Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Halina Birenbaum - Życie jako nadzieja - cz. I

Halina Birenbaum - Życie jako nadzieja - cz. I


Życie jako nadzieja

 

Moje lata - wieki w Shoa

 

 

Spotkałam swą wolność z pustką w sercu po przebytych dramatach w latach Holocaustu. Ogrom sieroctwa, ruiny, zgliszcza w powojennej Warszawie - nic wokół mnie i jakby we mnie... Już miałam w rękach cały bochen chleba, mogłam kroić, ile tylko dusza zapragnie. Ale było mi ciasno w czterech ścianach domu i w sobie. Nie chciałam być, jak moja mama przed wojną, tylko troszczyć się o dom, gotować, sprzątać – byłam już o tyle starsza od niej przy swych piętnastu latach! Szmat drogi przebyłam od dzieciństwa po starość, po śmierć w ciągu tych lat wojny i okupacji. Tyle razy patrzałam śmierci w oczy, zamierałam w strachu, napięciu przedostatnich chwil; takie masy ludzkie paliły się na moich oczach - jak wejść po tym wszystkim w zwykłą codzienność na wolności w uwięzieniu tamtych obrazów i głosów?

 

 

Marzyłam, że jeśli przeżyję to piekło, zamieszkam na bezludnej wyspie... Jeśli przeżyję - co w moim przypadku było najmniej prawdopodobne wobec praw hitlerowskich skazujących cały naród żydowski na zagładę, a w pierwszym rzędzie staców, chorych i dzieci... Byłam nielegalna nawet w obozach, tam dopuszczali tylko młodych, zdrowych, a i to zależało, ilu chcą zostawić do katorżniczej pracy, resztę odsyłali do gazu. Moje życie i ocalenie okazało się ciągiem przypadków... Do dziś.

 

 

We wrześniu 1939 roku skończyłam 10 lat i przeszłam do III oddziału szkoły podstawowej. Miałam kochających rodziców, dwóch starszych braci, dziadków ze strony matki i ojca, licznych krewnych. Byliśmy niezamożną rodziną. Marek, starszy ode mnie o 11 lat brat, studiowal medycynę, był wyjątkowo zdolnym i pracowitym uczniem - starszy ode mnie o 7 lat, Chilek, uczył się w szkole rzemieślniczej. Ojciec był pośrednikiem handlowym, matka prowadziła dom i pomagała zarabiać na życie szydełkowaniem. Tego lata, na wieść o zbliżającej się wojnie rodzice i siostry matki z rodzinami przyjechali do Warszawy. Myśleli, że w stolicy będzie łatwiej przeżyć niż w Żelechowie. Rodzina ze strony ojca została w Białej Podlasce.

 

 

1 września zagrzmiała syrena alarmowa – i już nie poszłam więcej do szkoły. Niebo nad Warszawą pokryły eskadry niemieckich Messerschmidtów, posypały się bomby burzące i palące, wybuchły pożary, których nie było czym gasić. Domy zawalały się, grzebiąc pod sobą tysiące ludzi. W ciągu trzech tygodni nie ustawało to piekło. Nie było, co jeść, nie było wody... Wywlekano z palących się sklepów konserwy kiszonych ogórków, marmelady, noszono wodę z Wisły – ludzie padali po drodze od odłamków, szrapneli. Huki bomb dniami i nocami, łuny pożarów, zapach rozkładających się pod gruzami trupów i spalenizny, ryk syren alarmowych i w głośnikach zapowiedzi: „uwaga, nadchodzi, przeszedł, nadchodzi, nadchodzi”!....

 

 

W największe święto żydowskie Sądny Dzień – Jom Kipur, Niemcy bomardowali najbardziej dzielnicę zamieszkałą przez Żydów i nasza ulica stanęła w ogniu. Była noc po wielkim poście i żarliwych modlitwach. Wybiegliśmy z palącego się domu, chwytając do rąk, co się dało unieść. Schroniliśmy się w piwnicy domu znajomych. Panował tu tłok, zapach pleśni, wydechów ludzkich i nie dające się opisać przygnębienie. Niektórzy tracili przytomność umysłu z przerażenia, bełkotali jakieś niezrozumiałe słowa. Przypatrywałam się dorosłym, czytałam z ich twarzy, z każdego ich poruszenia i dojrzewałam do niepojętych sytuacji walącego się wokół nas świata.

 

 

Aż wreszcie nastała cisza. Cisza klęski, znieszczenia i żałoby. Na ulicach ludzie z tobołkami na plecach. My również w tej fali szukających dachu nad głową. Po raz pierwszy zobaczyłam Niemców. Maszerowali butnie zburzonymi ulicami Warszawy, jak zamykająca na wieki, niezwyciężona ściana śmierci. Ludzie tłoczyli się po chleb, żołdacy niemieccy wyciągali Żydów z kolejek i maltretowali ich.

 

 

Znaleźliśmy pokój w mieszkaniu dentystki sparaliżowanej po szoku bombardowań, jej mąż, także lekarz dentysta, umarł przed wojną. Ona, dwie córki, syn - technik dentystyczny, zajmowali teraz jeden pokój, a pozostałe cztery i kuchnię odnajmowali. Najmłodsza Elusia, o dwa lata starsza ode mnie i o rok ode mnie młodsza, Erna, mieszkająca z rodzicami w sąsiednim pokoju stały się moimi przyjaciółkami. Mieszkaliśmy razem do „wysiedlenia”.

 

 

Niemcy nakazali Żydom od dwunastego roku życia nosić białe opaski z niebieską Gwiazdą Dawida na prawym podramieniu, by ich wyodrębnić od innych ludzi. Robili łapanki na Żydów, rozstrzeliwali pod byle pretekstem, czy bez pretekstów. Zabronili Żydom jechać pociągami, tramwajami, uczyć się, modlić się w bóźnicach, zbierać się w większych grupach. Od siódmej wieczór ogłosili godzinę policyjną i bezwzględny zakaz znajdowania się poza domem. Za dnia tłumy zalegały ulice. Ludzie sprzedawali z siebie odzież, pościel, bieliznę, by móc kupić, co dzień droższy i gorszy chleb, zmarznięte kartofle, kaszę, mokre drzewo. Byle jakoś przeżyć dzień w nadziei, że wojna się skończy wkrótce klęską Niemców i wszystko wróci do normalnego trybu.

 

 

Groza narastała jednak z każdym dniem. Choroby, głód. Raz po raz wdzierał się z ulicy przeraźliwy okrzyk: Niemcy! - i triumfalne ciężarówki wjeżdżały w zatłoczone ulice, esesmani zeskakiwali z nich, strzelali w uciekających, skinieniem ręki i okrzykiem „Halt!” zatrzymywali mężczyzn, których ładowali biciem na ciężarówki. Wchodzili do domów żydowskich wyciągać meble, towary z mieszkań i sklepów, wyprowadzali właścicieli - ojców, synów i rozstrzeliwali ich.

 

 

Pogłoski o getcie dla Żydów sprawdziły się, jak wszystkie najgorsze, niewyobrażalne przepowiednie. Wysoki mur odgrodził nas pod koniec jesieni 1940 roku od Aryjczyków. Niemcy rozkazali wszystkim Żydom opuścić w ciągu godziny swe mieszkania i skupić się na ciasnym obszarze najnędzniejszej okolicy Warszawy. Zapędzili tu pieszo także Żydów z innych miast i miasteczek, zabijali słabych po drodze, chorych w łóżkach. Setki tysięcy zostało bez dachu nad głową, nie mieli, więcej nic! Gnieździli się w niemożliwej ciasnocie w byłych klasach szkolnych i innych publicznych budynkach, zwanych Punktami. Umierali tam masowo z głodu, brudu, epidemii. Ale w Punktach nie było dość miejsca dla wszystkich wygnańców. Leżeli na ulicach, podwórkach, klatkach schodowych; żebrali, puchli z głodu, odmrożenia. Nie nadążono uprzątać trupów, przykrywano je gazetami, aż przyjedzie po nie wóz by je zebrać i wrzucić do wspólnego grobu.

 

 

Byłam w tym tłumie, rosłam w nim i uczyłam się życia pośród ogólnego zniszczenia. Bawiłam się razem z innymi dziećmi, popychając ludzi w tłoku na ulicy, obok tych nakrytych gazetami trupów... W późniejszym okresie komitet domowy zorganizował nas do zbiórki pieniędzy dla żebraków i głodujących sąsiadów. Przypinaliśmy kokardki papierowe przechodniom, by ofiarowali kilka groszy. Występowaliśmy czasem na wieczorkach w domach zamożniejszych rodzin, deklamowaliśmy i śpiewaliśmy przedwojenne lub gettowe piosenki. Oczywiście, brały w tym udział dzieci i młodzież, które narazie nie głodowały i nie były załamane.

 

 

Nasza rodzina też nie głodowała jeszcze w tym okresie. Marek pracował w szpitalu żydowskim, zarabiał trochę przy zabiegach lekarskich, polski właściciel fabryki konserw, Maggi, któremu ojciec pośredniczył w dostawie surowców z Galicji, przekazywał nam do getta fasolkę, brązowy cukier i konserwy zamiast pieniedzy, za które niewiele można było kupić, bo wszystko drożało z godziny na godzinę. Fabryka inż. Strójwąsa znajdowała się na granicy getta, co umożliwiało do pewnego czasu ten kontakt. Otrzymywane produkty w większości sprzedawaliśmy, by kupić chleb, kartofle, drzewo do ogrzania pokoju.

 

 

Ja nawet uczyłam się jeszcze w tych warunkach. Pod kierownictwem i surowym nakazem starszego brata przerobiłam w ciągu tych trzech lat materiał od trzeciego oddziału szkoły podstawowej do pierwszej klasy gimnazjum. Marek uczył mnie także francuskiego. Może dla oderwania od ciężkiej rzeczywistości – a może w nadziei, że doczekamy końca wojny i ja nie zostanę w tyle w swej edukacji... Czytałam zwłaszcza wiele, także wiersze, których bardzo szybko uczyłam się na pamięć. Znajdywałam w tym ucieczkę od panującej wokoło grozy i coraz straszniejszych wieści o zwycięztwach Niemców na frontach, mordowaniu Zydów, budowaniu komór parowych czy gazowych do masowej zagłady w Chełmie, Bełżcu - i najokropniejszym ze wszystkich, Oświęcimiu!... Miałam 11 lat, kiedy zaczęłam pisać o tym, co działo się wokół nas, nie mogąc pomieścić w sobie ogromu okrucieństw, coraz gorszych wiadomości i beznadziejnych komentarzy dorosłych.

 

 

Dwa okna naszego pokoju obito dyktami, za oświetlenie służył płomień z rurki gazowej, a potem śmierdząca lampa karbidowa. Spaliśmy na podłodze, rodzice i bracia na dwóch materacach, a ja, jako najmłodsza (zawsze mama uczyła mnie ustępować starszym, przeciw czemu buntowałam się) na posłaniu z kołdry. Kiedy zapędzili wszystkich Zydów do getta, dostaliśmy od znajomych tapczan, stół i cztery krzesła. Znów musiałam ustąpić... nie było piątego krzesła. Zwolnił się jednak dla mnie materac, bo bracia spali już na tapczanie.

 

 

Na szczęście, nasza ulica została w getcie i nie musieliśmy, jak większość Zydów, szukać innego pomieszczenia. Niemcy zmniejszali kilkakrotnie getto i ludzie zostawali po prostu na ulicach, umierali masowo. Rodzina dentystki także przymierała głodem niemal od samego początku. Nikt potem nie płacił komornego ani nie leczył sobie zębów...

 

 

Minęły dwa lata getta. Marzyłam, że obudzę się jednego rana i Niemców nie będzie więcej w Warszawie, znikną nagle z naszego życia, tak, jak się do niego wdarli.... Pod koniec lipca 1942 roku rozkleili plakaty na murach po polsku i po niemiecku, że wszyscy Żydzi będą przesiedleni do pracy na Wschód. W getcie zostaną tylko nieliczni, potrzebni Niemcom do pracy w szopach, gdzie szyje się mundury i buty dla wojska niemieckiego oraz w fabrykach po aryjskiej stronie. Zatrudnieni Żydzi otrzymają Aussweise (przepustki), które niebawem okazały się prawem do życia, i płacono za nie wysokie łapówki.

 

 

Panika i rozpacz opanowały całe getto. Dopełniła grozy wieść o samobójstwie A. Czernikowa, prezesa gminy żydowskiej. Prezes, posłuszny zawsze Niemcom, nie chciał podpisać rozkazu wysiedlenia, co naprowadzało najgorsze domysły. Odrazu też znikła wszelka żywność. Słowa: akcja, blokada, wysiedlenie, wagony, Umschlagplatz stały się odtąd naszą wyłączną rzeczywistością, jedyną treścią życia. O Treblince nie wiedzieliśmy jeszcze... Umschlag to duży, obwarowany plac na Stawkach przed szkołą, w której Chilek uczył się do wybuchu wojny. Czekały tu codziennie wagony bydlęce, którymi Niemcy wywozili złapanych Żydów. Najpierw wywieźli wygnańców z Punktów, żebraków z ulic, chorych, kaleki, opuchłych z głodu, odmrożenia.

 

 

O nic nie pytałam, nie upominałam się, niczemu się nie dziwiłam - wszystko czuło się w powietrzu, czytało się w twarzach ludzkich, w oddechu śmierci i strachu przed nią. Nawet male dzieci pojmowały, że trzeba milczeć, zakopać w gęsty mrok swe zabronione bycie, oddech, bicie serca – by nie zostać wykrytym i wywiezionym na ten zagadkowy, straszny „Wschód”... Włożyliśmy na siebie co najlepsze z odzieży i obuwia, kilka zmian bielizny, sukien, swetry - na wypadek, że złapią nas i wywiozą do jakiegoś okropnego obozu, by mieć tam, w co się przebrać czy wymienić rzeczy na żywność. Mama wzięła do koszyczka trochę mąki, kaszy, cukru w kostkach, butelkę oleju. Pożegnaliśmy się z sąsiadami. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to już na zawsze.

 

 

Mieszkanie cioci Feli, młodszej siostry matki mieściło się na innej ulicy, na piątym piętrze. Myśleliśmy, że tak wysoko nie przyjdą po nas, by zawlec na Umschlag... Mama pragnęła też być w takim czasie razem ze swą najbardziej ukochaną siostrą. Wujka wraz z grupą Żydów wyciągnęli Niemcy z pociągu i rozstrzelali, mimo posiadanych przepustek; ich syna, Kubę w wieku Chilka, wywieźli do pracy w Starachowicach, gdzie przepadł bez wieści. Było to jeszcze przed wysiedleniem do Treblinki... Została tylko ciocia z Haliną, starszą ode mnie o dwa lata. Odtąd trzymaliśmy się razem.

 

 

Łapanki zaczynały się około 8 rano i szalały do wieczora. Co dzień blokowali ulice getta i wlekli na Umschlag tysiączne kolumny Żydów. Wdzierali się do wszystkich domów i mieszkań, na każde piętro, docierali do wszelkich zamaskowanych precyzyjnie kryjówek, piwnic, strychów. Wywalali łomami żelaznymi drzwi, każdą zaporę i bijąc, strzelając, gnali ludzi do kolumn ustawianych na jezdni, skąd prowadzili ich pod eskortą uzbrojonych esesmanów do wagonów. Co dzień 15 – 17 tysięcy Żydów, ile tylko wagony mogły pomieścić!

 

 

Akcje wciąż natężały się i zagarniały coraz więcej ludzi. Ulice pustoszały, plamy krwi na trotuarach i szosach, opuszczone domy, mieszkania - duchy. Rozrzucone rzeczy, listy, fotografie, wszędzie pełno fruwającego pierza z poprutych w czasie przeszukiwań poduszek. Gwizd lokomytyw wdzierał mi się w serce, jak nóż: tutaj pójdziesz, to cię czeka, jakaś stacja okropna, koniec wszystkiego!...

 

 

Ojciec dostał się do pracy w szopie dzięki krewnemu, bo nie mielibyśmy pieniędzy zapłacić łapówki. Otrzymał zaświadczenie mające być „kryciem” także dla żony i dziecka „produktywnego” Żyda, czyli dla matki i dla mnie. Dyrektor był dawniej właścicielem tej fabryki butów. Okazało się jednak, że obiecująca i popłatna funkcja, nie uratowała go od śmierci w Treblince, ani jego żony i ich trojga dzieci. Nikt nie mógł ujść wszechmogącemu wyrokowi niemieckiemu zagłady.

 

 

Marek pozostał w szpitalu, który był tymczasowo czynny, że niby nie wszystkich wysiedlą, są też lepsi, wybrani, dozwoleni do życia... Miał więc, Ausweis. Chilka wzięli do pracujących na Umschlagu, przypięli mu blaszany numer, znak, że jest produktywny i nie ulega wywózce. Miał wynosić zastrzelonych czy pobitych na śmierć przy napychaniu Żydów do pociągów.

 

 

Groza, która wyzierała z jego oczu, gdy po raz pierwszy wrócił z tej pracy przeniosła mnie w dalsze pokolenia mojej dojrzałości. Zapomniałam o nękającym nieustannie głodzie, o pragnieniu bodaj jeszcze jednej łyżki klusek na wodzie, które mama gotowała wieczorami przy nikłej świeczce w jakimś opróżnionym po wywiezionych mieszkaniu; o ściągnięciu z jej koszyka dodatkowej kostki cukru, które dzieliła co kilka godzin w kryjówkach, jak lekarstwo. Do dziś nie wiem, skąd czerpała ta mała, słaba fizycznie kobieta odwagę i siłę gotować wtedy te kluski?

 

 

Wyraz twarzy Chilka ukazał mi głąb rozpaczy, w której już nic z tego, co było dotąd, czego uczono i przekazywano nam od pokoleń, nie miało więcej żadnego znaczenia, pozostało daleko za nami... Nagle urosłam w sobie, jakbym przeniknęła treść największych ksiąg świata, tych nie napisanych ludzką ręką. Zrozumiałam niepojęte i tajemnicę trwania w nim, wszystko inne stało się błahe i marne aż do absurdu. Mój brat trzymał głowę w dłoniach i tylko mamrotał: nie pytajcie mnie o nic, co oni tam robią z ludźmi!!!

 

 

Tuliłam się do matki w ciasnych, cuchnących kryjówkach, ściskałam mocno jej rękę i wstrzymywałam oddech w największym napięciu, gdy dochodził z bliska tupot buciorów esemańskich i mrożący krew w żyłach, okrzyk: Halt, Jude! Jęk bólu, odgłos strzałów, tuż obok, jakby już we mnie. Spokój matki, jej opanowanie, promieniująca z niej wiara i uparta chęć życia, były dla mnie drogowskazem i fundamentem, na którym potrafiłam dojrzewać i rozwijać błyskawicznie wrażliwość, ostrość intuicji. Szłam z nimi swą długą, niemożliwą drogą poprzez powszechną śmierć - do życia.

 

 

Mijały coraz trudniejsze tygodnie w piwnicach i na strychach w ciągłym strachu, niepewności chwili, bez jedzenia, bez możności umycia się, zdięcia z siebie ubrania, butów w ciągłej gotowości na najgorsze - wywózki na Wschód. Pognali już tam setki tysiący Zydów także wszystkich naszych bliskich. Narastało sieroctwo, bezradność.

 

 

Zapadał zmierzch, gdy zeszliśmy ze strychu, by zaczerpnąć trochę powietrza na dworze. O tak późnej porze nie robili łapanek. Ojciec akurat wrócił z szopu, Chilek po dniu na Umschlagu i staliśmy razem wycieńczeni po długim, jak wieczność dniu. Nagle z czterech stron ulicy zajechały riksze, z których zeskoczyli uzbrojeni Niemcy, Litwini, Łotysze! Kryjówka na rozprażonym strychu była już nieosięgalnym rajem z minionej epoki... Słowo „Halt!” natychmiast przenosi w nową rzeczywistość, jedynie aktualną. Już jesteśmy pierwszą czwórką w kolumnie, powiększającą się przez powracających z fabryk po aryjskiej stronie. Zasadzka na tych z placówek o najlepszych przepustkach.

 

 

Na szosie rozsypują się szmuglowane do getta kartofle, cebula, cukier – po obu stronach kolumny, oni, nasi władcy i kaci. Bicie, strzały o byle poruszenie. Posunęłam się o wiek w swym dojrzewaniu. Matka uspokaja, że jedziemy do pracy na rolę, jesteśmy młodzi i zdrowi, nic złego nam nie grozi. Muszę tylko wszędzie mówić, że mam 17 lat! Szczypała mi policzki, by wydobyć na nich rumieńce, dowód zdrowia, upięła mi szybko koronę z warkoczy, bym się wydawała wyższa. W jakimś sensie imponowało mi to i ciekawiło.

 

 

Czułam się cząstką tej wielkiej kolumny ludzi, napiętego do szału skoncentrowania myśli i nerwów. Matka nigdy przedtem nie poświęcała mi tak wielkiej uwagi. Wpatrywała się we mnie teraz, jakby chciała przeniknąć mój los, obronić przed nim. Wprowadzili nas na Umschlag. Tłumy złapanych w całodziennej akcji Żydów, pchanina, krzyki, tłok! Rozpaczliwe szukanie kryjówki, wody, zagubionych dzieci, bliskich, by choć razem odjechać tym pociągiem.

 

 

Nagle Niemcy wyprowadzają karabin maszynowy na środek placu i celują w tłum. Zapada głucha cisza. Chwila przedostatnia... Obejmujemy się mocno we czworo, patrzymy sobie w oczy głeboko, jak się patrzy przed odejściem na zawsze. Za chwilę nas nie będzie. Chilek może odejść, trzeba będzie wszak uprzątać trupy, ale on zostaje z nami. Ojciec tuli nas do siebie kurczowo, matka odsuwa się nieco, patrzy na mnie w skupieniu i miłości: każdy człowiek musi kiedyś umrzeć, mówi - my teraz umrzemy razem, nie bój się, to nie będzie straszne... Byłam już poza wszelkim strachem, nawet śmierć wydawała mi się mała i nic nie znacząca wobec potęgi uczuć w tym ostatnim uścisku, w pełnym poczuciu naszego czlowieczeństwa, przewyższającego wszystko inne.

 

 

Gwizd wtaczającego się pociągu. Karabin maszynowy jest już zbędny. Rzucają się na nas kolbami karabinów, pałkami, kijami, strzelają w ten obłędny tłum zganiany do wagonów: żandarmi niemieccy, esesmani, policja polska i żydowska.

 

Rozdzierające krzyki, wyzwiska, płacz. Ojciec mówi, że przed wagonem pokaże swój Aussweis i zwolnią nas, Chilek ma numer pracownika Umschlagu i nie jest zagrożony. Mama nie wierzy w żadne papiery, bierze mnie i Chilka za ręce i odciąga czym dalej od pociągu. Ojciec stara się przekonać mamę, ale idzie za nami, żebyśmy się nie pogubili. Najważniejsze teraz być razem!

 

 

Jak spod ziemi wyrasta grupa policjantów żydowskich, okrążają ojca. Ich pałki spadają na niego ze wszystkich stron. Ojciec próbuje się osłonić rękoma, potem pochyla się, pałki na jego plecach, i znika w tej fali ludzkiej. Na zawsze. Nie mam nawet fotografii ojca, to jest ostatni jego obraz przed moimi oczami. Pozostał we mnie na całe życie.

 

 

Chilek zaczął krzyczeć, błagać mamę: chodź do pociągu, co będzie z wszystkimi Zydami, niech będzie z nami! Oni tu znają wszystkie kryjówki, zabiją was i mnie rozkażą uprzątać wasze trupy, ja nie chcę dożyć takiej chwili! Ja też już miałam dość ukrywania się i napięcia, czułam jakąś siłę i oparcie w tej masie ludzkiej. Ale mama nie słuchała: głupie dzieci, powiedziała spokojnie, ten pociąg to śmierć, tam zawsze zdążymy... Wreszcie ucichło wszystko, zostaliśmy we troje w jakimś kącie placu. Tobołki na ziemi, rozrzucone rzeczy, pogubione buty. Przerażająca pustka cmentarna. Chilek ukrył nas w kanale, gdzie o mało nie udusiłyśmy się. Nie jeden raz wyciągał stąd trupy.

 

 

Na szczęście okazało się niebawem, że nie było miejsca w wagonach dla wszystkich i garstka złapanych Żydów została w budynku policyjnym. Mogłyśmy przeczekać razem z nimi do rana, do przyjścia następnego pociągu. I mamie udało się przekupić żydowskiego policjanta. Zgodził się za ślubną obrączkę, dwa kilogramy ryżu i garnitur ojca, które mieliśmy w kryjówce na strychu, wyprowadzić nas na „wolność”! Zwykła cena za wyprowadzenie z Umschlagu była 10.000 „od główki”.

 

 

Dalsze tygodnie łapanek, kryjówek, męczarni, potem wielka kilkudniowa selekcja we wrześniu w Rosz Haszana (Nowy Rok żydowski) zwana kotłem na Miłej, z której Niemcy wywieźli dziesiątki tysięcy ludzi z getta – już teraz wszyscy wiedzieli, że wysiedlenie na Wschód, wagony, Umschlagplatz to znaczy po prostu śmierć w komorach gazowych w Treblince! Z pół miliona Żydów w getcie warszawskim, pozostało kilkadziesiąt tysięcy. My jeszcze wśród nich. Bez ojca.

 

 

Sieroctwo, zniszczenia, pustka. Wokoło strzępy rodzin, życia. Mama pracowała w szopie, szyła mundury dla wojska niemieckiego, ja schowana pod jej maszyną przyszywałam guziki, by mieć prawo do życia. Getto mieściło się teraz zaledwie na kilku, odciętych od siebie ulicach i zostało zmienione w obóz pracy. Chilek i Marek pracowali na placówce po aryjskiej stronie, sprowadzali żywność za rzeczy szmuglowane z pustych mieszkań po wywiezionych. Zakazano Żydom znajdować się na dworze prócz jednej godziny rano, gdy się szło pod eskortą do pracy i jednej godziny na powrót wieczorem. Esesmani grasowali nieustannie po getcie, strzelali, robili zasadzki na strychach, bo przechodziło się tędy po kryjomu na inne ulice.

 

 

Chilek ożenił się. Rodziców Heli (pochodzili z Bydgoszczy) zabrano w wrześniowej selekcji na Miłej, my schowaliśmy się wtedy na strychu, bo mama zgubiła Aussweis. Na szczęście, bo kiedy przyszła kolej na jej szop, Niemcy przestali wybierać i pognali wszystkich do wagonów. Po selekcji Ausweiss się znalazł wśród rozrzuconych rzeczy w mieszkaniu...

 

 

Rozeszły się pogłoski, że wiosną Niemcy zlikwidują ostatecznie getto. Warszawa ma być Judenrein – czysta od Żydów! Zaczęła się gorączkowa budowa bunków pod ziemią w nadziei, że po klęsce Niemców w Stalingradzie wojna już nie potrwa długo i będzie można w nich przetrwać. Zaopatrywano bunkry w prycze, żywność, wodę, wentylatory, łomy żelazne, by uciec z wagonu, gdzieniegdzie w broń – truciznę, byle nie do Treblinki!

 

 

Organizowało się powstanie żydowskie. Pozostali w getcie pojedyńczy członkowie rodzin nie mieli już nic do stracenia, nikogo więcej nie narażą oporem. Przed wielkanocą przeszliśmy do tz. małego getta, na Miłą, gdzie mama postarała się o miejsce w bunkrze, musiała za nie zapłacić. Wartownicy niemieccy placówki, z którą postanowiliśmy wieczorem przejść na Miłą, gdzie znajdował się nasz bunkier, byli wyjątkowo brutalni i Marek zadecydował, że nie zabierzemy ze sobą przygotowanej żywności. On to przyniesie nazajutrz...

 

 

Mama wzięła tylko swój koszyczek z mąką, kostkami cukru i butelką oleju, co nie rzucało się w oczy. Na Miłej natkęliśmy się niespodziewanie na Ernę i jej matkę. Żywe duchy niedawnej, a tak dalekiej przeszłości, jak i my. Namawiały mnie, żebym została u nich na noc, tyle wszak mamy sobie do opowiedzenia! Ale Marek sprzeciwił się: nie wolno nam się oddalać od siebie, nie wiadomo, co przyniesie następna godzina... Marek wrócił do poprzedniego mieszkania po zostawioną tam żywność.

 

 

Wielkanoc, 19 kwietnia 1943 roku, „Leil Haseder” – Noc Sederowa, matka obudziła nas gwałtownie: wstawać, Niemcy okrążyli getto, schodzimy do bunkru, szybko! Napięcie, pośpiech, oszałamiający strach i nadzieja ratunku w mrokach podziemia, odcinających od zewnętrznego świata. Mdłe, słabe światełko, duszność, gorąc. Zdenerwowanie, krzyki i kłótnie na przepełnionych pryczach i w wąskich przejściach. Zebrało się tu odrazu więcej ludzi, niż było miejsca. Na pryczach można się było poruszać tylko w pozycji leżącej.

 

 

Niemcy nie chodzili, jak przedtem od domu do domu rozwalać drzwi i wyciągać Żydów, po prostu podpalali ulicę po ulicy, dom za domem. Ludzie palili się żywcem, dusili się od dymu – uciekających rozstrzeliwali na miejscu lub odprowadzali na Umschlag. Bunkry, których ogień nie sięgał, zalewali wodą. Bunkier Erny na Nalewkach został zatopiony. Ukrywało się tam kilkadziesiąt osób. Mnie nie pozwolił Marek wczoraj (czy przed wiekiem?) zostać u przyjaciółki... On był teraz też odcięty od nas. Zamieniono w kryjówce dzień na noc, by łapacze i ich różni pomocnicy-zdrajcy nie słyszeli nas i nie złapali. Nocą nie chodzili szukać.

 

 

Mdleliśmy z głodu. Mama dzieliła nam co kilka godzin kostkę cukru, łyżeczkę marmelady i trochę wody. Nie mogła się dopchać do pieca, by ugotować te kluski z mąki – tam zawsze dostawali się najsilniejsi. Ludzie leżeli na narach lub kręcili się nerwowo obok nich prawie nadzy. Bunkier zapełnił się ponad granice pojemności, bo uciekający z palących się domów też docierali do nas. Dym wdzierał się do środka, nie można już było nawet zapałki zapalić z braku tlenu. Ludzie padali w charczącym oddechu. Nad nami ogień, strzelanina, czołgi, armaty i auta pancerne przeciw garstce powstańców żydowskich, i nam, ukrytym w podziemiach... Silniejsi moczyli ręczniki i powiewali nimi, dając zludę powietrza, orzeźwiającego chłodu... Zaczęli się dzielić nawet ostatnią kroplą lekarstwa. Na progu śmierci niewiele już jest potrzebne, jedynie iskierce życia tak wiele trzeba, by się utrzymać, aż zgaśnie.

 

 

Leżałam na pryczy nawpół omdlała, gdy mama szarpnęła mnie mocno za ramię: ubierz się szybko, „nakryli” nas, walą już do wejścia! Czym mierzy się klęskę nadziei, ile czasu trzeba, by sobie ją uprzytomnić i wejść w dalszy wyścig ze śmiercią?! Wrzucony do środka granat, wpuszczona drabina, postacie w zielonych mundurach i wysokich butach z cholewami przerzucają nas błyskawicznie w inną erę: „Alles heraus!Wychodzić!! Nic wam nie grozi, jedziecie do pracy, tylko posłusznie wykonywać rozkazy! Schneler!” Może to prawda?...

 

 

Po trzech tygodniach światło dzienne! Pomagają nam nawet wydostać się na zewnątrz po drabinie. Boją się, że ktoś ma broń i będzie strzelać, co się zdarzało w tym czasie. Dołączyli nas do kolumny na jezdni - po raz ostatni. Początek maja. Ślady walk na ulicach, czołgi, auta pancerne, ani jednego całego domu w getcie, nawet szkielety spalonych budynków wysadzili w powietrze, żeby nikt się w nich nie mógł ukryć. Po drugiej strony muru ktoś gral na pianinie.

 

 

Umschlagplatz. Po raz drugi. Mama, Chilek, Hela, Halina. Znów do budynku szkolnego–policyjnego. Stłoczyli nas na podłodze w jednej z byłych klas. Czekanie na pociąg przez całą noc w pełnej świadomości, co oznacza „do pracy na Wschód”. Nie zmniejsza to bezradności, ale i ta bliska, nieukniona przyszłość jest daleka w obliczu koszmaru sprzed pociągu. Nie wolno nam poruszyć się pod groźbą rozstrzelania. Raz po raz zjawia się jakiś Niemiec i na kogo pada jego wybór, ma dać mu pieniądze, złoto, biżuterię! Jeden wszedł z pustymi butelkami w rękach.

 

 

Wtuliłam głowę w kolana matki, zatkałam palcami uszy, mama pochyliła się nade mną, by mnie osłonić. Trwało to chyba wieczność albo zamarłam, nie widząc ani nie słysząc niczego. Nagle poczułam, że ciało matki drży nade mną hamowanym spazmem. Mama nie załamywała się nigdy, nie płakała. Odetkkałam uszy. Grobowa cisza, przerywana uderzeniami pejcza. Uniosłam głowę. Mój brat! Twarz Chilka, zbita, pokrwawiona, zwężone z bólu oczy za rozbitymi okularami. Nie jęknął nawet, gdy tamten go katował. Usiadł cicho obok Heli i mamy. Chciał wody, ale mama miała w koszyku butelkę oleju...

 

 

Jak rozwieszczone, żądne krwi bestie wpadli nad ranem do budynku. Zganiali biciem i strzelaniną do wagonów. Przepychałam się wśród tratujących się na schodach ludzi.Trzymałam się kurczowo matki, by się nie zagubić. Krótka przestrzeń od wyjścia z budynku po trupach zabitych aż do pociągu trwała całe życie i już nie określę, z któregu kręgu następujących po sobie epok.

 

 

Znaleźliśmy się w wagonie. Zaden cud nie zdołał tego powstrzymać. Niemcy nie stali się mniej potężni i okrutni po swych klęskach na Wschodzie, ziemia ani niebo nie rozwarły się nad masowym mordem narodu w rozpaczy czy łasce. Ale kto by o tym teraz myślał?! Nie było, gdzie nogi postawić, uchronić się przed napierającym tłumem i uniknąć rozdeptania. Esesmani walili kolbami stłoczonych u drzwi wagonu, aż padali na innych, wlepiali się jedni w drugich i w ten sposób robili miejsce dla następnych... Zatrzasnęli i zaplombowali drzwi, gdy już nawet szpilka nie mogłaby się zmieścić.

 

 

Pociąg ruszył, wąskie okienka wagonu zatkali swym ciałem najsilniejsi i nie dopuszczali powietrza do wnętrzna. Ludzie bili się o każdy centymetr miejsca, kłócili się, tratowali i dusili jedni drugich swym ciężarem. Wrzucane czasem przez Polaków po drodze butelki wody wyrywano sobie z rąk, z ust – dostawały się najsilniejszym. Esemani strzelali do wyskakujących przez okienka, do wnętrz wagonów. Stałam na tym stosie wtulona w matkę. Patrzałam z rozpaczą na nieszczęsną butelkę oleju w jej koszyczku – płyn, ale nie do picia!!! Wiedziałam już o Treblince, ale mama zapewniała, że jedziemy do pracy. Byłam wdzięczna za wszelkie kłamstwo, byle nie usłyszeć nazwy tej strasznej stacji.

 

 

A potem stało mi się już wszystko jedno, bo nie mogłam więcej wytrzymać tutaj. Upadłam. Inni zwalali się na mnie. Zaległa mnie ciemność, nie czułam więcej nic Wtem ktoś upadł mi na twarz, na nos. Nie mogłam oddychać! Zaczęłam się szamotać z nadludzką siłą, aż wyrwałam się spod tego duszącego stosu i z własnych, zasznurowanych butów, raniąc do krwi potratowane nogi. Zrzuciłam z siebie niemal całą odzież i na tej górze konających i umarłych oraz mojej odzieży, dosięgłam okna. Wychyliłam głowę, lufa karabinu esesmana stojącego na schodku wagonu dotykała mi grdyki. Miałam powietrze, chłonęłam je całą sobą!

 

 

Pociąg stanął na jakiejś stacji. Była noc, padał deszcz. Wrzaski, bicie: Raus!!! Ruszamy w wielkiej kolumnie ludzi, brodząc w błocie. Chciało mi się lizać to błoto językiem z pragnienia. Miałam na sobie jedynie płaszcz męski, który znalazłam po ciemku w wagonie. Ale byłam z mamą, bratem, bratową i kuzynką, nie pogubiliśmy się! Okazało się, że jesteśmy w Lublinie. Całowaliśmy się z radości, że to nie Treblinka...

 

 

Brnęłam w błocie bosa, opierając się na Chilku. Niemcy strzelali do tych, którzy nie byli w stanie chodzić. Mama zdięła z zabitej kobiety pantofle na wysokich obcasach. Miałam przecież wyglądać na 17 lat!... Chilek oderwał jeden obcas, bo nie mogłam chodzić, drugiego już nie zdążył. Akurat dotarliśmy do miejsca, gdzie oddzielali biciem mężczyzn od kobiet. Mówiono też, że zabiorą starych i dzieci. Powiedziałam do mamy, żeby nie poszła za mną, jak mnie wezmą. Mama spojrzała mi w oczy i spytała, czy wierzę naprawdę, że mogłaby mnie zostawić?!

 

 

Chilek przytulił nas do siebie, zanim esesman uderzył go pejczem i oderwał od nas na zawsze. Ostrzegł mnie w ostatniej chwili, żebym nie opierała się o matkę, bo to ją zawali. Dął zimny wiatr. Mama okrywała mnie swym płaszczem w tłumie kobiet na placu. Mówiła, że niedługo pójdziemy do łaźni, dostaniemy inną odzież, a potem ogrzejemy się i posilimy w baraku w obozie.

 

 

Słuchałam jej z niecierpliwością. Gwóźdź w pięcie po odłamanym obcasie i wysoki obcas w tym drugim pantoflu, dobijały mnie. Jeszcze nie wiedziałam, że te pantofle uratują mnie podczas selekcji na Majdanku. Aufsejerka wyganiając więźniarki na apel, odsyłała kobiety o chorych, zranionych nogach na ciężrówkę do gazu. Zatrzymała mnie, ale zauważyła, że mam jeden pantofel bez obcasa i dlatego kuleję. Przepuściła!...

 

 

Wciąż wyciągali grupy kobiet na placu i odprowadzali dokądś. Przyszła kolej na nas. Opierałam się o kuzynkę, pomna ostrzeżenia Chilka, mama z bratową szły za mną. Ból w nogach otępiał mnie na wszystko, myślałam jedynie, jak postawię następny krok. Nagle znalazłam się w wielkim baraku pełnym odzieży, gdzie i nam rozkazano rzucić swoją, z wyjątkiem butów. Wreszcie łaźnia! Dziesiątki nagich kobiet pod natryskami, także Halina, Hela. Mama miała rację, nie zabiją nas, będziemy żyć, pracować!

 

 

Chciałam objąć ją, przytulić... Szukałam jej oczyma wśród nagich kobiet coraz bardziej zdenerwowana. Nie odrywałam oczu od drzwi. Napewno wejdzie za chwilę, musi przyjść!!! Czułam jeszcze ciepło jej ciała pod paltem, którym mnie otulała przed chwilą na placu. Nie weszła! Bałam się zapytać bratową, nie chciałam słyszeć odpowiedzi. Zawisłam w przepastnej pustce bez wyjścia, bez sensu. Nie ma mamy, mówił niezrozumiały głos Heli, ja teraz jestem twoją mamą... Nie pojmowałam sensu jej słów. Chodziłam w kółko i powtarzałam w otępieniu - nie ma mamy, nie ma mamy!!! Nie mieściło mi się to w głowie.

 

 

Ordynarnymi wyzwiskam,i biciem po nagich, mokrych ciałach zagnali nas do jakiegoś zimnego pomieszczenia. Rzucali nam odzież, za dużą, za małą, jak w cyrku. Mnie się dostała elegancka, czarna suknia balowa z koronkami. Hela wciągnęła ją na mnie i przewiązała w pasie, by ją skrócić i umożliwić mi chodzenie. Błagała przy tym: Halina, nie patrz na mnie, ja się boję twoich oczu.!... Jakie miałam wtedy oczy, które tak przerażały? Kim byłam?

 

 

Hela walczyła dla mnie i dla siebie o miejsce na podłodze w przetłoczonym baraku, o miskę na zupę, któych było o wiele mniej niż oszalałych z głodu i pragnienia kobiet; pchała się do kotła po wodziankę z pokrzywy, po pajdkę chleba. Nie rostawałyśmy się ani na chwilę. Ale Hela szybko zaczęła chudnąć, słabnąć, zanikała mi w oczach i wtedy ja się zerwałam do walki, żeby jej nie stracić. Nieraz oddawałam jej swoją zupę, jeśli udało mi się zdobyć tylko jedną i przysięgałam, że nie mogę tego przełknąć, żeby zechciała wziąźć. Okrywałam ją swym ciałem od zimna, od goniących nas do dźwigania kamieni, kapo.Tuliłyśmy się do siebie w krótkich godzinach odpoczynku na podłodze baraku, czerpiąc jedna od drugiej otuchę. Dzieliłyśmy się każdym okruchem chleba, łykiem zupy – każdą uwagą i myślą, przekazywaną wzrokiem, gdy brakło sił wydobyć z siebie głos.

 

 

Minęło kilka miesięcy o głodzie, chorobach, biciu i katorżniczej pracy. Ciągłe selekcje, niemożność mycia się, zmiany odzieży. Łaźnia, do której gnali nieraz z apelu pod eskortą, mogła okazać się komorą gazową i nigdy nie było się pewnym: dokąd?

 

 

W lipcu 1943 roku zaczęli wybierać transporty najzdrowszych, najsilniejszych dziewcząt na wysłanie do obozu pracy - tutaj był koncentracyjny obóz zagłady. Do pierwszego transportu nie nadawałyśmy się, do drugiego mnie wybrali, ale uciekłam, bo Hela nie przeszła, była już za chuda. Do trzeciego wybrano nas obie. Zanotowali wszelkie dane o nas, rozdzieli zupę i zamknęli nas na klucz w baraku. Przytulone do siebie na podłodze, jak zwykle, marzyłyśmy o tym lepszym obozie. Wśród nocy

 

 

Niemcy wpadli do baraku, bijąc kolbami karabinów, wrzeszcząc i szczując psy, wyganali nas na dwór. Ustawili w kolumnę, przeliczyli kilkakrotnie, aż się w głowie mieszało od tego liczenia i zaprowadzili... do komory gazowej. Cały nasz transport. Niby łaźnia, natryski. Czekałyśmy rozebrane do naga w ciągu bezkresnych godzin.

 

 

Trzymałam Helę za rękę, patrzałam na natryski, z których miał przyjść gaz: jak to będzie umierać, co to jest śmierć??? A może oni znikną nagle, wojna się nagle skończy? Rano okazało się, że zabrakło akurat gazu tej nocy!... Przeżyłyśmy swą śmierć. Esesmani znów przeliczyli nas, funkcyjni więźniowie rozdzielili porcje chleba, które natychmiast połknęłyśmy.

Życie jako nadzieja, cz. II

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.023625°N, 19.19856°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies
zamknij
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies