Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Halina Birenbaum – Życie jako nadzieja

Strona: 1

Halina Birenbaum

Życie jako nadzieja

Moje lata – wieki w Shoah

 
Spotkałam swą wolność z pustką w sercu po przebytych dramatach  w latach Holocaustu. Ogrom sieroctwa, ruiny, zgliszcza w powojennej Warszawie - nic wokół mnie i jakby we mnie... Już miałam w rękach cały bochen chleba, mogłam kroić, ile tylko dusza zapragnie. Ale było mi ciasno w czterech ścianach domu i w sobie. Nie chciałam być, jak moja mama przed wojną, tylko troszczyć się o dom, gotować, sprzątać  – byłam już o tyle starsza od niej przy swych piętnastu latach!  Szmat drogi przebyłam od dzieciństwa po starość, po śmierć w ciągu tych lat wojny i okupacji. Tyle razy patrzałam śmierci w oczy, zamierałam w strachu, napięciu przedostatnich chwil; takie masy ludzkie paliły się na moich oczach - jak wejść po tym wszystkim w zwykłą codzienność na wolności w uwięzieniu tamtych obrazów i głosów?

Marzyłam, że jeśli przeżyję to piekło, zamieszkam na bezludnej wyspie... Jeśli przeżyję - co w moim przypadku było najmniej prawdopodobne wobec praw hitlerowskich skazujących cały naród żydowski na zagładę, a w pierwszym rzędzie staców, chorych i dzieci... Byłam nielegalna nawet w obozach, tam dopuszczali tylko młodych, zdrowych, a i to zależało, ilu chcą zostawić do katorżniczej pracy, resztę odsyłali do gazu. Moje życie i ocalenie okazało się ciągiem przypadków... Do dziś.

We wrześniu 1939 roku skończyłam 10 lat i przeszłam do III oddziału szkoły podstawowej. Miałam kochających rodziców, dwóch starszych braci, dziadków ze strony matki i ojca, licznych krewnych. Byliśmy niezamożną rodziną. Marek, starszy ode mnie o 11 lat brat, studiowal medycynę, był wyjątkowo zdolnym i pracowitym uczniem - starszy ode mnie o 7 lat, Chilek, uczył się w szkole rzemieślniczej. Ojciec był pośrednikiem handlowym, matka prowadziła dom i pomagała zarabiać na życie szydełkowaniem. Tego lata, na wieść o zbliżającej się wojnie rodzice i siostry  matki z rodzinami przyjechali do Warszawy. Myśleli, że w stolicy będzie łatwiej przeżyć niż w Żelechowie. Rodzina ze strony ojca została w Białej Podlasce.

1 września zagrzmiała syrena alarmowa – i już nie poszłam więcej do szkoły. Niebo nad Warszawą pokryły eskadry niemieckich Messerschmidtów, posypały się bomby burzące i palące, wybuchły pożary, których nie było czym gasić. Domy zawalały się, grzebiąc pod sobą tysiące ludzi. W ciągu trzech tygodni nie ustawało to piekło. Nie było, co jeść, nie było wody... Wywlekano z palących się sklepów konserwy kiszonych ogórków, marmelady, noszono wodę z Wisły – ludzie padali po drodze od odłamków, szrapneli. Huki bomb dniami i nocami, łuny pożarów, zapach rozkładających się pod gruzami trupów i spalenizny, ryk syren alarmowych i w głośnikach zapowiedzi: „uwaga, nadchodzi, przeszedł, nadchodzi, nadchodzi”!

W  największe święto żydowskie Sądny Dzień – Jom Kipur, Niemcy bomardowali najbardziej dzielnicę zamieszkałą przez Żydów i nasza ulica stanęła w ogniu. Była noc po wielkim poście i żarliwych modlitwach. Wybiegliśmy z palącego się domu, chwytając do rąk, co się dało unieść.  Schroniliśmy się w piwnicy domu znajomych. Panował tu tłok, zapach pleśni, wydechów ludzkich i nie dające się opisać przygnębienie. Niektórzy tracili przytomność umysłu z przerażenia, bełkotali jakieś niezrozumiałe słowa. Przypatrywałam się dorosłym, czytałam z ich twarzy, z każdego ich poruszenia i dojrzewałam do  niepojętych sytuacji walącego się wokół nas świata.

Aż wreszcie nastała cisza. Cisza klęski, znieszczenia i żałoby. Na ulicach ludzie z tobołkami na plecach. My również w tej fali szukających dachu nad głową. Po raz pierwszy zobaczyłam Niemców. Maszerowali butnie zburzonymi ulicami Warszawy, jak zamykająca na wieki, niezwyciężona ściana śmierci. Ludzie tłoczyli się po chleb, żołdacy niemieccy wyciągali  Żydów z kolejek i maltretowali ich.   

Znaleźliśmy pokój w mieszkaniu dentystki sparaliżowanej po szoku bombardowań, jej mąż, także lekarz dentysta, umarł przed wojną. Ona, dwie córki, syn - technik dentystyczny, zajmowali teraz jeden pokój, a pozostałe cztery i kuchnię odnajmowali. Najmłodsza Elusia, o dwa lata starsza ode mnie i o rok ode mnie młodsza, Erna, mieszkająca z rodzicami w sąsiednim pokoju stały się moimi przyjaciółkami. Mieszkaliśmy razem do „wysiedlenia”.

Niemcy nakazali Żydom od dwunastego roku życia nosić białe opaski z niebieską Gwiazdą Dawida na prawym podramieniu, by ich wyodrębnić od innych ludzi. Robili łapanki na Żydów, rozstrzeliwali pod byle pretekstem, czy bez pretekstów. Zabronili Żydom jechać pociągami, tramwajami, uczyć się, modlić się w bóźnicach, zbierać się w większych grupach. Od siódmej wieczór ogłosili godzinę policyjną i bezwzględny zakaz znajdowania się poza domem. Za dnia tłumy zalegały ulice. Ludzie sprzedawali z siebie odzież, pościel, bieliznę, by móc kupić, co dzień droższy i gorszy chleb, zmarznięte kartofle, kaszę, mokre drzewo. Byle jakoś przeżyć dzień w nadziei, że wojna się skończy wkrótce klęską Niemców i wszystko wróci do normalnego trybu. 

Groza narastała jednak z każdym dniem. Choroby, głód. Raz po raz wdzierał się z ulicy przeraźliwy okrzyk: Niemcy! - i triumfalne ciężarówki wjeżdżały w zatłoczone ulice, esesmani zeskakiwali z nich, strzelali w uciekających, skinieniem ręki i okrzykiem „Halt!” zatrzymywali mężczyzn, których ładowali biciem na ciężarówki. Wchodzili do domów żydowskich wyciągać meble, towary z mieszkań i sklepów, wyprowadzali właścicieli  - ojców, synów i rozstrzeliwali ich.

Pogłoski o getcie dla Żydów sprawdziły się, jak wszystkie najgorsze, niewyobrażalne przepowiednie. Wysoki mur odgrodził nas pod koniec jesieni 1940 roku od Aryjczyków. Niemcy rozkazali wszystkim Żydom opuścić w ciągu godziny swe mieszkania i skupić się na ciasnym obszarze najnędzniejszej okolicy Warszawy. Zapędzili tu pieszo także Żydów z innych miast i miasteczek, zabijali słabych po drodze, chorych w łóżkach. Setki tysięcy zostało bez dachu nad głową, nie mieli, więcej nic! Gnieździli się w niemożliwej ciasnocie w byłych klasach szkolnych i innych publicznych budynkach, zwanych Punktami. Umierali tam masowo z głodu, brudu, epidemii. Ale w Punktach nie było dość miejsca dla wszystkich wygnańców. Leżeli na ulicach, podwórkach, klatkach schodowych; żebrali, puchli z głodu, odmrożenia. Nie nadążono uprzątać trupów, przykrywano je gazetami, aż przyjedzie po nie wóz by je zebrać i wrzucić do wspólnego grobu.

Byłam w tym tłumie, rosłam w nim i uczyłam się życia pośród  ogólnego zniszczenia. Bawiłam się razem z innymi dziećmi, popychając ludzi w tłoku na ulicy, obok tych nakrytych gazetami trupów... W późniejszym okresie komitet domowy zorganizował nas do zbiórki pieniędzy dla żebraków i głodujących sąsiadów. Przypinaliśmy kokardki papierowe przechodniom, by ofiarowali kilka groszy. Występowaliśmy czasem na wieczorkach w domach zamożniejszych rodzin, deklamowaliśmy i śpiewaliśmy przedwojenne lub gettowe piosenki. Oczywiście, brały w tym udział dzieci i młodzież, które narazie nie głodowały i nie były załamane.

Nasza rodzina też nie głodowała jeszcze w tym okresie. Marek pracował w szpitalu żydowskim, zarabiał trochę przy zabiegach lekarskich, polski właściciel fabryki konserw, Maggi, któremu ojciec pośredniczył w dostawie surowców z Galicji, przekazywał nam do getta fasolkę, brązowy cukier i konserwy zamiast pieniedzy, za które niewiele można było kupić, bo wszystko drożało z godziny na godzinę. Fabryka inż. Strójwąsa znajdowała się na granicy getta, co umożliwiało do pewnego czasu ten kontakt. Otrzymywane produkty w większości sprzedawaliśmy, by kupić chleb, kartofle, drzewo do ogrzania pokoju.

Ja nawet uczyłam się jeszcze w tych warunkach. Pod kierownictwem i surowym nakazem starszego brata przerobiłam w ciągu tych trzech lat materiał od trzeciego oddziału szkoły podstawowej do pierwszej klasy gimnazjum. Marek uczył mnie także francuskiego. Może dla oderwania od ciężkiej rzeczywistości – a może w nadziei, że doczekamy końca wojny i ja nie zostanę w tyle  w swej edukacji...  Czytałam zwłaszcza wiele, także wiersze, których bardzo szybko uczyłam się na pamięć. Znajdywałam w tym ucieczkę od panującej wokoło grozy i coraz straszniejszych wieści o zwycięztwach Niemców na frontach, mordowaniu Zydów, budowaniu komór parowych czy gazowych do masowej zagłady w Chełmie, Bełżcu - i najokropniejszym ze wszystkich, Oświęcimiu!... Miałam 11 lat, kiedy zaczęłam pisać o tym, co działo się wokół nas, nie mogąc pomieścić w sobie ogromu okrucieństw, coraz gorszych wiadomości i beznadziejnych komentarzy dorosłych.

Dwa okna naszego pokoju obito dyktami, za oświetlenie służył płomień z rurki gazowej, a potem śmierdząca lampa karbidowa. Spaliśmy na podłodze, rodzice i bracia na dwóch materacach, a ja, jako najmłodsza (zawsze mama uczyła mnie ustępować starszym, przeciw czemu buntowałam się) na posłaniu z kołdry. Kiedy zapędzili wszystkich Zydów do getta, dostaliśmy od znajomych tapczan, stół i cztery krzesła. Znów musiałam ustąpić... nie było piątego krzesła. Zwolnił się jednak dla mnie materac, bo bracia spali już na tapczanie.

Na szczęście, nasza ulica została w getcie i nie musieliśmy, jak większość Zydów, szukać innego pomieszczenia. Niemcy zmniejszali kilkakrotnie getto i ludzie zostawali po prostu na ulicach, umierali masowo. Rodzina dentystki także przymierała głodem niemal od samego początku. Nikt potem nie płacił komornego ani nie leczył sobie zębów...

Minęły dwa lata getta. Marzyłam, że obudzę się jednego rana i Niemców nie będzie więcej w Warszawie, znikną nagle z naszego życia, tak, jak się do niego wdarli.... Pod koniec lipca 1942 roku rozkleili plakaty na murach po polsku i po niemiecku, że wszyscy Żydzi będą przesiedleni do pracy na Wschód. W getcie zostaną tylko nieliczni, potrzebni Niemcom do pracy w szopach, gdzie szyje się mundury i buty dla wojska niemieckiego oraz w fabrykach po aryjskiej stronie. Zatrudnieni Żydzi otrzymają Aussweise (przepustki), które niebawem okazały się prawem do życia, i płacono za nie wysokie łapówki.

Panika i rozpacz opanowały całe getto. Dopełniła grozy wieść o samobójstwie A. Czernikowa, prezesa gminy żydowskiej. Prezes, posłuszny zawsze Niemcom, nie chciał podpisać rozkazu wysiedlenia, co naprowadzało najgorsze domysły. Odrazu też znikła wszelka żywność. Słowa: akcja, blokada, wysiedlenie, wagony, Umschlagplatz stały się odtąd naszą wyłączną rzeczywistością, jedyną treścią życia. O Treblince nie wiedzieliśmy jeszcze... Umschlag to duży, obwarowany plac na Stawkach  przed szkołą, w której Chilek uczył się do wybuchu wojny. Czekały tu codziennie wagony bydlęce, którymi Niemcy wywozili złapanych Żydów. Najpierw wywieźli wygnańców  z Punktów, żebraków z ulic, chorych, kaleki, opuchłych z głodu, odmrożenia.

O nic nie pytałam, nie upominałam się, niczemu się nie dziwiłam - wszystko czuło się w powietrzu, czytało się w twarzach ludzkich, w oddechu śmierci i strachu przed nią. Nawet male dzieci pojmowały, że trzeba milczeć, zakopać w gęsty mrok swe zabronione bycie, oddech, bicie serca – by nie zostać wykrytym i wywiezionym na ten  zagadkowy, straszny „Wschód”... Włożyliśmy na siebie co najlepsze z odzieży i obuwia, kilka zmian bielizny, sukien, swetry - na wypadek, że złapią nas i wywiozą do jakiegoś okropnego obozu, by mieć tam, w co się przebrać czy wymienić rzeczy na żywność. Mama wzięła do koszyczka trochę mąki, kaszy, cukru w kostkach, butelkę oleju. Pożegnaliśmy się z sąsiadami. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to już na zawsze. 

Mieszkanie cioci Feli, młodszej siostry matki mieściło się na innej ulicy, na piątym piętrze. Myśleliśmy, że tak wysoko nie przyjdą po nas, by zawlec na Umschlag... Mama pragnęła też być w takim czasie razem ze swą najbardziej ukochaną siostrą. Wujka wraz z grupą Żydów wyciągnęli Niemcy z pociągu i rozstrzelali, mimo posiadanych przepustek; ich syna, Kubę w wieku Chilka, wywieźli do pracy w Starachowicach, gdzie przepadł bez wieści. Było to jeszcze przed wysiedleniem do Treblinki... Została tylko ciocia z Haliną, starszą ode mnie o dwa lata. Odtąd trzymaliśmy się razem.

Łapanki zaczynały się około 8 rano i szalały do wieczora. Co dzień blokowali ulice getta i wlekli na Umschlag tysiączne kolumny Żydów. Wdzierali się do wszystkich domów i mieszkań, na każde piętro, docierali do wszelkich zamaskowanych precyzyjnie kryjówek, piwnic, strychów. Wywalali łomami żelaznymi drzwi, każdą zaporę i bijąc, strzelając, gnali ludzi do kolumn ustawianych na jezdni, skąd prowadzili ich pod eskortą uzbrojonych esesmanów do wagonów. Co dzień 15 – 17 tysięcy Żydów, ile tylko wagony mogły pomieścić!

Akcje wciąż natężały się i zagarniały coraz więcej ludzi. Ulice pustoszały, plamy krwi na trotuarach i szosach, opuszczone domy, mieszkania - duchy. Rozrzucone rzeczy, listy, fotografie, wszędzie pełno fruwającego pierza z poprutych w czasie przeszukiwań poduszek. Gwizd lokomytyw wdzierał mi się w serce, jak nóż: tutaj pójdziesz, to cię czeka, jakaś stacja okropna, koniec wszystkiego!... 

Ojciec dostał się do pracy w szopie dzięki krewnemu, bo nie mielibyśmy pieniędzy zapłacić łapówki. Otrzymał zaświadczenie mające być „kryciem” także dla żony i dziecka „produktywnego” Żyda, czyli dla matki i dla mnie. Dyrektor był dawniej właścicielem tej fabryki butów. Okazało się jednak, że obiecująca i popłatna funkcja, nie uratowała go od śmierci w Treblince, ani jego żony i ich trojga dzieci. Nikt nie mógł ujść wszechmogącemu wyrokowi niemieckiemu zagłady. 

Marek pozostał w szpitalu, który był tymczasowo czynny, że niby nie wszystkich wysiedlą, są też lepsi, wybrani, dozwoleni do życia... Miał więc, Ausweis. Chilka wzięli do pracujących na Umschlagu, przypięli mu blaszany numer, znak, że jest produktywny i nie ulega wywózce. Miał wynosić zastrzelonych czy pobitych na śmierć przy napychaniu Żydów do pociągów. Groza, która wyzierała z jego oczu, gdy po raz pierwszy wrócił z tej pracy przeniosła mnie w dalsze pokolenia mojej dojrzałości. Zapomniałam o nękającym nieustannie głodzie, o pragnieniu bodaj jeszcze jednej łyżki klusek na wodzie, które mama gotowała wieczorami przy nikłej świeczce w jakimś opróżnionym po wywiezionych mieszkaniu; o ściągnięciu z jej koszyka dodatkowej kostki cukru, które dzieliła co kilka godzin w kryjówkach, jak lekarstwo. Do dziś nie wiem, skąd czerpała ta mała, słaba fizycznie kobieta odwagę i siłę gotować wtedy te kluski?

Wyraz twarzy Chilka ukazał mi głąb rozpaczy, w której już nic z tego, co było dotąd, czego uczono i przekazywano nam od pokoleń, nie miało więcej żadnego znaczenia, pozostało daleko za nami... Nagle urosłam w sobie, jakbym przeniknęła treść największych ksiąg świata, tych nie napisanych ludzką ręką. Zrozumiałam niepojęte i tajemnicę trwania w nim, wszystko inne stało się błahe i marne aż do absurdu. Mój brat trzymał głowę w dłoniach i tylko mamrotał: nie pytajcie mnie o nic, co oni tam robią z ludźmi!!!   

Tuliłam się do matki w ciasnych, cuchnących kryjówkach, ściskałam mocno jej rękę i wstrzymywałam oddech w największym napięciu, gdy dochodził z bliska tupot buciorów esemańskich i mrożący krew w żyłach, okrzyk: Halt, Jude! Jęk bólu, odgłos strzałów, tuż obok, jakby już we mnie.  Spokój matki, jej opanowanie, promieniująca z niej wiara i uparta chęć życia, były dla mnie drogowskazem i fundamentem, na którym potrafiłam dojrzewać i rozwijać błyskawicznie wrażliwość, ostrość intuicji. Szłam z nimi swą długą, niemożliwą drogą poprzez powszechną śmierć - do życia.

Mijały coraz trudniejsze tygodnie w piwnicach i na strychach w ciągłym strachu, niepewności chwili, bez jedzenia, bez możności umycia się, zdięcia z siebie ubrania, butów w ciągłej gotowości na najgorsze - wywózki na Wschód. Pognali już tam setki tysiący Zydów także wszystkich naszych bliskich. Narastało sieroctwo, bezradność. 

Zapadał zmierzch, gdy zeszliśmy ze strychu, by zaczerpnąć trochę powietrza na dworze. O tak późnej porze nie robili łapanek. Ojciec akurat wrócił z szopu, Chilek po dniu na Umschlagu i staliśmy razem wycieńczeni po długim, jak wieczność dniu. Nagle z czterech stron ulicy zajechały riksze, z których zeskoczyli uzbrojeni Niemcy, Litwini, Łotysze! Kryjówka na rozprażonym strychu była już nieosięgalnym rajem z minionej epoki... Słowo „Halt!” natychmiast przenosi w nową rzeczywistość, jedynie aktualną. Już jesteśmy pierwszą czwórką w kolumnie, powiększającą się przez powracających z fabryk po aryjskiej stronie. Zasadzka na tych z placówek o najlepszych przepustkach.

Na szosie rozsypują się szmuglowane do getta kartofle, cebula, cukier – po obu stronach kolumny, oni, nasi władcy i kaci. Bicie, strzały o byle poruszenie. Posunęłam się o wiek  w swym dojrzewaniu. Matka uspokaja, że jedziemy do pracy na rolę, jesteśmy młodzi i zdrowi, nic złego nam nie grozi. Muszę tylko wszędzie mówić, że mam 17 lat! Szczypała mi policzki, by wydobyć na nich rumieńce, dowód zdrowia, upięła mi szybko koronę z warkoczy, bym się wydawała wyższa. W jakimś sensie imponowało mi to i ciekawiło.

Czułam się cząstką tej wielkiej kolumny ludzi,  napiętego do szału skoncentrowania myśli i nerwów. Matka nigdy przedtem nie poświęcała mi tak wielkiej uwagi. Wpatrywała się we mnie teraz, jakby chciała przeniknąć mój los, obronić przed nim. Wprowadzili nas na Umschlag. Tłumy złapanych w całodziennej akcji Żydów, pchanina, krzyki, tłok! Rozpaczliwe szukanie kryjówki, wody, zagubionych dzieci, bliskich, by choć razem odjechać tym pociągiem.

Nagle Niemcy wyprowadzają karabin maszynowy na środek placu i celują w tłum. Zapada głucha cisza. Chwila przedostatnia... Obejmujemy się mocno we czworo, patrzymy sobie w oczy głeboko, jak się patrzy przed odejściem na zawsze. Za chwilę nas nie będzie. Chilek może odejść, trzeba będzie wszak uprzątać trupy, ale on zostaje z nami. Ojciec tuli nas do siebie kurczowo, matka odsuwa się nieco, patrzy na mnie w skupieniu i miłości: każdy człowiek musi kiedyś umrzeć, mówi - my teraz umrzemy razem, nie bój się, to nie będzie straszne... Byłam już poza wszelkim strachem, nawet śmierć wydawała mi się mała i nic nie znacząca wobec potęgi uczuć w tym ostatnim uścisku, w pełnym poczuciu naszego czlowieczeństwa, przewyższającego wszystko inne.

Gwizd wtaczającego się pociągu. Karabin maszynowy jest już zbędny. Rzucają się na nas kolbami karabinów, pałkami, kijami, strzelają w ten obłędny tłum zganiany do wagonów: żandarmi niemieccy, esesmani, policja polska i żydowska.

Rozdzierające krzyki, wyzwiska, płacz. Ojciec mówi, że przed wagonem pokaże swój Aussweis i zwolnią nas, Chilek ma numer pracownika Umschlagu i nie jest zagrożony. Mama nie wierzy w żadne papiery, bierze mnie i Chilka za ręce i odciąga czym dalej od pociągu. Ojciec stara się przekonać mamę, ale idzie za nami, żebyśmy się nie pogubili. Najważniejsze teraz być razem!
Strona: 1 2 3

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.022956°N, 19.19906°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 - 2020 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies
zamknij
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies