakreślić dróg rozwoju człowieka, nie wychodząc właśnie od końca, nie wychodząc właśnie od śmierci. Tak jak nawet i w tym przykładzie, którym posłużyłem się przed chwilą: O. Maksymiliana. Nie sposób nakreślić rozwoju pełnego, całościowego człowieka osoby, nie wychodząc od śmierci.

    Czy śmierć jest całą eschatologią człowieka? Czy to co ostateczne równa się śmierć? Taką eschatologię przyjmuje światopogląd materialistyczny: to co ostateczne równa się śmierć. Człowiek żyje nie tylko ku śmierci, ale żyje w granicach śmierci: i więcej nic nie ma. – A Księga Rodzaju powiada: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. I my sobie te słowa Stwórcy przypominamy w każdą środę popielcową.

    Ale w takim razie, jeżeli eschatologia człowieka, jeżeli to co ostatecznie utożsamia się ze śmiercią, co zrobić – co zrobić z tym co w człowieku narasta: albo w kierunku takim jak u Maksymiliana Kolbe, albo w kierunku takim jak u jego oprawców. Co zrobić z sumieniem? Z tym wszystkim co ono w każdym z nas kształtuje przez lata; od pierwszych chwil umiejętności rozeznawania pomiędzy dobrem a złem przez całe życie, przez tyle lat. Co zrobić z całym tym bogactwem albo z całym tym balastem? Co z tym uczynić – jeżeli człowiek rozwija się tylko ku śmierci i na tym koniec?

    I nie wiem, czy miał prawo powiedzieć Marks – przyjmując taki światopogląd – że korzeniem wszystkiego jest człowiek. Już chyba więcej racji ma Sartre, kiedy mówi: że człowiek właściwie dąży do tego, co określa słowem: Bóg ale to jest – powiada – czyste słowo. I dlatego też człowiek „c’est une passion inutile” – nieużyteczna pasja.

    Jeżeli jednakże weźmiemy to wszystko tak, jak jest w każdym z nas, jeżeli weźmiemy chociażby tylko ten jeden proces – proces sumienia, to trudno, trudno bez zaprzeczenia tego, że korzeniem jest człowiek, przyjąć, że człowiek rozwija się tylko ku śmierci: ale rozwija się do sądu. I to jest drugie słowo naszej eschatologii – pamiętacie to z katechizmu; cztery sprawy ostateczne:

    1. śmierć, 2. sąd; - do dalszych przejdziemy kiedy indziej. Człowiek rozwija się do sądu. Ten sąd stanowi początek życia wiecznego – początek. Księga Rodzaju mówi, że „Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje” i mówił dalej, że: „postawił go wobec drzewa wiadomości złego i dobrego” (Rdz 2, 15). To jest oczywiście wyrażenie jakoś symboliczne, ale jakże bardzo realistyczny jest ten symbol. Jak wielką prawdą jest to, że człowiek stoi wobec drzewa wiadomości złego i dobrego; że człowiek znajduje się pomiędzy dobrem i złem; że człowiek wciąż musi wybierać i że te jego wybory, decyzje, uczynki, mają wartość – są dobre; albo niosą w sobie przeciwwartość – są złe. Dobro i zło; i takie jest życie człowieka.

    Ale na tej właśnie drodze znajduje się jego wielkość. Przez to człowiek jest wielki; przez to, że może wybierać, nawet – w jakimś sensie – grzech świadczy o tym, że człowiek jest wielki. Nie powiedziałem: świadczy o wielkości człowieka, tak jak nie można powiedzieć, że czyny oprawców z lagru oświęcimskiego świadczą o ich wielkości. Ale nawet w jakimś sensie i grzech świadczy o tym że człowiek jest wielki. Gdyby tak nie było, to trudno byłoby zrozumieć cały stosunek Boga do człowieka. Do tego właśnie człowieka, który znajduje się pomiędzy dobrem a złem. Bóg nie oddzielił się od człowieka drzewem wiadomości złego i dobrego; chociaż wiemy, że ludzkość wielokrotnie przekroczyła próg tego drzewa, to ten fakt z historii ludzkości, z historii społeczeństw, a nade wszystko z historii człowieka jak gdyby wyzwolił tym większą troskę Boga-Stwórcy o tego człowieka, który wybiera, który upada, który grzeszy i który się dźwiga. Bóg wychodzi naprzeciw człowieka: nie tylko jest Sędzią; jest także i Ojcem, który szuka syna marnotrawnego; jest także przewodnikiem, który stawia na drodze człowieka swoje przykazania jak gdyby słupy graniczne. Naprzód są przykazania Starego Testamentu dane Mojżeszowi, te przykazania przede wszystkim mówią: nie! „nie będziesz zabijał, nie będziesz cudzołożył, nie będziesz fałszywego świadectwa mówił” (Wj 20, 21--16) itd. – nie będziesz! Ale te wszystkie Boże „nie!” to są zaprawdę słupy graniczne i nie można ich przekroczyć. O tym wie doskonale cała ludzkość, o tym wie doskonale każde społeczeństwo, każdy ustrój, że nie można zmienić, „wycofać z obiegu” tych Bożych „nie!”. I my też wszyscy o tym doskonale wiemy. Ale znamy nie tylko Dekalog Starego Prawa – znamy także i Nowy Testament, znamy Ewangelię, znamy etykę „ośmiu błogosławieństw”; właśnie tych błogosławieństw, za którymi poszli tacy ludzie, jak Maksymilian Maria Kolbe i różni inni. Iluż ich poszło za tymi błogosławieństwami, chociażby tu w tym naszym mieście; iluż ich idzie wciąż!

    I wreszcie to przykazanie, którym się wszystkie mieszczą, które wszystkie inne przerasta, a zarazem wszystkie zawiera: przykazanie miłości Boga i bliźniego, które nam przyniósł Chrystus jako ostatnie słowo tej troski Sędziego i Ojca o nasze ludzkie sumienie. W czasie rekolekcji sprawa sumienia jest zawsze, z reguły, sprawą centralną.

    Jeżeli wczoraj powiedziałem, że taką sprawą jest sprawa modlitwy, to poniekąd w tym celu, ażeby doprowadzić do dzisiejszego stwierdzenia, że tą sprawą jest sprawa sumienia. Zresztą Pan Jezus sam to wyraził, kiedy mówił: „ Nie ten, który mi mówi Panie, Panie, ale ten, który czyni wolę Ojca mego” (Mt 7, 21). I dlatego ku tej sprawie trzeba nam skierować w czasie rekolekcji cała naszą uwagę, pamiętając, że dotykamy tutaj w każdym z nas jakiegoś centrum, które stanowi o moim „ja” o godności człowieka, osoby. Tego centrum, które człowieka otwiera ku Bogu, przybliża do Niego, z Nim jednoczy. A szukając tego wszystkiego przez modlitwę, stale musimy tą modlitwą skierowywać uwagę swojej myśli i swojej woli na nasze sumienie.

    Moi Drodzy Słuchacze, wczoraj zakończyliśmy rozważanie rekolekcyjne, odmawiając „Ojcze nasz...”. Myślę, że będzie dobrze, ażebyśmy na ten pacierz wieczorny wybrali sobie, tak jak to zresztą często czynimy, Dekalog. Żebyśmy powtórzyli wspólnie przykazania Boże i uwieńczyli tę powtórkę wielkim Chrystusowym przykazaniem miłości.

    Jam jest Pan Bóg, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.
    1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!
    2. Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremno!
    3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił!
    4. Czcij ojca twego i matkę twoją!
    5. Nie zabijaj!
    6. Nie cudzołóż!
    7. Nie kradnij!
    8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu!
    9. Nie pożądaj żony bliźniego twego!
    10. Nie pożądaj żadnej rzeczy, która jego jest!

    Pełnią przykazania jest miłość (Rz 13, 10): „Będziesz miłował Pan Boga twego ze wszystkiego serca twego, ze wszystkiej duszy twojej, ze wszystkich sił twoich, a bliźniego twego jak siebie samego” (Mt 22, 37). Amen.
      
    Z: Ks. Karol Wojtyła, Biskup-Metropolita-Krakowski, Kazania 1962-1978

  • 1972-06-25 Kardynał Wojtyła - Beatyfikacja O. Maksymiliana i sprawa młodzieży

    Niepokalanów, 25 czerwca 1972

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    17 października roku Pańskiego 1971 Ojciec Św. Paweł VI zaliczył w poczet błogosławionych Kościoła naszego rodaka, O. Maksymiliana Marię Kolbego. Równocześnie w tym samym błogosławionym roku Episkopat Polski postanowił, ażeby szczególnym tematem modlitwy i pracy Kościoła w Polsce była sprawa młodzieży.
    W ten sposób zbiegły się dwie sprawy: wyniesienie na ołtarze O. Maksymiliana Marii oraz ogólnopolska modlitwa z młodzieżą i za młodzież. Ten zbieg nie jest przypadkowy. W czasie obecnej Mszy św. postaramy się w szczególny sposób wytłumaczyć sobie znaczenie tej łączności, jaka zachodzi pomiędzy beatyfikacją naszego Rodaka i sprawą młodzieży na ziemi polskiej, a pośrednio - na całym świecie.
    Jest tradycją Kościoła, że w ciągu całego roku po wyniesieniu na ołtarze, po zaliczeniu w poczet błogosławionych lub świętych odbywają się szczególne uroczystości kościelne; zwłaszcza na tych miejscach, które związane są z życiem, działalnością i śmiercią błogosławionego lub świętego.
    Tak też dzieje się po beatyfikacji O. Maksymiliana. Naprzód w Rzymie, potem na różnych miejscach globu, gdzie żył i działał, ale oczywiście nade wszystko na ziemi polskiej odbywają się uroczystości w ciągu tego roku po jego beatyfikacji.
    Dzisiaj, przybywamy do Niepokalanowa, gdzie uroczystość ma charakter ogólnopolski. Będzie w niej uczestniczył cały polski Episkopat z Księdzem Prymasem na czele, który tutaj przybędzie na główne nabożeństwo. Będą uczestniczyli także przedstawiciele duchowieństwa, zwłaszcza zakonu franciszkańskiego. Będzie uczestniczył licznie cały Lud Boży, całe społeczeństwo katolickie, zwłaszcza z tutejszej dzielnicy, z tego rejonu, ,w którym Opatrzność Boża postawiła O. Maksymiliana Marię w ciągu wielu lat jego życia; pozwoliła mu spełniać swoje ziemskie posłannictwo i utrwalić je w nazwie: Niepokalanów.
    Dzisiaj my wszyscy jesteśmy pielgrzymami do Niepokalanowa; i jako pielgrzymi do tego miejsca życia i pracy naszego Błogosławionego pragniemy wzajemnie się pozdrowić. Pozdrawiam więc wszystkich uczestników tej uroczystości! wszystkich Dostojnych Księży Biskupów, również naszych Gości-Biskupów: salutem dico nostris hospitibus Fratribus in Episcopatu praesertim ex Familia franciscana!
    Pozdrawiam wszystkich Kapłanów, zwłaszcza całą Rodzinę franciszkańską, która dzisiaj przybywa tutaj na wielkie swoje święto. Pozdrawiam Siostry zakonne i wreszcie całą wspólnotę pielgrzymią, wśród której się znajdujemy.
    W szczególny sposób pozdrawiam młodzież i dzieci. Ponieważ ta Msza św. jest specjalnie dla młodzieży, pragniemy w szczególny sposób modlić się z młodzieżą i za młodzież polską. Pragniemy również wyjaśnić sobie, jak głęboki jest związek pomiędzy beatyfikacją O. Maksymiliana i hasłem, jakie Episkopat Polski rzucił na rok jego beatyfikacji.
    Znajdujemy się więc w Niepokalanowie. Wiemy dobrze, że jest to miejsce, na którym przebywał i w sposób szczególny działał O. Maksymilian Maria Kolbe. Wiemy, że był to główny warsztat Jego pracy; nie jedyny, ale główny.
    Znając jego życiorys, wiemy, z jakim trudem dochodził do tego warsztatu pracy tutaj, w okolicy Warszawy; jaka droga prowadziła go od Rzymu - poprzez Kraków, poprzez Grodno - na to miejsce. W każdym razie przybył tutaj w duchu ośmiu błogosławieństw; zwłaszcza pierwszego, w którym Jezus mówi: "Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem ich jest Królestwo niebieskie"; a także i tego drugiego, w którym mówi: "Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię".
    Te słowa rzeczywiście wypełniły się w życiu O. Maksymiliana w sposób jakiś szczególnie widzialny, jakby znak dla naszej epoki. Posiadł te ziemie, ale w duchu ubóstwa; tego ubóstwa, które było zasadą jego franciszkańskiego życia. Tutaj, na tej podwarszawskiej ziemi ofiarowanej mu łaskawie przez właściciela zaczął budować swój warsztat pracy.
    Jaka to była praca - także wiemy. Nie zaszkodzi jednak uświadomić sobie, że praca ta, którą błogosławiony Maksymilian wybrał jako dzieło swego życia, była szczególnym działaniem wedle potrzeb naszej epoki. Pod tym względem jest on prawdziwym patronem naszych czasów. Zdawał sobie od młodości sprawę z tego, jak wielkie znaczenie w tych czasach postępu i cywilizacji posiadają tak zwane środki społecznego przekazu myśli. Należy do nich prasa, należy do nich radio, należy do nich już obecnie telewizja i film. Przynajmniej to są ogólne dziedziny środków przekazu.
    Otóż ten ubogi syn św. Franciszka postanowił - wiedziony na pewno Bożym wezwaniem - swoją działalność apostolską poświęcić współczesnym środkom przekazu myśli. Przede wszystkim wybrał apostolstwo prasy. Z tą myślą tworzył naprzód swoje bardzo ubogie, poniżej wszelkich potrzeb, warsztaty pracy w Krakowie, potem w Grodnie; wreszcie zaczął tworzyć Niepokalanów.
    Trzeba stwierdzić, że ten warsztat pracy w dziedzinie przez siebie wybranej urządzał stopniowo w sposób jak najbardziej współczesny. Wiedział, że jeżeli jego działalność apostolska ma być skuteczna, musi się posługiwać wszystkimi współczesnymi środkami techniki; był człowiekiem swoich czasów.
    Wiele już powiedziano w słowach, w piśmie, a także i w pieśni, o tych niepokalanowskich maszynach rotacyjnych, które się z roku na rok ulepszały. Powiedziano, że te maszyny miały tutaj tak wyśpiewywać chwałę Bożą, jak za czasów św. Franciszka z Asyżu wyśpiewywały ją drzewa i krzewy, i strumienie, i słońce, i księżyc, i gwiazdy.
    Nie znaczy to, ażeby tamten hymn stworzenia przestał być aktualny, dalej po franciszkańsku śpiewa chwałę Bożą cała przyroda. Ale wśród tej przyrody jest człowiek, którego Bóg obdarzył zdolnością kształtowania oblicza ziemi na nowo; dostosowywania jej do swoich potrzeb i zadań. To jest dzieło ludzkiej techniki, pomysłowości i przemyślności; to jest dzieło nauki i wynalazczości. Franciszek XX wieku, Maksymilian Maria, Polak, wszedł ze swoimi maszynami rotacyjnymi, ze swoim współczesnym warsztatem pracy wydawniczej tu w Niepokalanowie, w całe to dzieło stworzenia. Chciał, ażeby hymn stworzenia śpiewała nie tylko cała przyroda, tak jak śpiewała ją za czasów św. Franciszka, za czasów Fioretti. Chciał, żeby ten hymn stworzenia, hymn natury, podjęło całe dzieło człowieka; żeby w hymn natury włączył się hymn kultury. Taka jest wymowa tego warsztatu pracy, który tutaj w Niepokalanowie stworzył O. Maksymilian Maria. Ten warsztat pracy podziwiano dla jego sprawności technicznej. Podziwiano jeszcze bardziej dla tych ewangelicznych początków i zasad, wedle których rozwijał się i kształtował. Przecież to wszystko rosło z niczego: przyszedł człowiek cichy, przyszedł człowiek ubogi duchem i ubogi w środki materialne. I tymi środkami - ubóstwem, cichością , i łagodnością człowieka rosło wspaniałe dzieło. Więc podziwiano dzieło.
    My w czasach dzisiejszych stajemy wobec różnych warsztatów ludzkiej pracy, które są coraz bardziej nowocześnie urządzone. Na ziemi polskiej powstają różne nowe huty, różne giganty współczesnego przemysłu, dzieła techniki i nauki. Mówię o tym, bo stamtąd przyjeżdżam: wiecie, że jestem biskupem Krakowa.
    Maksymilian Maria Kolbe jest człowiekiem naszych czasów. Jego warsztat pracy był współczesny na miarę jego czasów. Może nawet te czasy wyprzedzał i był pionierem. Szkoda tylko, że ten warsztat pracy zamilkł; że nie może dalej się rozwijać w tym duchu i w tym rozpędzie, który nadał mu człowiek cichy, człowiek ubogi duchem.
    Jest rzeczą bardzo wymowną, że O. Maksymilian Maria nadał swemu warsztatowi pracy tu pod Warszawą, nazwę: Niepokalanów. Tak też ,w języku japońskim nazwał swój analogiczny warsztat pracy w Niepokalanowie japońskim. Wiadomo, kogo nam ta nazwa przywołuje na myśl. Czciciel Maryi pragnął, ażeby wszystkim, którzy przy tym warsztacie staną, którzy przez ten warsztat przejdą - wszystkim, którzy będą z jego dzieła korzystać - ta sama myśl przychodziła natychmiast do głowy i do serca. Niepokalanów, to znaczy miejsce Niepokalanej.
    Dlaczego takie imię wybrał O. Maksymilian dla swojego warsztatu pracy? dla miejsca swego i swoich braci życia i działania? To się łączy z długą historią jego życia wewnętrznego. W każdym razie ta nazwa mówi nam dzisiaj to samo, co mówiła jemu i jego współczesnym: Niepokalana.
    Któż to jest Niepokalana? Wiemy, jest to Matka Syna Bożego, Matka Jezusa Chrystusa. Niepokalana, to jest ta, w której Jezus Chrystus odniósł najpełniejsze zwycięstwo. Przez to imię: Niepokalana, patrzymy przede wszystkim na człowieka, na dzieje rodzaju ludzkiego. Jest człowiek dziedzicem grzechu; stał się człowiek, przez pierwszych rodziców, dziedzicem grzechu. I każdy człowiek nosi w sobie skutki tego grzechu. Ale Ojciec nasz, który jest w niebie, chciał, ażeby zostało odniesione w człowieku zwycięstwo nad grzechem: zwycięstwo nad złem. Dlatego dał nam swojego Jednorodzonego Syna.
    Zwycięstwo nad grzechem pierworodnym i jego wszystkimi następstwami odniósł Syn Boży jako Człowiek, odniósł jako Syn Maryi. Odniósł je przede wszystkim przez swoją Ofiarę, przez swoją mękę i śmierć na krzyżu. Odniósł zwycięstwo dla wszystkich ludzi, ale w sposób szczególny dla swojej Matki. I w Niej to zwycięstwo Jezusa Chrystusa zaznaczyło się od pierwszej chwili Jej zaistnienia. Była wolna od dziedzictwa pierwszych rodziców: była Niepokalana.
    Syn św. Franciszka, O. Maksymilian Maria, idąc za tradycjami maryjnymi swojego zakonu, wpatrywał się od młodzieńczych lat w tę przedziwną Bożą tajemnicę. Wpatrywał się w postać Maryi; wchodził w misterium Niepokalanej, a przez to dotykał najgłębszej sprawy człowieka, którą jest grzech i łaska, upadek i powstanie, klęska i zwycięstwo. Zwycięstwo odnoszone w Jezusie Chrystusie, zwycięstwo Jezusa Chrystusa w człowieku, zwycięstwo człowieka nad grzechem, nad wszystkimi jego konsekwencjami, przez Jezusa Chrystusa Maryja jest pełnią tego zwycięstwa. Maryja jest wzorem wszystkich, w których Jezus Chrystus to zwycięstwo odnosi. Jest ich wzorem i patronką.
    Z takiej to kontemplacji, z takiego zapatrzenia w Bogarodzicę zrodziła się nazwa Niepokalanów. Ta nazwa ma ogromne znaczenie. Mówi nam, że nie wystarczy tylko nowoczesny warsztat pracy technicznej, jeśli się nie stworzy nowoczesnego warsztatu pracy nad człowiekiem. Niepokalanów, to znaczy nowoczesny warsztat pracy nad człowiekiem. Do tego warsztatu nie wszedł Maksymilian sam; weszli z nim setkami jego bracia zakonni. Do tego warsztatu. zwłaszcza po jego wyniesieniu na ołtarze, wchodzimy w jakiś sposób wszyscy: do tego warsztatu pracy nad człowiekiem.
    Do tego warsztatu zaproszona jest w szczególny sposób młodzież. Bo właśnie Wy, w Waszym okresie życia, najbardziej zaczynacie odczuwać tę prawdę, że w człowieku jest dziedzictwo Adama; że trwają w nim skutki grzechu pierworodnego. Małe dzieciątko na rękach swojej matki jest jeszcze jakoś ochronione przed tą bolesną samowiedzą; jeszcze nie wie o sobie, bo je chroni jego matka od tych wszystkich prawd o grzechu, który drzemie w każdym człowieku. W miarę jak przybywa lat, zaczynają także dawać o sobie znać złe skłonności, wady główne; przychodzą upadki, łatwo zakorzeniają się nałogi.
    Młodość jest poligonem walki. Można od razu się poddać; pójść szeroką, wygodną drogą, o której mówi Pan Jezus, że wiedzie na potępienie. Ale to nie jest godne człowieka. Człowiek, kiedy widzi w sobie zarodki zła, musi podjąć walkę. Musi naprzód uwierzyć w to, że jego zło i słabość jest do przezwyciężenia; i musi chcieć zwyciężyć.
    I otóż właśnie tak szeroko sięga idea Niepokalanowa. Tak szeroko jest ona rozpostarta do wszystkich ludzi. Jest ona wymowna zwłaszcza dla młodzieży. Mówi ciągle tym pierwotnym doświadczeniem O. Maksymiliana Marii, który - jak każdy człowiek - nie był od początku święty; stał się świętym za cenę wielkiej pracy nad sobą. Natchnieniem do tej pracy, jej myślą przewodnią, a zarazem źródłem, z którego czerpał, była Niepokalana. Dzisiaj nam tak wspaniale mówi o potrzebie tej pracy liturgia słowa. Słyszymy podobieństwo do tego krzewu, który musi być oczyszczony, jeżeli ma przynosić owoc.

    Droga Młodzieży! Drogie Dzieci! Drodzy Rodzice!

     Nie ma innej drogi do szlachetnego człowieczeństwa, nie ma innej drogi do zdrowego społeczeństwa, jak to Chrystusowe oczyszczenie krzewu winnego. które się zaczyna od młodych lat. Trzeba je przyjąć, trzeba je podjąć, trzeba do niego przyłożyć rękę. To nam mówi Niepokalana.
    Dzisiaj do Niepokalanowa jest zaproszony poniekąd cały naród polski. Jest zaproszona zwłaszcza cała polska młodzież. Można powiedzieć więcej; jest zaproszona cała ludzkość, ażeby się wpatrzeć i wmyśleć w dzieło błogosławionego Maksymiliana Marii, w świętego naszych czasów, patrona naszej ziemi. Nie wystarczy budować nowoczesne warsztaty pracy technicznej - trzeba zbudować nowoczesny warsztat pracy dla człowieka i nad człowiekiem, bo on jest największą wartością. Ale to jest wartość trudna; trzeba ją wypracować na drodze wychowania, zmagania się z sobą - na drodze może i wielu cierpień oraz doświadczeń.
    My, którzy przybyliśmy w pielgrzymce do Niepokalanowa, chcemy tę prawdę wypowiedzieć całej naszej Ojczyźnie, a poniekąd całej ludzkości. Tę prawdę chcemy wypowiedzieć zwłaszcza naszej polskiej młodzieży. Jesteśmy bowiem świadkami wielkich zagrożeń. Płyną one z wad narodowych, które w naszej epoce zdają się w szczególny sposób odzywać na nowo. Ale płyną one także z poważnych błędów wychowania społecznego, wychowania rodzinnego, wychowania osobistego. Bo przecież człowiek nie może być tylko wychowywany przez drugich - musi także sam siebie wychowywać.
    W obliczu tego zagrożenia młodzieży polskiej nie tracimy nadziei. Ufamy, że te wielkie Boże siły, a także ta cała naturalna gotowość do dobra, która przecież w duszy każdego człowieka drzemie, to wszystko zwycięży.
    Modlimy się z młodzieżą i za młodzież - to znaczy modlimy się o przyszłość. Ogromnie ważne jest to Wasze zwycięstwo w perspektywie przyszłości i naszego narodu, i całej ludzkiej rodziny. Modlimy się o to zwycięstwo za wstawiennictwem błogosławionego naszego rodaka. Modlimy się do Niepokalanej i modlimy się z Nią. Niech zwycięża w duszy każdego Polaka, w duszy każdego chłopca, każdej dziewczyny, na naszej ojczystej ziemi. Nie ma innej drogi do prawdziwego zwycięstwa człowieka, jak tylko Jezus Chrystus. Niech zwycięża nad człowiekiem, ale niech przez Niego zwycięża człowiek, tak jak zwyciężył kiedyś nad człowiekiem: nad młodym człowiekiem, Maksymilianem Marią (przed tym Rajmundem - imię chrzestne). Ale przez to zwycięstwo nad Rajmundem zwyciężył człowiek: zwyciężył Maksymilian Maria. Zwyciężył tutaj w polskim Niepokalanowie, potem w japońskim - zwyciężył w więzieniu na Pawiaku w Warszawie. Wreszcie największe zwycięstwo odniósł w obozie oświęcimskim.
    W ciągu tego roku, po beatyfikacji naszego rodaka, pragniemy chodzić po wszystkich śladach tych jego zmagań, tych jego zwycięstw, które odnosił przez Niepokalaną. Pragniemy przy końcu tego roku, w dniu 15 października, dotrzeć do Oświęcimia, gdzie zostało odniesione ostateczne zwycięstwo. To zwycięstwo jest również owocem Niepokalanowa. Tam w Oświęcimiu ostatecznie zwyciężył Chrystus przez Niepokalaną: zwyciężył w człowieku. I dzięki temu tak wielkie zwycięstwo odniósł człowiek, że o tym musi mówić dzisiaj cały świat: głosi to przez usta Następcy Piotra cały Kościół.
    Cały świat widzi w tym oświęcimskim zwycięstwie O. Maksymiliana Marii, naszego rodaka, wielki znak nadziei. Bo przecież w tych czasach, w których powstają tak wspaniałe warsztaty pracy, przemysłu, techniki i cywilizacji, jest sprawą ogólnoludzką, ażeby człowiek nie został pokonany. Dlatego też z radością witamy ten znak zwycięstwa człowieka w duchu miłości, zwycięstwa nad nienawiścią. Witamy ten znak przewagi miłości nad nienawiścią w czasach, w których nienawiść okazała się niestety tak potężna.
    Ufamy, że za tym znakiem pójdzie człowiek, rodzina ludzka, społeczeństwa, narody - nasz naród; że miłość okaże się silniejsza od nienawiści. Ufamy, że za sprawą Niepokalanej to zwycięstwo odniesie Jezus Chrystus w naszym, a nade wszystko w przyszłym pokoleniu: w tej młodzieży, o którą tak bardzo się modlimy i za którą tak bardzo się modlimy, żeby zrozumiała całą wymowę Niepokalanowa i Oświęcimia, żeby zrozumiała ten wielki znak, który daje Opatrzność Boża naszym czasom, naszej epoce, naszemu pokoleniu, w postaci błogosławionego O. Maksymiliana Marii. I żeby ten znak do końca, nie powierzchownie tylko, odczytała.
    Dlatego zebraliśmy się tutaj dzisiaj jako pielgrzymi; o to właśnie się modlimy. Dlatego otaczamy ten ołtarz przy którym kapłani - pod przewodnictwem biskupa sprawują Najświętszą Ofiarę. Niech wymowa tej Ofiary, tej modlitwy Jezusa Chrystusa, będzie dla nas przynajmniej w cząstce taka, jaką była dla naszego Rodaka. Niech z niej płynie to wielkie duchowe zwycięstwo w Jezusie Chrystusie, bez którego nie ma nigdzie i nigdy, i w nikim, prawdziwego zwycięstwa człowieka. Amen.

  • 1972-08-14 Kardynał Wojtyła - liturgiczne wspomnienie bł. Maksymiliana w byłym obozie oświęcimskim

    Zwycięstwo ducha nad ciałem

    Kazanie wygłoszone przez ks. kard. Karola Wojtyle dnia 14.08. 1972r. w byłym obozie oświęcimskim, w liturgiczne wspomnienie bł. Maksymiliana.

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Trzydzieści jeden lat temu za tą ścianą, przy której teraz stoimy, skonał z głodu Człowiek – jeden z wielu ludzi, którzy w owych czasach tak konali. Konał śmiercią głodową Polak, jeden z wielu Polaków, którzy ginęli w tym obozie zagłady. Konał Kapłan, Syn św. Franciszka, jeden z wielu kapłanów, kapłanów polskich, którzy życie swoje ponieśli w ofierze w czasie tego straszliwego doświadczenia całego narodu i ludzkości.

    Było to tak jak dziś: 14 sierpnia, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej. I była to przedziwna śmierć. Chociaż jedna z wielu, to przecież jedyna, niezwykła. Ten Człowiek ginący z głodu tutaj w bunkrze śmierci – za tą ścianą, przy której stoimy – śpiewał. A do tego bunkra poszedł z własnej woli; sam zapragnął tam pójść, ażeby zastąpić w tym doświadczeniu śmierci głodowej swojego rodaka, ojca rodziny. Wystąpił z szeregu i prosił, podczas apelu, ażeby mógł pójść za niego. Kiedy mu zostało to zezwolone, traktował to jako wielką łaskę. Poszedł więc za ojca rodziny zginąć śmiercią głodową.

    I poszedł także po to, ażeby być razem z wszystkimi, którzy będą tę śmierć głodową ponosili, w bunkrze głodu umierali; ażeby ich podnosić na duchu wówczas, kiedy będą słabły i obumierały ich ciała.

    To miało miejsce tutaj. Na tym miejscu, na którym teraz stoimy, trzydzieści jeden lat temu. I była to dziwna śmierć, niezwykła. Potwierdziło się w niej szczególne prawo ducha ludzkiego, który jest silniejszy od ciała, który odnosi zwycięstwo nad śmiercią, kiedy jest przeniknięty duchem Bożym. Potwierdziło się w tej śmierci zwycięstwo miłości nad nienawiścią. Człowiek, który tutaj oddawał ducha w wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej, oddawał go za brata; kładł życie za brata – tak, jak słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii słowa Chrystusa.

    I Człowiek ten zstępując w ciemności śmierci wszedł w pełną światłość; swoją śmiercią potwierdził prawdę, która przyniosło i wypróbowało chrześcijaństwo – prawdę, że chwila śmierci jest chwilą narodzin. Nie umierał, gdy umierał, ale się rodził. A rodząc się w tej swojej śmierci, dawał świadectwo życia, które jest wyższe od śmierci człowieka i od życia człowieka na tej ziemi.

    Tak umierali kiedyś na arenach rzymskich męczennicy, takie zostawili świadectwo. I Kościół w tym ich świadectwie w szczególny sposób odnalazł swoje macierzyństwo. Poczuł się Matką, która rodzi do życia wiecznego swoje ziemskie dzieci.

    O. Maksymilian Maria Kolbe w naszej epoce przywrócił Kościołowi tę szczególną świadomość macierzyństwa, bo pozwolił mu w dniu 14 sierpnia 1941 r. przeżyć narodziny dla nieba jednego ze swoich synów. To wszystko miało miejsce jeszcze niedawno, w naszym pokoleniu – nie tylko w naszym stuleciu. Stoimy tutaj na miejscu pierwszego z błogosławionych – a ufamy, że w niedługim czasie i świętych – Polaków naszego stulecia, naszego prawie pokolenia; prawie że jesteśmy jego rówieśnikami.
    Zwykle na beatyfikację i kanonizację sług Bożych czeka się długo. Tym razem czekaliśmy krotko. Minęło 30 lat i w dniu 17 października 1971 r. Ojciec Święty Paweł VI swoją najwyższą, apostolską powagą i w sposób szczególny, w czasie Najświętszej Ofiary przez siebie sprawowanej, ogłosił Kościołowi i światu, ze syn polskiej ziemi, kapłan zakonu św. Franciszka, O. Maksymilian Kolbe, należy do grona błogosławionych.

    Kiedy wiec dzisiaj tutaj przybywamy, wszyscy musimy przeżywać szczególne wzruszenie. Nieraz tutaj już przybywaliśmy, nieraz wstępowaliśmy do jego celi, do tego bunkra śmierci głodowej. Dzisiaj przybywamy po raz pierwszy, ażeby w dniu, który Kościół wyznaczył na jego święto, modlić się już nie tylko o jego wyniesienie na ołtarze, ale modlić się do wyniesionego na ołtarze; modlić się za jego pośrednictwem do Boga w Trójcy Świętej Jedynego.

    Ojciec Święty Paweł VI wyznaczył dzień 14 sierpnia, dotychczasową wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej, a zarazem dzień śmierci O. Maksymiliana, na dzień jego święta. Dzisiaj tutaj po raz pierwszy to święto obchodzimy. Po raz pierwszy sprawujemy Najświętszą Ofiarę, w której Kościół cały, a zwłaszcza Kościół w Polsce, modli się do niego i przez niego do Boga w Trójcy Przenajświętszej.

    Drodzy Bracia i Siostry, jest to wielka chwila, jest to szczególna modlitwa. Wigilia Wniebowzięcia Matki Bożej rodzi w naszych sercach szczególne skojarzenia z całym życiem tego Błogosławionego, który tak bez reszty, bezgranicznie zawierzył Niepokalanej. To właśnie Ona jakby wybrała ten dzień, przeddzień swojego wniebowzięcia, ażeby go zabrać z tego świata, i żeby zrodzić go – Ona, umiłowana Matka – dla Boga, dla wieczności.

    My więc, którzy dzisiaj otaczamy ten ołtarz, a zarazem tamten ołtarz, tamten ołtarz w głębi bloku śmierci, my, którzy otaczamy ten ołtarz – ten i tamten – przeżywamy głęboko tajemnicę świętych obcowania; niejako ‘dotykamy’ całym naszym istnieniem Świętego, który tutaj się narodził.

    Pragniemy w tej Najświętszej Ofierze podziękować Niepokalanej; podziękować przez Nią Chrystusowi Panu za to, że dał nam tego Błogosławionego, tego Świętego naszych czasów, naszego pokolenia, naszego wieku. Tego Świętego, który nosił najstraszliwsze ciężary naszej epoki, całe upokorzenie współczesnej ludzkości, cała klęskę swojego narodu. W tym doświadczeniu nie złamał się, bo siła ducha, moc wiary i potęga miłości pozwoliła mu odnieść zwycięstwo nie tylko dla siebie, ale i dla nas. Żebyśmy się nie czuli pokonani, my, Polacy, my, kapłani; nie tylko dla nas – dla całej ludzkości, ażeby nie czuła się pokonana własnym okrucieństwem, tym straszliwym obozem śmierci!

    Dlatego też przy tym ołtarzu, za pośrednictwem bł. Maksymiliana Marii, naszego rodaka, brata w kapłaństwie, będziemy modlić się i za Ojczyznę naszą, za cały naród polski i za całą ludzkość, za Kościół święty, za Najwyższego Pasterza, który wyniósł do chwały błogosławionych O. Maksymiliana Marię w ubiegłym roku.

    Niech ta pierwsza modlitwa i pierwsza Najświętsza Ofiara, którą składamy w dniu jego święta, będzie szczególnym źródłem błogosławieństwa i łaski dla nas tu zgromadzonych i dla wszystkich, których w tej modlitwie i w tej Ofierze pragniemy duchem objąć.

    Amen.

  • 1972-10-26 Kardynał Wojtyła – Uroczystości w Oświęcimiu-Brzezince w pierwszą rocznicę beatyfikacji o. Maksymiliana Marii Kolbego


    Wywiad z Ks. Kardynałem w dn. 26 października 1972 r.

    Radio Watykańskie: Księże Kardynale, uroczystości ku czci Błogosławionego Ojca Maksymiliana Marii Kolbego, odbywające się na całym świecie, a przede wszystkim w Polsce, osiągnęły swój szczyt w imponującym nabożeństwie w Oświęcimiu-Brzezince. Prosimy eminencję, jako Gospodarza tych uroczystości, o kilka słów na ten temat.

    Ks. Kardynał: Niewątpliwie były to uroczystości wyjątkowe: myślę, że niepowtarzalne. Wśród bloków obozowych, sieci drutu kolczastego i dymiących krematoriów, na tle wielkiej figury Błogosławionego Kolbego i jeszcze większego Krzyża, wzniesiono ołtarz, który otoczyła prawie półmilionowa rzesza wiernych, przybyłych z całej Polski, i delegacje z różnych krajów. Dzień był ponury, chwilami nawet mżyło. Ci, co przeżyli obóz i uczestniczyli w nabożeństwie mówili, że ta ponurość przypominała tamte niekończące się dni. Mszy św. koncelebrowanej z byłymi więźniami przewodniczył Ksiądz Kardynał Jan Król, nasz rodak spod Limanowej, obecnie Arcybiskup Filadelfii i przewodniczący Konferencji Episkopatu Katolickiego Stanów Zjednoczonych. Ogromne wrażenie zrobiło na nas podziękowanie, jakie wypowiedział Bogu Wszechmogącemu Gajowniczek, za którego Ojciec Kolbe ofiarował się właśnie w tym obozie. Uczestnictwo zaś w uroczystościach dwóch kardynałów z Rzymu, a mianowicie Kardynała Pawła Bertoli, Prefekta kongregacji dla Spraw Świętych, i Kardynała Jana Wrighta, Prefekta Kongregacji dla Spraw Duchowieństwa, złączyło nas jeszcze bardziej ze Stolicą Apostolską oraz z osobą Ojca Świętego Pawła VI, który wyniósł na ołtarze Ojca Kolbego za życia pokolenia, w którym żył Błogosławiony. Uderzyło nas jeszcze jedno: tajemnicza, prawie mistyczna cisza tej półmilionowej rzeszy pielgrzymów i uczestnictwo we Mszy św. pełne religijnego przejęcia. Wystarczy stwierdzić, że kilkudziesięciu kapłanów rozdawało Komunię św.

    Uczestnictwo trzech kardynałów zagranicznych i wielu delegacji nadało uroczystości charakter międzynarodowy. Czy tak?

    To była pierwsza próba okazania Kościołowi i powszechnemu wartości Kościoła Polskiego: wartości wiary i modlitwy, ale także wartości prześladowania – męczeństwa i krwi, w czym uczestniczyły tysiące kapłanów; Błogosławiony Maksymilian jest jakby ich przedstawicielem i zarazem symbolem tej trudnej wartości.

    Biorąc pod uwagę obecność w czasie uroczystości trzech kardynałów z zagranicy oraz wielu delegacji z różnych krajów, można powiedzieć, że były to uroczystości o charakterze międzynarodowym. Jak w tej relacji widzi Eminencja Kościół Polski?

    (...) Miało się wrażenie, jakoby ta półmilionowa rzesza wiernych, zgromadzonych przy ołtarzu Pańskim na terenie byłego obozu Oświęcim-Brzezinka, wyrosła z prochów męczenników XX wieku pomordowanych w obozach śmierci, bo „krew  męczenników jest zawsze posiewem nowych chrześcijan”.

    I  jeszcze jedno pytanie: jakie znaczenie ma beatyfikacja Ojca Kolbego i uroczystości ku Jego czci dla świata?

    Ojciec Kolbe to przede wszystkim „ZNAK WIARY” na nasze czasy. Ten skromny kapłan-zakonnik franciszkański wyniesiony na ołtarze z prochów krematorium świadczy, jak to podkreślił Kardynał Wright, że istnieje Bóg, ale także i szatan, życie – ale i śmierć, łaska, światłość wiary i ciemności bezbożnej ideologii. Świadczy także o potędze miłości, zaszczepionej przez Boga w sercu człowieka, który zdolny jest poświęcić własne życie za brata, za jego wolność na wzór Mistrza z Nazaretu. Historia Ojca Kolbego to także memento dla naszych czasów: nie można w imię żadnej ideologii, systemu czy organizacji deptać, poniżać i unicestwiać godności, stworzonej na obraz Boży i powołanej do życia w sprawiedliwości, w wolności, miłości, szczęściu i pokoju.

  • 1979-05-08 Gesprächskreis Juden und Christen - Theologische Schwerpunkte des jüdisch-christlichen Gesprächs

    Theologische Schwerpunkte des jüdisch-christlichen Gesprächs

    Arbeitspapier des Gesprächskreises "Juden und Christen" des Zentralkomitees der deutschen Katholiken (ZdK) vom 8. Mai 1979

     

    t140d

     

     

     

     

     

    Vorwort

    Dieses vom Gesprächskreis des Zentralkomitees der der deutschen Katholiken "Juden und Christen" erarbeitete theologische Dokument setzt einen Meilenstein auf dem Weg jüdisch-christlichen Dialogs. Hier haben Juden und Christen miteinander so gesprochen, daß aus ihrem Eigenen das Gespräch über dieses Eigene als unabdingbar hinzugehörig zum Eigenen hervortritt. In solcher Bemühung hat der Dialog sein Was und sein Wie gefunden. Nicht nur Berührung an den Rändern, sondern Berührung von Mitte zu Mitte. Nicht nur Aufarbeitung der ungeheuerlichen geschichtlichen Last, die auf dem gegenwärtigen Verhältnis liegt, nicht nur Rückweg zur gemeinsamen Wurzel und der Weise, wie aus ihr vor Jahrtausenden gemeinsames Erbe wuchs, nicht nur Zugehen auf gemeinsame Aufgaben, wobei aber die unterschiedliche Motivierung und der unterschiedliche Glaubenshintergrund auf sich beruhen blieben.

    Nein, gegenwärtiges, aus seinem Ursprung lebendes, die eigene Substanz ganz und gar an-und ernstnehmendes Judentum und Christentum stoßen vor in die Gleichzeitigkeit des Gesprächs über das, was den Juden zum Juden und den Christen zum Christen macht. Und solches Gespräch ist, ohne Verwischungen und Umgehungen der Unterschiede, gerade um des eigenen Judeseins und Christseins willen notwendig - und möglich. Eine Entdeckung, die der Umsetzung bedarf aus dem Zirkel der Eingeweihten in den Alltag der Glaubenden, in die Mitte unserer Welt. Aber auch solche Umsetzung hat mit dem Dokument schon begonnen.

    Aachen, 24. April 1979

    Bischof Klaus Hemmerle Geistlicher Assistent des ZdK

    I. Warum das Gespräch suchen?

    1. Juden und Christen haben einen gemeinsamen Grund ihrer Hoffnung: den sich der Menschheit gnädig zuwendenden Gott Israels. Gemeinsam erwarten sie die volle Erfüllung ihrer Hoffnung: die endgültige Herrschaft Gottes.

    Juden und Christen sind durch das, was ihnen von Gott her widerfahren ist, und sie sind von der Welt, in der sie leben, zu einem gemeinsamen Zeugnis herausgefordert. Nicht nur ihnen, so glauben sie, sondern allen Völkern gilt der einladende Ruf, im Jerusalem des lebendigmachenden Gottes Leben, Heimat und Frieden zu finden (vgl. Jes 2,1-5; Jes 60). Indem sie sich selbst auf den Weg machen zu diesem Jerusalem als der Stätte von Gerechtigkeit und Treue (vgl. Jes 1,26), erfahren sie die Verpflichtung, allen Menschen die befreiende Kraft ihrer Bindung an Gott weiterzugeben, der Leben und Zukunft schenken kann und will (vgl. Jer 29,11).

    Der Ruf Gottes nimmt sie in Dienst für die Gestaltung der Welt, macht sie zu Wegbereitern von Hoffnung gerade für jene, die keine Hoffnung haben. Dieser Ruf ist zugleich Gericht, indem er sie von jeder Fixierung auf bloß innerweltliche Interessen und Ängste befreit. Dem Ruf Gottes folgend, sollen sie zu ehrlichen und mutigen Sachwaltern der Gerechtigkeit Gottes und zu Fürsprechern seiner Barmherzigkeit werden.

    2. Liegt die zu allen Zeiten geltende Verpflichtung zum Gespräch darin, daß Juden und Christen im Handeln des Gottes Israels zusammengebunden sind, so verstärken die leidvollen Erfahrungen der jüngsten Geschichte den Auftrag, dieses Gespräch in unserer Zeit nach Kräften zu intensivieren und zu vertiefen.

    - Die vergangenen 1900 Jahre des Verhältnisses zwischen Judentum und Christentum haben sich als Entzweiungsgeschichte vollzogen, deren geschichtliche Folgen furchtbar waren. Im Zusammenhang mit dieser Entzweiungsgeschichte muß auch das schreckliche Geschehen von Auschwitz gesehen werden, der Versuch einer völligen Ausrottung des jüdischen Volkes durch die Hitlerdiktatur.

    - Im Judentum wie im Christentum, die ihre Existenz gemeinsam der Offenbarung des Gottes Israels verdanken, erwacht zunehmend ein "geistliches" Interesse aneinander. Juden und Christen bekennen sich zu der gemeinsamen Offenbarung durch eben dieses Interesse.

    Ihr Interesse aneinander ist deshalb selbst ein Akt der Verehrung Gottes.

    - Einer Menschheit, deren Überleben in Menschlichkeit auf dem Spiel steht, haben Juden und Christen ein gemeinsames Zeugnis zu geben, das als konkretes Zeugnis konkrete Wege der Gerechtigkeit und des Heiles aufzeigen und bahnen muß.

    II. Bedingungen eines Dialogs, der den Juden als Juden und den Christen als Christen betrifft

    Weil Juden und Christen einen gemeinsamen Schatz biblischer Schriften als Grundlage ihres Lebens überliefern, hat das Gespräch eine Basis, deren Wert sich nicht überschätzen läßt. Es ist der Glaube an den rettenden und heiligenden Gott, von dessen Nähe zu den Vätern die Tora erzählt und dessen lebensfördernde Weisungen sie verkündet. Es ist das Hören auf den Gott der Lebenden und der Toten, dessen Herrschaft inmitten des Volkes, das nach ihm genannt wird, die Propheten ansagen.

    Es ist das Festhalten an dem nahen und fernen Gott, den die Beter der Psalmen rühmen und dessen Treue sie selbst da noch einklagen, wo ihnen alles genommen scheint. Es ist das Vertrauen auf den Schöpfergott, dessen Güte die Sprüche und Betrachtungen der Weisen erinnern. Von all diesem geben Juden und Christen je auf ihre Art in ihren Gottesdiensten und in ihrem Leben Zeugnis. Ab er genau hier zeigt sich auch eine für das jüdisch-christliche Gespräch typische Schwierigkeit: Begründen die gleichen Schriften wirklich eine Gemeinsamkeit des Lebens? Zur Antwort auf diese Frage ist es nötig, einige fundamentale Bedingungen für den jüdisch-christlichen Dialog zu bedenken:

    1. Es kann kein Zweifel daran sein, daß Juden und Christen füreinander zunächst einmal sehr viel Arbeit zu leisten haben, um zu einem besseren gegenseitigen Verstehen zu kommen. Die Bilder, die sich Juden von Christen und Christen von Juden im Laufe der Geschichte gemacht haben und noch machen, sollen überprüft und in einer Begegnung korrigiert werden, in der einer dem anderen im Rückgang auf den gemeinsamen Grund und im Lichte der gemeinsamen Hoffnung seinen eigenen Weg deutet. Gerade hier wird der eine nicht darauf warten, daß der andere zu ihm kommt, um ihn zu "studieren". Er spurt vielmehr die Verpflichtung zur Mitteilung des Eigenen.

    Umgekehrt wird er um der gemeinsamen Hoffnung willen eine aktive Bereitschaft zum Hören auf den anderen entwickeln. Indem sie sich einander darstellen, vertrauen und offenlegen, können beide das Zeugnis ablegen, zu dem sie sich von Gott berufen wissen.

    2. Ein jüdisch-christlicher Dialog gelingt nicht, wenn der Christ im Judentum von heute lediglich das Denkmal seiner eigenen Vergangenheit, der Zeit Jesu und der Apostel, sieht. Der Dialog gelingt aber auch nicht, wenn der jüdische Gesprächspartner in den jüdischen Wesenselementen christlichen Glaubens nichts anderes entdeckt als die Nachwirkungen eines vergangenen Zustandes, der zwar in den ersten Christengemeinden bestand, aber heute nicht mehr besteht. In beiden Fällen nimmt der eine Gesprächspartner noch nicht des anderen Zeitgenossenschaft ernst, sondern macht ihn zum bloßen Spiegel seiner eigenen Vergangenheit. Zeitgenossenschaft aber ist die Bedingung jeden Dialogs.

    Der jüdische Gesprächspartner kann sich nicht damit zufriedengeben, im Gespräch mit Christen nur als ein fortlebendes Zeugnis für das sogenannte Alte Testament und für die Ursprungszeit der christlichen Gemeinden betrachtet zu werden. Umgekehrt kann der christliche Gesprächspartner sich nicht damit zufriedengeben, wenn der jüdische Gesprächspartner glaubt, nur er habe für den Christen etwas für dessen Glauben Wesentliches zu sagen, während das, was der Christ dem Juden zu sagen hat, für den jüdischen Glauben keine wesentliche Bedeutung habe. Aus der ökumenischen Erfahrung des innerchristlichen Gesprächs kann Zuversicht auch für den jüdisch-christlichen Dialog wachsen: Auch dort haben beide Gesprächspartner die Fähigkeit und die Bereitschaft aufzubringen gelernt, das Wort des anderen als Zeugnis zu hören, das den Hörenden in seinem Verhältnis zu Gott angeht.

    3. Die Geschichte, die eine heutige Begegnung zwischen Juden und Christen erschwert, kann auch einen Weg zueinander bahnen, wenn sie - und sei es zunächst nur in Teilaspekten - als wirklich gemeinsame Geschichte, die uns aktuell betrifft, erfahren und anerkannt wird.

    Wenn der Christ in einem Gebet der Osternacht die "israelitische Würde" für alle Völker erbittet, kann er dabei nicht vergessen – er kann es höchstens zu seinem eigenen Schaden verdrängen -, daß es jenes Israel bis heute noch gibt, das bis heute Träger der israelitischen Würde geblieben ist. Die christliche Kirche, die sich "Volk Gottes" nennt, darf nicht vergessen, daß die gegenwärtige Existenz des Judentums Zeugnis dafür ablegt, daß derselbe Gott noch heute in Treue zu jener Erwählung steht, durch die er Israels Gott wurde und Israel zu seinem Volk gemacht hat. Darum versteht der Christ seine eigene Würde und Erwählung nicht angemessen, wenn er die Würde und Erwählung des Judentums von heute nicht zur Kenntnis nimmt und zu verstehen sucht. Dazu aber muß er jüdischen Glauben und jüdische Existenz aus dem Selbstzeugnis seiner jüdischen Gesprächspartner kennenlernen.

    Wenn der Jude sich mit Recht "Sohn Abrahams" nennt, kann er nicht vergessen - er kann es höchstens verdrängen -, daß nicht nur in ferner Vergangenheit die ersten Christen Söhne Abrahams waren, sondern daß auch heute niemand Christ sein kann, ohne sich zu Abraham als dem "Vater der Glaubenden" zu bekennen. Auch ist sich die jüdische Gemeinschaft der Zusage einer Erneuerung ihres Bundes gewiß, wie geschrieben steht: "Seht, es werden Tage kommen - Spruch des Herrn -, in denen ich mit dem Haus Israel und dem Haus Juda einen neuen Bund schließen werde, nicht wie der Bund war, den ich mit ihren Vätern geschlossen habe, als ich sie bei der Hand nahm, um sie aus Ägypten herauszuführen" (Jer 31,31 f). Die jüdische Gemeinschaft darf daher nicht vergessen, daß es die Gemeinschaft der Christen niemals gegeben hätte, wenn diese sich nicht vom selben Gott in seinen "Neuen Bund" berufen wüßte. Dar um versteht der Jude die Weise, wie Abraham zum "Vater vieler Völker" (Gen 17) geworden ist, nicht vollständig, wenn er den Glauben des Christen von heute nicht zur Kenntnis nimmt und zu verstehen sucht. Dazu aber muß er christlichen Glauben und christliche Existenz aus dem Selbstzeugnis der Christen kennenlernen.

    4. Ist die Bedeutung des Verbindenden in der Geschichte bewußt geworden und anerkannt, dann entsteht die Chance, daß beide Partner des Gesprächs sich in eine Verantwortung füreinander rufen lassen: Jeder wird für den anderen zum Zeugen derjenigen Großtaten Gottes, auf denen es beruht, daß er selbst als Jude bzw. als Christ in der Gegenwart lebt. Leben aus dem Glauben, Leben aus der Mitte der Existenz, christliches wie jüdisches Leben lebt aus dem Zeugnis. Und überall, wo das Leben einer Gemeinschaft zum Zeugnis für Gottes Heilstat wird, ist dieses Zeugnis für den anderen Glaubenden, der aus den gleichen Heilstaten Gottes lebt, kostbar, ja unersetzlich. Glaubende, die aus dem gleichen Ursprung leben, werden aneinander schuldig, wenn sie nicht füreinander dieses Zeugnis geben.

    III. Zentrale Themen des Dialogs

    1. Weggemeinschaft von Juden und Christen

    Das gemeinsame Ziel der Heilsherrschaft Gottes läßt Juden und Christen miteinander von Glauben zu Glauben sprechen. Beide wissen sich von Gott angerufen, beide wollen der ihnen aus Gottes gnädiger Erwählung geschenkten Erkenntnis des Gotteswillens die Antwort der Liebe aus ganzem Herzen, mit ganzer Seele, aus ihrem ganzen Denken und ihrer ganzen Kraft geben. Solche Übereinstimmung ist für das gemeinsame Handeln in der Welt wichtig. Wichtig ist es aber auch, nicht nur die Tatsache von Übereinstimmung, sondern auch das Maß der Übereinstimmung abzuwägen. Dies um so mehr, als gerade dort, wo uns zutiefst ein Konsens verbindet, auch die Wurzel des Dissenses liegt.

    Für den Christen ist das Ziel der Heilsherrschaft Gottes, die Israels Bibel verheißt, vermittelt durch den Juden Jesus. Hier bereits zeigt sich die nicht nur trennende, sondern auch verbindende Funktion Jesu: Durch den Juden Jesus wirkt im Christentum die Tora weiter. Durch ihn ist sie als Gottes Verheißung und Gebot den Christen zur Verwirklichung aufgegeben. Der Jude dagegen muß nicht erst Jesus kennenlernen, um die Tora zu lieben, er bringt diese Liebe als Jude mit. Freilich kann ein Gespräch zwischen Juden und Christen erst dann ernsthaft geführt werden, wenn auch der jüdische Partner davon ausgeht, daß im Christentum etwas von Gott her geschehen ist, was ihn "um Gottes willen" angeht, auch wenn er darin keinen Weg sieht, den er selber gehen kann und muß. Christen fragen deshalb, ob die lebendige Gegenwart jüdischer Wesenselemente im christlichen Gottesdienst, in der christlichen Verkündigung, im christlichen Verständnis der Schrift und in der christlichen Theologie nicht ein Interesse des Juden an christlichem Glauben und Leben möglich macht, das über distanziertes Kenntnisnehmen hinausgeht.

    Umgekehrt müssen Christen den Juden zubilligen, daß deren Interesse am Christentum ein Interesse " um des Himmelreiches willen" sein kann, auch wenn es nicht dazu führt, daß Juden Christen werden. Eine Möglichkeit zum Verständnis jüdischen Interesses am Christentum hat der jüdische Religionsphilosoph Franz Rosenzweig (1886-1929) in dem Satz ausgesprochen: "Ob Jesus der Messias war, wird sich zeigen, wenn der Messias kommt". Eine solche mehrdeutige Formel bedeutet freilich nicht, Juden und Christen dürften das Gespräch über die Hoffnung, die sie eint, und über die Frage nach dem Messias, die sie trennt, "bis zum Jüngsten Tag" zurückstellen.

    Im gegenseitigen Sich-Befragen kann sich also durchaus ein Stück Anerkennung der Heilsbedeutung des anderen Weges aussprechen. Juden können anerkennen, daß Jesus für die Christen zum Weg geworden ist, um Israels Gott zu finden. Sie werden aber ihre Wertschätzung des christlichen Weges davon abhängig machen, daß der Glaube der Christen, das Heil werde ihnen durch den aus den Juden kommenden Messias Gottes geschenkt, ihre Verpflichtung zum Handeln im Dienst von Gerechtigkeit und Frieden nicht mindert, sondern einlöst. Christen verstehen Jesus als Erfüllung von Gesetz und Verheißung nur dann, wenn sie ihm "um des Himmelreiches willen" nachfolgen und dabei auf sein Wort hören: "Nicht jeder, der zu mir sagt: Herr! Herr!, wird in das Himmelreich kommen, sondern nur, wer den Willen meines Vaters im Himmel erfüllt" (Mt 7,21).

    Die gegenseitige Wertschätzung des je anderen Weges geht also untrennbar ineins mit erheblichen Divergenzen in der Einstellung zu Jesus, ob er der Messias Gottes sei. Dies nötigt aber weder Juden noch Christen, die fundamentale inhaltliche Klammer des einen rufenden Gotteswillens aufzulösen. Von daher ist es Juden und Christen grundsätzlich verwehrt, den anderen zur Untreue gegenüber dem an ihn ergangenen Ruf Gottes bewegen zu wollen. Dies verbietet sich nicht etwa aus taktischen Erwägungen. Auch Gründe humaner Toleranz sowie die Achtung der Religionsfreiheit sind dafür nicht allein ausschlaggebend. Der tiefste Grund liegt vielmehr darin, daß es derselbe Gott ist, von dem Juden und Christen sich berufen wissen. Christen können aus ihrem eigenen Glaubensverständnis nicht darauf verzichten, auch Juden gegenüber Jesus als den Christus zu bezeugen. Juden können aus ihrem Selbstverständnis nicht darauf verzichten, auch Christen gegen über die Unüberholbarkeit der Tora zu betonen. Das schließt jeweils die Hoffnung ein: Durch dieses Zeugnis könne beim anderen die Treue zu dem an ihn ergangenen Ruf Gottes wachsen und das gegenseitige Verstehen vertieft werden. Hingegen soll nicht die Erwartung eingeschlossen sein: Der andere möge das Ja zu seiner Berufung zurücknehmen oder abschwächen.

    Die Christen glauben, daß der in der Schrift verheißene Messias in Jesus gekommen ist. Es ist die Nähe von Israels Gott, der ihnen Jesus als Bruder vertraut machte und zugleich Jesu Liebe als Zuwendung Gottes selbst erfahren ließ. Deshalb scheint es ihnen zuwenig, ihn nur als leuchtendes Beispiel vor Augen zu haben. Vielmehr erfassen sie sein Leben, Sterben und Wiederkommen als Weg, auf dem Gott alle zum Heil führen will.

    Daß Jesu Liebe für alle Raum bietet, sehen sie darin bestätigt, daß Gott ihn erhöht und damit als Lebenden zurückgeschenkt hat. Was an ihm gegenüber dem Bisherigen und allem Menschlichen anders ist, liegt also nicht auf der Linie einer bloß quantitativen Steigerung. Gerade mit der Auffassung einer bloß gesteigerten Menschlichkeit bei Jesus käme es auch leicht zu der fatalen Gegenüberstellung: Die Christen sind eben doch die besseren Israeliten. Eine Christologie, die in Jesus den menschgewordenen Gottessohn bekennt, bedarf dieser Art des Abmessens nicht. Sie hat, vielleicht erst nach eigenen leidvollen Erfahrungen, die Möglichkeit, die Gemeinschaft mit Jesus im freien Ja des Glaubens an ihn zwar als Ziel zu sehen, aber auch zu wissen, daß es für alle, die Gott ergriffen hat, die Möglichkeit einer offenen und wachsenden Weggemeinschaft gibt. So könnten Christen dem zuvor genannten Wort Rosenzweigs einen akzeptablen Sinn geben.

    Die Frage der Juden, ob mit dem Bekenntnis zum menschgewordenen Gottessohn nicht die strenge Verpflichtung auf den einzigen Gott Israels (vgl. Dtn 6,4-9) preisgegeben wird, beantworten die Christen mit ihrer Glaubensüberzeugung, daß es gerade Jesus Christus ist, der ihnen den einzigen Gott Israels vermittelt und darstellt. Die in Christus geschehene Menschwerdung Gottes ist für den Christen keineswegs eine Absage an die Einzigkeit Gottes, sondern eine Bestätigung derselben. Menschwerdung Gottes hat vielmehr zur Voraussetzung, daß der einzige Gott Israels kein isolierter, beziehungsloser, sondern ein den Menschen zugewandter, vom menschlichen Schicksal mitbetroffener Gott ist. Diese Charakteristik Gottes wird nach dem Zeugnis der Talmude und Midraschim auch - allerdings ohne Verbindung und ohne Zusammenhang mit Jesus Christus - vom rabbinischen Judentum geteilt. Auch das rabbinische Judentum weiß selbstverständlich, daß der einzige Gott Israels nicht nur in der Transzendenz "weilt", sondern auch mitten unter seinem in Not und Verfolgung hineingeratenen Volk: als Herr, Vater, Gefährte und Erlöser.

    Das christlich-jüdische Gespräch über den lebendigen Gott Israels ist daher ein großes Hoffnungszeichen.

    2. Der gemeinsame Auftrag

    Trotz des nicht verschwiegenen Dissenses im Konsens verbindet Juden und Christen der Auftrag zum gemeinsamen Handeln und Zeugnis-Geben in der Welt. Wesentliche Aufgaben, denen sie sich um der Zukunft willen gemeinsam stellen müssen, sind beispielsweise:

    - Wie ist es angesichts des geschehenen Massenmordes an Juden und der versuchten Ausrottung des jüdischen Volkes noch möglich, an Gott zu glauben? Wie ist es möglich, Schuld und Leid vor Gott zu tragen, statt sie zu verdrängen oder zu fixieren? Welche Bedeutung hat die systematische Vernichtung großer Teile des europäischen Judentums und welche Bedeutung hat die Gründung des Staates Israel für Juden und Christen und für ihre Begegnung miteinander?

    Wie ist es angesichts der Gründung des Staates Israel als eines zentralen Ereignisses der neueren jüdischen Geschichte möglich, die jahrtausendealte Hoffnung auf Gottes Heil mit konkret politischem Handeln in der Gegenwart zu verknüpfen, ohne einer religiös begründeten Ideologisierung der Politik oder einer Politisierung des Glaubens das Wort zu reden?

    - Was bedeutet es angesichts einer nach wie vor polytheistischen Welt (Götter haben heute nur andere Namen), daß Juden und Christen an einen Gott glauben? Können und müssen nicht Christen und Juden in einer Welt, deren Kriege im wesentlichen immer noch Religionskriege sind (was leicht plausibel wird, wenn man an die Stelle von Religion das Wort "Ideologie" setzt), aufgrund ihrer Offenbarung gemeinsam eine Ideologiekritik entwickeln?

    - Haben nicht Juden und Christen gemeinsam die Verpflichtung, angesichts der Weltverhältnisse, die das Überleben der Menschheit bedrohen, zu zeigen und in Modellen vorzuleben, was biblisch verstanden Gerechtigkeit und Freiheit ist?

    - Zu den Grundforderungen der den Juden und Christen gemeinsamen biblischen Offenbarung gehört die unbedingte Achtung vor dem Leben des anderen. Es sollte gemeinsam von ihnen präzisiert werden, was hieraus heute für die Wahrung von Menschenwürde und Menschenrechten folgt. Insbesondere wäre z.B. gemeinsam eine Ethik der Wissenschaften, der Technik, der Zukunftssorge zu entwickeln - auch die Menschen nach dem Jahr 2000 sind unsere Nächsten.

    - Welche konkreten Konsequenzen können aus der Juden und Christen gemeinsamen Überzeugung von der Gottebenbildlichkeit des Menschen gezogen werden? Welche Verpflichtungen ergeben sich aus dem Juden und Christen gemeinsamen Gebot der uneingeschränkten Liebe (vgl. Lev 19, 18 und Mk 12,30 f)?

    3. Die Kontroverse um Gesetz und Gnade neu überdenken

    Die Begegnung von Juden und Christen wird auch dahin führen, daß beide Seiten die gegenseitigen Anfragen mit klarerem Blick wahrnehmen. Juden weisen den christlichen Vorwurf der "Werkgerechtigkeit" dann mit überzeugenden Gründen zurück, wenn sie nicht die Gefahr bestreiten, die von dieser Haltung ausgehen kann, zumal sie wissen, daß die Warnung vor "Werkgerechtigkeit" zu ihr er eigenen Glaubenstradition gehört.

    Daß die Tora das Leben des Menschen in Anspruch nimmt, hindert nicht das Angewiesensein auf Gottes Barmherzigkeit. Gottesdienstliche Texte, wie sie die Feier des Versöhnungstages, des höchsten Festtages im jüdischen Jahr kennzeichnen, können Christen eindringlich diese Seite des jüdischen Lebens aufschließen.

    Christen weisen den jüdischen Vorwurf des "Verlustes der Ethik" dann mit überzeugenden Gründen zurück, wenn sie nicht die Gefahr bestreiten, daß die Hoffnung auf Gnade sie zur Vernachlässigung ihrer Weltverantwortung verleiten kann, zumal sie . wissen, daß die Warnung vor dieser Gefahr zu ihrer eigenen Glaubenstradition gehört. Kirchliche Texte zum Verhältnis von Glaube und Werken (vgl. Konzil von Trient), aber auch schon die paulinische Mahnung zu einem "in der Liebe werktätigen Glauben" (Gal 5,6) sind dafür deutliche Beispiele.

    Jüdische und christliche Kritik an der "Werkgerechtigkeit", jüdische und christliche "Freude am Gesetz" (an dem auch der Christ, wie Paulus ausdrücklich bekennt, "sich mitfreut" - Röm 7,12) haben ein gemeinsames Ziel: die Fähigkeit zum Beten, zum Lobpreis Gottes zu bewahren. Darum finden Juden und Christen nur dann zum Dialog, wenn sie gemeinsam bekennen, was täglich im jüdischen Morgengebet gesprochen wird:

    "Nicht auf unsere Gerechtigkeit trauen wir, sondern auf deine große Barmherzigkeit" (Dan 9,18).

    IV. Nachwort

    Die in diesem Text angesprochenen Fragen wollen zum Bewußtsein bringen: Jüdisch-christlicher Dialog darf nicht länger dem Interesse einiger Spezialisten überlassen werden. Denn die hier anstehenden Themen treffen ins Zentrum des christlichen wie des jüdischen Selbstverständnisses, sie haben über die Begegnung zwischen Juden und Christen hinaus Entscheidendes beizutragen auch für das Verständnis der Religionen insgesamt und für die Zukunftsfragen der Menschheit. Darum appelliert der Gesprächskreis "Juden und Christen" beim Zentralkomitee der deutschen Katholiken an alle für die Aus- und Fortbildung von Priestern und anderen pastoralen Mitarbeitern, von Lehrern und Erziehern Verantwortlichen, an die Träger der Erwachsenenbildung und die Medien sowie an die jüdischen Gemeinden und Institutionen, sich diesen zentralen Themen des jüdisch-christlichen Dialogs in den nächsten Jahren verstärkt zuzuwenden und ihre Bedeutsamkeit ins Öffentliche Bewußtsein zu bringen.

    Dr. Hanspeter Heinz

    Leiter des Gesprächskreises

  • 1979-06-07 Johannes Paul II - in Auschwitz-Birkenau

    Predigt von Papst Jhannes Paul II am 7. Juni 1979

    in Auschwitz-Birkenau


    1. „... der Sieg, der die Welt besiegt hat, ist unser Glaube" (1 Joh 5,4).

    Diese Worte aus dem Brief des Apostels Johannes kommen mir in den Sinn, und sie ergreifen mich zutiefst, wenn ich an diesem Ort weile, an dem ein besonderer menschlicher Sieg durch Glauben errungen wurde. Durch den Glauben, der die Liebe zu Gott und zum Nächsten weckt, eine einzige Liebe, die „größte” Liebe - die, welche bereit ist, "das Leben für die Freunde hinzugeben" (vgl. Ijob 15,13; 10,11). Es war also ein Sieg durch Liebe, die den Glauben zum äußersten, letzten Zeugnis befähigt.

    Dieser Sieg durch Glaube und Liebe wurde an diesem Ort von einem Mann errungen, der den Namen Maximilian Maria trägt. Sein Familienname ist: Kolbe; „von Beruf" (wie es in den Registern des Konzentrationslagers verzeichnet steht): katholischer Priester; seine Berufung: Sohn des hl. Franziskus; von Geburt: Sohn einfacher, arbeitsamer und frommer Eltern, Weber aus der Umgebung von Lodz; durch Gottes Gnade und nach dem Urteil der Kirche: Seliger.

    Diesen Sieg durch Glaube und Liebe hat dieser Mann an diesem Ort errungen, der im Zeichen der Leugnung des Glaubens - des Glaubens an Gott und des Glaubens an den Menschen - und einer radikalen Verhöhnung nicht nur der Liebe, sondern von allem, was dem Menschen und der Menschheit heilig ist, errichtet wurde. Diese Anlage wurde auf dem Fundament des Hasses und der Verachtung des Menschen errichtet, im Namen einer entarteten Ideologie. Sie wurde auf Grausamkeit gebaut. Zu ihr führt ein heute noch vorhandenes Tor mit der zynischen Inschrift „Arbeit macht frei", denn zu ihrer Aussage stand die Wirklichkeit in einem radikalen Widerspruch.

    An diesem Ort schrecklicher Qual, die vier Millionen Menschen verschiedener Nationen den Tod brachte, hat Pater Maximilian einen geistigen Sieg errungen, der dem Sieg Christi ähnlich ist, indem er freiwillig den Tod im Hungerbunker auf sich nahm - für einen Bruder. Dieser Bruder lebt noch heute in Polen und ist hier bei uns.

    Doch war er - Maximilian Kolbe - der einzige, der einen Sieg errang, den seine Mitgefangenen sofort spürten und den bis heute Kirche und Welt empfinden? Mit Sicherheit wurden hier viele ähnliche Siege errungen, so etwa der Tod im Krematorium des Lagers, den die Karmelitin Schwester Benedikta vom hl. Kreuz, in der Welt Edith Stein, erlitten hat, die berühmte Schülerin Husserls, die zu einer Zierde der heutigen Philosophie in Deutschland geworden ist und einer jüdischen Familie aus Wroclaw (Breslau) entstammt.

    Ich möchte nicht bei diesen zwei Namen stehen bleiben, weil ich mich frage: Nur dieser eine? Nur diese eine? ... Wie viele Siege wurden hier errungen? Sie wurden errungen von Menschen verschiedener Bekenntnisse, verschiedener Ideologien, und sicher nicht nur von Gläubigen. Ich möchte mich mit dem Gefühl tiefster Verehrung jedem dieser Siege zuwenden, jeder Erscheinung von Menschlichkeit, die ein Widerspruch zu dem System war, das systematisch der Menschlichkeit widersprach.

    An diesem Ort, wo die Würde des Menschen auf so schreckliche Weise mit Füßen getreten wurde - der Sieg des Menschen durch Glaube und Liebe!

    Kann sich eigentlich noch jemand wundern, daß der Papst, der in diesem Land geboren und erzogen wurde, der Papst, der auf den Sitz des hl. Petrus aus jener Diözese kam, in deren Gebiet das Lager Auschwitz liegt, seine erste Enzyklika mit den Worten Redemptor hominis begonnen hat - und daß er sie insgesamt der Sache des Menschen widmete, der Würde des Menschen, seinen Gefährdungen, schließlich seinen Rechten? Unveräußerlichen Rechten, die so leicht mit Füßen getreten und zunichte gemacht werden können - durch den Menschen! Es genügt, ihn in eine andere Uniform zu stecken, ihm einen Gewaltapparat und Vernichtungsmittel zur Verfügung zu stellen, es genügt, ihm eine Ideologie aufzudrängen, in der die Rechte des Menschen den Erfordernissen des Systems unterworfen werden, so vollständig, daß sie faktisch nicht existieren.

     

    2. Ich komme heute als Pilger hierher. Man weiß, daß ich oft hier war - wie oft! Oft bin ich in die Todeszelle von Maximilian Kolbe hinabgestiegen, habe ich vor der Todesmauer gekniet und bin zwischen den Trümmern der Krematorien von Brzezinka (Birkenau) umhergegangen. Ich konnte als Papst den Besuch hier nicht auslassen.

    Ich komme also zu diesem besonderen Heiligtum, in dem sozusagen der Patron unseres so schweren Jahrhunderts geboren wurde, ähnlich wie vor 900 Jahren der hl. Stanislaus, der Patron der Polen, unter dem Schwert in Rupella. Aber ich bin nicht nur gekommen, um den Patron unseres Jahrhunderts zu ehren. Ich bin hier, um mich gemeinsam mit Euch, unabhängig davon, was Euer Glaube ist, noch einmal der Frage nach dem Menschen zu stellen.

    Ich komme, um gemeinsam mit euch allen zu beten, die ihr heute hierher gekommen seid - gemeinsam mit ganz Polen und mit ganz Europa. Christus will, daß ich als Nachfolger des Petrus vor der Welt Zeugnis gebe für das, was die Größe des Menschen unserer Zeit und sein Elend zugleich ausmacht. Was seine Niederlage und was sein Sieg ist.

    So komme ich also und beuge meine Knie auf diesem Golgota unserer Zeit, vor diesen Gräbern, die großenteils keine Namen tragen, wie ein gigantisches Grab des Unbekannten Soldaten. Ich knie vor allen Tafeln, die eine lange Reihe bilden und auf denen das Andenken an die Opfer von Auschwitz in folgenden Sprachen geschrieben steht: Polnisch, Englisch, Bulgarisch, Zigeunersprache, Tschechisch, Dänisch, Französisch, Griechisch, Hebräisch, Jiddisch, Spanisch, Flämisch, Serbokroatisch, Deutsch, Norwegisch, Russisch, Rumänisch, Ungarisch und Italienisch.

    Ich verweile am Ende gemeinsam mit euch, liebe Teilnehmer dieser Begegnung, vor der Tafel mit hebräischer Inschrift. Sie weckt das Andenken an das Volk, dessen Söhne und Töchter zur totalen Ausrottung bestimmt waren. Dieses Volk führt seinen Ursprung auf Abraham zurück, der der "Vater unseres Glaubens" ist (vgl. Röm 4,12), wie Paulus von Tarsus sich ausdrückte. Gerade dieses Volk, das von Gott das Gebot empfing „Du sollst nicht töten!", hat an sich selbst in besonderem Ausmaß Mord erfahren. An diesem Gedenkstein darf niemand gleichgültig vorbeigehen.

    Ich habe noch eine ausgewählte Tafel: in russischer Sprache. Ich füge hier keinen Kommentar an. Wir wissen, von welchem Volk sie spricht; wir wissen, welchen Anteil dieses Volk an dem schrecklichen Krieg um die Freiheit der Völker hatte; auch an dieser Tafel können wir nicht gleichgültig vorbeigehen.

    Schließlich die letzte Tafel: in polnischer Sprache. Sechs Millionen Polen haben im Zweiten Weltkrieg ihr Leben verloren, ein Fünftel der Nation. Ein Abschnitt mehr des jahrhundertelangen Kampfes dieser Nation, meiner Nation, für ihre fundamentalen Rechte unter den Völkern Europas; ein weiterer lauter Schrei für das Recht auf einen eigenen Platz auf der Karte Europas, eine weitere schmerzhafte Schuld für das Gewissen der Menschheit.

    Ich habe drei Tafeln ausgewählt. Es wäre richtig, bei jeder zu verweilen, und so werden wir es auch machen.

     

    3. Auschwitz ist eine solche Schuld. Man kann es nicht nur besichtigen. Man muß sich hier mit Furcht fragen, wo liegen die Grenzen des Hasses.

    Auschwitz ist ein Zeugnis des Krieges. Der Krieg bringt ein außergewöhnliches Ansteigen des Hasses, der Zerstörung und der Grausamkeit mit sich. Und wenn man auch nicht leugnen kann, daß er neue Möglichkeiten menschlichen Mutes, des Heroismus und der Vaterlandsliebe offenbart, so überwiegt doch die negative Bilanz. Sie überwiegt mehr und mehr - je mehr der Krieg zu einem Spiel kalkulierter Vernichtungstechnik wird. Verantwortlich für den Krieg sind aber nicht nur die, die ihn direkt anzetteln, sondern auch jene, die nicht alles in ihrer Macht Liegende tun, um ihn zu verhindern. Es sei mir an dieser Stelle erlaubt, die Worte zu wiederholen, die Paul Vl. vor der Organisation der Vereinten Nationen gesprochen hat: „Die Erinnerung müßte genügen, daß das Blut von Millionen von Menschen, unzählbare und unerhörte Leiden, nutzloses Gemetzel und schreckliche Ruinen den Pakt, der euch einigt, begründet haben. Dieser Eid müßte die künftige Geschichte der Welt ändern: nie wieder Krieg, nie wieder Krieg! Der Friede, der Friede muß die Geschicke der Völker und der gesamten Menschheit bestimmen" (AAS 57, 1965, S. 881).

    Wenn jedoch diese große Mahnung von Auschwitz, der Schrei des hier gemarterten Menschen Frucht für Europa (und auch für die Welt) bringen soll, dann muß man alle Konsequenzen aus der Erklärung der Menschenrechte ziehen, wie Papst Johannes XXIII. in der Enzyklika Pacem in terris betonte. In ihr wird ja „in feierlichster Form allen Menschen die Personwürde zuerkannt, wird als Konsequenz ihr grundlegendes Recht verkündet, in Freiheit nach der Wahrheit zu suchen, das Gute und Rechte zu tun, dazu das Recht auf ein menschenwürdiges Leben. Zugleich werden weitere Rechte verkündet, die mit jenen grundlegenden verbunden sind" (Johannes XXIII., Pacem in terris, AAS 55, 1963, S. 295-296).

    Ich möchte zurückkommen auf die Weisheit des Altmeisters Pawel Wlodkowic, des Rektors der Jagellonen-Universität von Krakow (Krakau), der gelehrt hat, daß folgende Rechte der Nationen zu sichern seien: ihre Rechte auf Existenz, auf Freiheit, auf Unabhängigkeit, auf eine eigene Kultur und auf eine würdige Entwicklung. Wlodkowic schreibt: „Wo die Macht stärker wirkt als die Liebe, sucht man die eigenen Interessen und nicht Jesus Christus; folglich entfernt man sich leicht von der Norm des göttlichen Gesetzes ... Jede Art von Recht verurteilt den, der Mensch überfällt, die in Frieden leben wollen: das Naturrecht nach dem Prinzip ‘Was du für dich selbst willst, das tu auch dem anderen' und das göttliche Recht, denn ... im Gebot 'Du sollst nicht stehlen' wird jede Art von Raub verboten und im Gebot 'Du sollst nicht töten' jegliche Gewalt" (Paul Wlodkowic, Saeventibus, 1415, Tract. 11 Salutio quaest. 4a; vgl. L. Ehrlich, Pisma wybrane Pawla Wlodkowica, Warszawa, 1968, t. 1, S. 61; 58-59).

    Aber es geht hier nicht nur um Recht, sondern auch und vor allem um Liebe: um Nächstenliebe, in der sich die Liebe Gottes ausdrückt und in der sie zu spüren ist; um die Liebe, die Christus in seinem Gebot verkündete, das jeder Mensch in sein Herz geschrieben hat – das Gebot, das der Schöpfer selbst in diesem Herzen geformt hat.

    Dieses Gebot konkretisiert sich in der Achtung vor dem Anderen, in der Achtung seiner Persönlichkeit, seines Gewissens; es konkretisiert sich im Dialog mit dem Anderen, in der Fähigkeit, das zu suchen und anzuerkennen, was gut und positiv auch in demjenigen ist, der Ideen bekennt, die sich von unseren unterscheiden, ja sogar in demjenigen, der in gutem Glauben – irrt ...

    Niemals darf sich ein Volk auf Kosten eines anderen entwickeln, um den Preis seiner Eroberung und Versklavung, um den Preis seiner Ausbeutung und seines Todes. Das sind Gedanken Johannes' XXIII. und Pauls VI über den Frieden in der gegenwärtigen Welt. Diese Worte spricht ihr unwürdiger Nachfolger, aber sie spricht gleichzeitig der Sohn des Volkes, das in seiner ferneren und näheren Geschichte vielfältige Marter von anderen erlitten hat. Erlaubt mir jedoch, daß ich diese anderen nicht beim Namen nenne - erlaubt mir, daß ich sie nicht nenne.

    Wir stehen an einem Ort, an dem wir von jedem Volk und von jedem Menschen als Bruder denken wollen. Und wenn in dem, was ich gesagt habe, auch Bitterkeit war, meine lieben Brüder und Schwestern, habe ich das nicht gesagt, um irgend jemanden anzuklagen. Ich habe das gesagt, um zu erinnern. Ich spreche nämlich nicht nur mit den Gedanken an diejenigen, die umkamen - an vier Millionen Opfer auf diesem riesigen Feld -, ich spreche im Namen aller, deren Rechte irgendwo auf der Welt mißachtet und vergewaltigt werden. Ich spreche, denn mich, uns alle verpflichtet die Wahrheit. Ich spreche, denn mich, uns alle verpflichtet die Sorge um den Menschen, und daher bitte ich alle, die mich hören, daß sie alte ihre Kräfte auf diese Sorgen um den Menschen konzentrieren. Die aber, die mich im Glauben an Jesus Christus hören, bitte ich, daß sie sich vereinen im Gebet um Frieden und Versöhnung.

     

    4. Meine lieben Brüder und Schwestern, mehr habe ich nicht zu sagen. Mir kommen nur noch die Worte der Supplikation in den Sinn: „Heiliger Gott, heiliger Starker, heiliger Unsterblicher! Von Pest, Hunger, Feuer und Krieg ... auch von Krieg, erlöse uns, Herr!”

    Amen.

    --------------------------------------------------

    Übersetzung aus: Predigten und Ansprachen von Papst Johannes Paul 11. bei seiner Pilgerreise durch Polen 2. bis 10. Juni 1979 (Verlautbarungen des Apostolischen Stuhls 10), Bonn o. J. (1979), 80-84. Verbessert nach Vergleich mit dem gesprochenen Original von Manfred Deselaers.

     

    {component}option=com_wbgallery&cid=16&Itemid=11&lang=pl{/component}

Strona: 1 2 3 4 5 6 7

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Pädagogische Abteilung: education@cdim.pl
Rezeption: reception@cdim.pl

GPS: 50.022956°N, 19.19906°E

Facebook

Umsetzung: Wdesk
2017 © Zentrum für Dialog und Gebet in Oświęcim Polityka cookies
schließen
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies