Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu

Aktualne wystawy

  • Paulina Dąbrowska-Dorożyńska, MÓJ KAZIMIERZ

    MÓJ KAZIMIERZ

     

    Od wieków na Kazimierzu bujnie kwitło życie. Rodziło się, bawiło, śpiewało i tańczyło, uczyło się, pracowało i modliło.

    Ozdobnie i dostatnie jak okazałe kamienice, kulturalne i intelektualnie bogate jak szacowne świątynie, barwne i tajemnicze jak wnętrza przytulonych do siebie sklepików.

    I nagle życie zniknęło...

    I to bogate i to biedniejsze zniknęło wyrwane aż do korzeni kainową ręką.

    Pozostały opustoszałe kamienice, świątynie, sklepy...

    W tych murach, w tych oknach, bramach, balkonach, facjatkach, portalach i pilastrach prócz dzwoniącej w uszach ciszy, pozostały barwy, kształty, wzory, smaki i zapachy jak zaklęt skarby...

     

     

    Paulina Dąbrowska-Dorożyńska jest absolwentką Wydziału Form Przmysłowych (dyplom w roku 1992, w katedrze prof. Ryszarda Otręby) Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

    Początkowo (lata 1992 – 2000) zajmowała się głównie projektowaniem grafiki użytkowej, ilustracji i okładek książkowych oraz reklamy (projektowanie i aranżacja wnętrz, projektowanie stoisk wystawowych i tp.).
    Z fascynacji rodzinnym miastem narodziło się malarstwo odwołujące się do piękna architektury, różnorodności tradycji, kolorystyki i magii krakowskich zwyczajów.

    WYSTAWY INDYWIDUALNE

    XII.2001 – II.2002 Muzeum Historyczne Miasta Krakowa – wystawa prac
    z cyklu ”nieszopki I”;
    05.V.2002 – 28.II.2003 Centrum Konferencyjno-Wystawowe Zamku Królewskiego na Wawelu – wystawa z cyklu „nieszopki I” (uprzednio eksponowanych w MHK uzupełnionego dalszymi pracami)
    XII.2002 – II.2003 Muzeum Historyczne Miasta Krakowa – wystawa prac
    z cyklu „nieszopki II – Kraków świąteczny”
    XII.2003 – II.2004 Muzeum Historyczne Miasta Krakowa – wystawa prac z cyklu „witraże...?”
    XII.2005 – II.2006 Muzeum Historyczne Miasta Krakowa – wystawa prac
    z cyklu „Krakowski śnieg”
    XII.2006 – II.2007 Muzeum Historyczne Miasta Krakowa – wystawa prac z cyklu „Krakowskie Anioły”
    Wszystkie wystawy w MHK współtowarzyszyły kolejnym pokonkursowym wystawom szopek krakowskich.

    WYSTAWY ZBIOROWE

    VII. – XI.2005 Muzeum Historyczne Miasta Krakowa – udział w wystawie pt. Legendy i Tajemnice Krakowa (ekspozycja 6 prac)

    Kontakt:
    e-mail: Paulina-DD <
    and.kr@home.pl>

     

  • Maria Hiszpańska Neumann "DROGA"

    maria2 Droga życia Marii Zofii Janiny rozpoczęła się w Warszawie 28 października 1917 roku, gdy przyszła na świat jako trzecie dziecko Stanisława i Zofii z Krakowów. Ojciec jej był trzecim z kolei o tym samym imieniu i nazwisku, po swym dziadku i ojcu (a i żona każdego z nich miała to samo imię: Zofia), właścicielem firmy szewskiej, znanej szeroko w świecie ze znakomitej jakości obuwia. Był też gorącym patriotą, zaangażowanym w ruch niepodległościowy na różne sposoby: współzałożyciel półoficjalnego „Sokoła", ale i nielegalnego skautingu, ukrywał w swoim domu „trefne bibuły" i gościł „trefnych ludzi". Niektórzy przeszli potem do historii, nie zawsze chlubnej. Pan Hiszpański do żadnej partii nie należał, ale swoje poglądy miał. I był postacią „z charakterem": nie chcąc brać od ojca ani rubla na wymarzone studia prawa na Sorbonie wyruszył z Polski do Francji pieszo. Przez dwa lata szedł, zarabiał i uczył się kolejnego języka czy dialektu. Nazbierał bogatą „kolekcję".

    fot. Jan Dajnowski
    Maria po tacie odziedziczyła i zdolności językowe, i pewne „trudne" cechy charakteru. Początek jej życia przypadł na czas burzliwy, gdy Polska odzyskiwała niepodległość. Ledwo jednak ją odzyskała, stanęła wobec zagrożenia ze strony bolszewików. Stanisław - ojciec i dwaj dorastający synowie, Zdzisław i Stanisław, wyruszyli na wojnę, domowe zaś kobiety, matka i babka Marii, robiły z prześcieradeł materiały opatrunkowe, tak przydatne podczas bitwy warszawskiej.
    Nic dziwnego, że pierwsze zabawy dwu- i półletniej dziewczynki polegały na bandażowaniu misiów. Incydent ten wart jest wspomnienia choćby dlatego, że do końca Maria zadawała sobie pytanie, czy nie postąpiła źle, wybierając studia artystyczne, nie zaś medycynę. Podobnie jak rodzice wrażliwa była na ludzkie sprawy, ludzkie biedy. Na razie jednak rozpoczęła naukę, początkowo w znanej szkole Kowalczykówny, skąd jednak po roku została zabrana przez rodziców: niesforna, przekorna „nie nadawała się" do dobrej pensji. Swoje miejsce odnalazła natomiast w Gimnazjum Pań Popielewskiej i Roszkowskiej, które wspominała później z wielką wdzięcznością. Maturę zdała w 1935 roku i rozpoczęła studia na Wydziale Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wśród jej profesorów trzeba wymienić przynajmniej dwa nazwiska: Stanisława Ostoji-Chrostowskiego, wybitnego drzeworytnika i Karola Tichego, malarza, który zajmował się także ceramiką.


    Czas studiów Marii, zwanej Myszką (i sygnującej swoje prace rysunkiem tego gryzonia), to nie tylko nauka. Także spotkanie z ludźmi z różnym doświadczeniem życiowym, o różnych poglądach społecznych. Wszak wbrew późniejszej propagandzie w Polsce w okresie międzywojennym studiowało wielu ludzi z małych miasteczek i wsi. A na Akademii Sztuk Pięknych ich reprezentacja była może nawet liczniejsza - wszak talent nie wybiera tylko dużych miast i zamożnych domów. Te kontakty, a także wspólne wędrówki studenckie po beskidzkich górach i wioskach musiały mieć wpływ na młodą, wrażliwą Marię.


    wiezniarkaW 1939 roku Maria Hiszpańska uzyskała absolutorium. Wrzesień tego roku zastał ją w Warszawie. Podczas jednego z bombardowań (25 września) zginął jej ojciec. Starszy brat, Stanisław, trafił do niewoli w oflagu, a Zdzisław, najstarszy, zaś przez Węgry i Rumunię dostał się na Bliski Wschód i brał udział w walkach w Afryce Północnej. Maria wraz z grupką przyjaciół prędko zaczęła szukać kontaktu z konspiracją. Trafiła do ZWZ, zajmowała się kolportażem nielegalnej prasy. 19 czerwca 1941 roku poszła odwiedzić swą przyjaciółkę i została aresztowana: w mieszkaniu był „kocioł" związany z najściem gestapo na ojca Haliny, prof. Siemieńskiego. Przy Marii znaleziono „bibułę" - na szczęście ostatni egzemplarz - ale już to wystarczyło, by ją aresztować. Jak wspominała po latach, z rodziną profesora nie łączyły Jej żadne więzy konspiracyjne, co w tym przypadku okazało się pomocne podczas przesłuchań, gdyż uwaga śledczych poszła niewłaściwym tropem. To, że pomimo gestapowskich przesłuchań nikogo nie zdradziła zawdzięczała nie tylko twardemu charakterowi, ale - jak przyznawała - tej odrobinie szczęścia, dzięki której mogła do końca trwać przy swojej wersji wydarzeń o gazetce wciśniętej do ręki przez obcą osobę na ulicy. Mimo tego, uznana za poważne zagrożenie dla Rzeszy, została wysłana do więzienia w Radomiu, następnie w Pińczowie, a stamtąd - do obozu koncentracyjnego Ravensbrűck, dokąd trafiła 10 kwietnia 1942 i odtąd miała być tylko numerem 10219. Jak się dowiedziała później od zatrudnionych w obozowej kancelarii koleżanek, z wyrokiem śmierci. Statystyki obozowe przytłaczają: ze 132 tysięcy kobiet i dzieci śmierć poniosło 92 tysiące. Te, które przeżyły koszmar, wyniosły niewyobrażalny bagaż wiedzy o możliwościach istoty ludzkiej. Praca miała jeden cel: wykończyć fizycznie i psychicznie. Przewożenie „na tempo" taczkami stert piachu z miejsca na miejsce nie było nikomu potrzebne. A przydział do bloku, w którym mieszkały Niemki, kryminalistki i prostytutki, nie dawał żadnego oparcia. Mimo tego - wbrew wszystkiemu - Maria rysowała, na czym się dało i czym się dało. Jedna z funkcyjnych, Niemka, Maria Fischer zobaczywszy te prace zachwycona orzekła: „Du bist die polnische Käthe Kollowitz" (artystka niemiecka, 1867-1945). I spełniła jej wielkie życzenie: przeniosła ją do polskiego bloku. Tu koleżanki starały się ochraniać zdolną dziewczynę, znajdowały jej pozwalające na rysowanie miejsca zatrudnienia, zdobywały też papier i ołówki lub tusz. Bo Maria musiała rysować, czuła się powołana do tworzenia dokumentacji tego, czego była świadkiem. Niestety, większa część powstałych wówczas około 400 prac została zniszczona: niektóre wpadły w ręce dozorców i zostały spalone, ich autorka zaś pobita; inne prace wyniosły pracujące poza terenem obozu kobiety i wraz z innymi materiałami, m.in. listami zamordowanych, „królików doświadczalnych" itp., zakopały w ziemi w pobliskim lesie. Nigdy nie udało się ich odnaleźć.


    Maria brała też udział w obozowym tajnym nauczaniu, wygłaszała pogadanki z dziedziny historii sztuki. Koniec wojny zastał ją w filii obozu, w Neubrandenburgu, gdzie więźniarki musiały pracować w fabryce zbrojeniowej. Maria malowała, zgodnie z wykształceniem, choć nie to, co chciała. Opary farby nitro były bardzo szkodliwe - mocno przy tej pracy chorowała. W kwietniu 1945 roku, podczas ewakuacji obozu, udało jej się wraz z kilkoma kobietami zbiec z marszu śmierci i po wahaniach, czy udać się na zachód, czy wracać do Polski zajętej przez Czerwoną Armię - wróciła do matki i do gruzów Warszawy, metodycznie wypalonej po Powstaniu. Tu dowiedziała się o śmierci Karola, swego narzeczonego oraz bardzo licznych przyjaciół.


    Zamieszkała ze swą matką w drwalce, która ocalała z ich domu. Maria próbowała podjąć pracę zarobkową, m. in. projektowała herby miast i kartki żywnościowe. Nocami rysowała jednak to wszystko, co zapamiętała z pobytu w obozie. Twierdziła, że musi to wyrzucić z siebie, wręcz nazywała swoje obsesyjne rysowanie rodzajem psychicznych torsji. I chyba też w tym okresie Jej życia nastąpiło rozstanie z Kościołem. Trzeba było wielu lat i Soboru, aby wróciła i temuż Kościołowi służyła.


    W 1946 roku nawiązała współpracę z wydawnictwami, takimi, jak „Książka", potem „Książka i Wiedza" i od tej pory przez wiele lat zajmowała się głównie grafiką książkową. Zilustrowała bądź w inny sposób ozdobiła wiele książek, osadzonych głównie w ukochanym Średniowieczu m. in. Pieśń o Rolandzie, Żakerię - opowiadających o krwawych wojnach i rzeziach, ale robiła to z dużym poczuciem humoru, na co pozwala konwencja literacka. Bo gdy autor opisu bitwy pisze: „a dobywszy miecza ciął straszliwie, i rozciął jeźdźca aż do siodła", to ilustracją tego krwawego incydentu ma prawo być koń wiozący dwie malowniczo rozchylone połówki swego dotychczasowego pana.


    Także przy ilustrowaniu „Testamentu wielkiego" średniowiecznego poety Franciszka, zwanego Villonem (przekład T. Boya-Żeleńskiego), była okazja do przedstawienia scen z życia takiego, jakie opisywał poeta - bogatego w soczystą rubaszność, ale przecież i przeplecionego gorącymi strofami, skierowanymi ku Bogu. Chrześcijański charakter mają także inne dzieła ilustrowane w tym okresie przez Marię: „Kwiatki świętego Franciszka z Asyżu" w przekładzie L. Staffa, „Złota legenda", „Legendy o królu Arturze", zdobione techniką drzeworytniczą i barwnym rysunkiem inicjałów, a także później wydany „Psałterz" w przekładzie Romana Brandstaettera, w którym miniaturowe rysunki, szkice nieledwie, tak wyraziście pokazują nastrój dawidowej modlitwy.


    Lata powojenne miały przynieść głębokie rozczarowanie obcym porządkiem we własnym kraju. Zupełnie inny świat otwierał się w średniowiecznych balladach i sagach, których ilustrowanie było wielką radością Marii. Drugim był świat małych miasteczek i ich mieszkańców, zwłaszcza dzieci, często samotnych, zadziwionych nad odbiciem gwiazd w kałuży, sprawiających - z dziecięcą powagą - pogrzeb gawronowi. I cierpiących biedę, głód, samotność w nieżyczliwym świecie.


    Posługiwała się głównie techniką drzeworytniczą, próbowała także innych technik, jak sucha igła, akwaforta i akwatinta, ale praca z kwasami nie była możliwa w małym, dwupokojowym mieszkaniu z sześcioma mieszkańcami (w tym dwójką dzieci).

    Nie przestawała rysować ołówkiem i tuszem. Podczas wakacji wędrowała ze swym mężem po małych miasteczkach, zawsze ze szkicownikiem w torbie. Rysowała architekturę, a także ludzi w codzienności, pracujących, zagadanych, matki z dziećmi...


    Umiała wyczarować prostymi środkami graficznymi atmosferę poważnej męskiej rozmowy, wysiłek niosącego wiadro z wodą, oddać grę cieni w zaułkach i bramach starego miasta. Widziała piękno w tym, co nosi piętno czasu, choćby to była prosta, wiejska chata pod Zamościem. Niekiedy te wakacyjne szkice przeradzały się, już po powrocie do domu, w postać pracowicie wycinanych drzeworytów. Teatralne Domy nad wodą w Nowej Rudzie czy seria grafik o Sandomierzu są tego przykładami.


    Trudno było w ciasnym pokoju podjąć realizację większych prac. Maria pozostawała przy formatach miniaturowych, jako matryc do drzeworytu

    macierzynstwo2

    używając twardego drewna gruszy ciętego w poprzek słoja („deski sztorcowe"). Ale miniaturowy drzeworyt przestawał wystarczać jako przestrzeń artystycznego wyrazu. Pojawiły się prace ryte na większych płaszczyznach, już nie precyzyjne miniaturki, ale pełne rozmachu i wyrazu, jak choćby Nasza Ziemia (wyraźne nawiązanie do czasów obozowych), oszalały Judasz czy zdruzgotany św. Piotr (trzy prace z 1957). Nawiązanie do Pisma Świętego widać w kilkakrotnie przedstawionej historii Syna Marnotrawnego oraz scenie opłakiwania Chrystusa przez Matkę (Pietà w kilku wariantach). Pojawia się też święty Franciszek z wiewiórką na dłoni (1957). Ten wcześniejszy o 9 lat (ilustracja do Kwiatków) występował w towarzystwie innego zwierzątka, ale oba te przedstawienia bardzo różni forma: szerokie płaszczyzny czerni i bieli zamiast półcieni wyczarowanych przez gęsto ryte drobne ślady na desce sztorcowej. Do tej kategorii prac należą także drzeworyty nawiązujące do przeżywanego macierzyństwa (W kręgu ciszy, Pocieszenie i in.). Deska drzeworytnicza nie jest duża. Maria zaś chciała malować i to malować w większym formacie. Na stole o powierzchni ok. 1 m2 mieściły się drzeworyty, ale stół, tapczan, pianino oraz mnóstwo książek nie pozostawiały miejsca w małym pokoju na sztalugi, płótna i farby. Pomimo tych warunków zaczęła malować na arkuszach bristolu, który, by uzyskać fakturę zbliżoną do muru, gruntowała piaskiem wymieszanym z klejem (technika vinavil). Zaś aby obejrzeć pracę w całości i z odpowiedniego dystansu, kładła ją na podłodze, a sama wskakiwała na stół - tylko w ten sposób mogła zobaczyć swoją kompozycję.


    W 1954 i 1955 Maria brała udział w wymianie kulturalnej z Bułgarią, spędziła tam każdorazowo po parę tygodni, wędrując po miastach i wioskach i ucząc się przy okazji kolejnego języka obcego. Efektem tych podróży jest cykl grafik „Tyrnowo", oraz inne, jak pełne ciepła Macierzyństwo. Przyjeżdżających do Polski w ramach tej wymiany artystów bułgarskich chętnie oprowadzała po Warszawie i innych miastach - miała sporą wiedzę z zakresu historii sztuki, a życzliwą pomocą służyła chętnie. No i kilkoma językami władała swobodnie. Korzystali z tego przewodnictwa także artyści z Niemiec (wtedy: z NRD), odwiedzający czasem Polskę. Ku oburzeniu niektórych znajomych Maria nie odwracała się od ludzi z kraju, który tak niedawno wysłał do Polski wojska, a jej podarował niemal cztery lata więzienia. Bo w każdym starała się widzieć człowieka i na miarę swoich sił starała się budować mosty - wiele lat przed pamiętnym listem biskupów polskich do biskupów niemieckich i jeszcze więcej lat przed poprawą stosunków międzyrządowych.


    Wygasy_piecNa wiosnę 1960 roku Marię spotkała niezwykła jak na te czasy przygoda: na prośbę egipskiego ministerstwa kultury zorganizowano jej wystawę indywidualną w Kairze i, co więcej, sama autorka została tam zaproszona. Dzięki przychylności państwa Krajewskich, ambasadorostwa Polski w Egipcie, artystka mogła tam pozostać przez sześć tygodni, mając do dyspozycji pokój w ambasadzie. Zabrała ze sobą narzędzia do szkicowania i jedną książkę - Pismo Święte. Czas spędzała zwiedzając muzea i zabytki, a także przyglądając się życiu ludzi. Zaglądała do dzielnic, do których żaden turysta nie zagląda - czasem w jej stronę poleciały kamienie. Ponieważ, ze względu na przekonania religijne Egipcjan nie mogła, jak to czyniła w Polsce czy w Bułgarii, szkicować ich bezpośrednio, rysunki tworzyła po powrocie „na kwaterę". Była zafascynowana ludźmi, krajobrazem, światłem. Pisała do najbliższych, że w Egipcie Stary Testament chodzi po ulicach. Wróciła z dziesiątkami rysunków, które niemal w całości rozdała przyjaciołom, ale i ledwo poznanym ludziom - i z całkiem nowym spojrzeniem na własną sztukę.


    W 1961 roku władze spółdzielni mieszkaniowej przydzieliły rodzinie jedno z mieszkań połączonych z pracownią. Tu nareszcie mogła tworzyć duże prace. Powstał m. in. cykl obrazów Zamordowane miasto, będący hołdem dla Powstania Warszawskiego i Rycerze świętego Graala nawiązujący do średniowiecznego podania o poszukiwaczach materialnej pamiątki po Chrystusie oraz liczne obrazy o tematyce biblijnej. Pojawiły się osoby Dawida i Saula, a także Rut Moabitki zbierającą kłosy na polu Booza, Madonna, Abraham składający ofiarę z jedynego syna - nie pojmujący strasznego polecenia, ale wierny... Zaczęły się pojawiać zamówienia z różnych kościołów. Przy tej okazji nawiązała się współpraca z architektem, Władysławem Pieńkowskim, która niebawem przerodziła się w serdeczną przyjaźń obu rodzin. Powstały malowidła ścienne, mozaiki, realizacje na granicy płaskorzeźby, a także witraże. Choć stała się malarką, nie zarzuciła sztuki drzeworytniczej. Tworzyła prace z potrzeby serca, wśród nich zarówno figuralne, jak i półabstrakcyjne, a przecież pełne wyrazu.


    W tym okresie - przez wiele lat - nie przyszło ani jedno zamówienie od żadnego z polskich wydawnictw. Talentu chyba artystce nie ubyło, skoro ilustrowane przez Nią książki dla wydawnictw niemieckich (NRD) zyskiwały przychylne recenzje, a nawet miano najpiękniej wydanej książki roku („Kudrun", Verlag der Nation, Berlin 1971). Inne książki wydane w tym czasie w Niemczech to m. in. „Tistan und Isolde" (1970) oraz opowieść o świętych braciach słowiańskich, Cyrylu i Metodym - „Pannonische Legenden" (Union Verlag, 1972), zdobiona wielobarwnymi drzeworytami, techniką wymagającą i umiejętności, i czasu.


    Może ta przychylność niemieckich wydawców i czytelników sprawiły, że po długich latach polskie wydawnictwa „przypomniały sobie" o artystce, choć skala tego zjawiska jest niewielka - jako że literatura średniowieczna, w której ilustrowaniu Maria była niewątpliwie liczącym się przedstawicielem sztuk graficznych, nie była promowana w PRL. Rzadkim wyjątkiem jest Wydawnictwo Poznańskie, które wydało trzy tomy sag islandzkich: „Saga o Njalu" (1968), „Saga rodu z Laxdalu" (1973) oraz „Saga o Egilu" (1974). „Psałterz" w tłumaczeniu Romana Brandstaettera wydał Instytut Wydawniczy PAX w 1973 roku w nakładzie 15 000 egzemplarzy.


    Równocześnie artystka nie zarzuciła malarstwa sztalugowego, w latach 1972 - 1978 powstało kilka obrazów niemal abstrakcyjnych (Deszcz, Ślady, Świecznik i in.). Nie porzuciła też tematyki biblijnej. Malowała Uzdrowienie ślepca, Ukrzyżowanie, Uczniów śpiących w Ogrójcu, Ucieczkę do Egiptu i in.


    Wybór na Stolicę Piotrową kardynała Karola z Krakowa poruszył chyba całą Polską. Maria zareagowała po swojemu: powstał drzeworyt z pamiętnymi słowami „Nie lękajcie się" w kilku językach, którego pierwsza odbitka powędrowała pod właściwy adres.

    Co roku na Boże Narodzenie obdarzała rodzinę i przyjaciół „rytkiem" o tematyce związanej z najgłębiej pojmowaną treścią tego święta. Żałowała, że może obdarować tylko wybranych - nakład wynosił 100 lub 150 szt., odbijała ręcznie, co wymagało i czasu, i sił - nakładu nie mogło starczyć dla wszystkich, którym chciała taką odbitkę posłać.


    W 1979 dostała propozycję wykonania drogi krzyżowej w kościele przy ul. Nobla w Warszawie. Zrobiła projekty poszczególnych stacji, zupełnie unikalne pod względem ikongraficznym, bo oparte na opublikowanych wtedy badaniach nad Całunem Turyńskim. Miały to być posługujące się niemal tylko czernią, szarością i bielą obrazy na płytach paździerzowych. Niestety, był to towar niedostępny. Przez kilka miesięcy artystka poszukiwała miejsca, w którym by mogła zakupić potrzebny materiał. 11 stycznia, późnym wieczorem, zadzwonił ktoś z przyjaciół z informacją, że ma dla niej płyty. Ucieszyła bardzo. Dwadzieścia cztery godziny później nie żyła.


    Realizacje ścienne Marii Hiszpańskiej-Neumann w kościołach i kaplicach w różnych miejscach Polski, a także jednym w Niemczech można spotkać:


    1. W Warszawie:

    • kaplica ojców franciszkanów przy d. Liceum PAX przy Al. Niepodległości w Warszawie (cały jej nowy wystrój powstał w latach 1965 - 1968. Składają się nań: Droga Krzyżowa, Ostatnia Wieczerza, Matka Boska, Św. Antoni, Św. Józef oraz Epitafium obrońców „Pudełka", jak nazywano ten gmach w czasie Powstania); budynek został sprzedany, los prac jest zagrożony;
    • kościół św. Klemensa i klasztor księży Redemptorystów przy ul. Karolkowej - Ołtarz świętych polskich (1968), Droga Krzyżowa i Madonna;
    • kościół św. Michała - Św. Józef (mozaika), mozaika ścienna w kaplicy świętych: Tadeusza Judy i Antoniego oraz w kościele dolnym Droga Krzyżowa. Kościół posiada też obraz Ostatnia Wieczerza na płótnie, który od kilku lat pozostaje schowany.

    2. W Pruszkowie pod Warszawą (kościół parafialny p.w. św. Kazimierza) - tryptyk Chrzest w Jordanie.

    3. W Górze Kalwarii pod Warszawą, kościół Wieczerzy Pańskiej na Mariankach - Ostatnia Wieczerza, 1968, (tradycyjnie sygnowana inicjałami MHN i rysunkiem myszy, ale także z dopiskiem „jak umiałam", wzorem dawnych mistrzów).

    4. W Kosowie Lackim - dwa witraże przedstawiające Chrystusa Zmartwychwstałego oraz Maryję z Jezusem na ręku (Narodzenie).

    5. W Kaliszu, w kościele p.w. Matki Kościoła (parafia jest pod wezwaniem Opatrzności Bożej) krzyż z przedstawieniami Matki Kościoła i świętych (1972).

    6. W Lublinie (teren KUL) - w Oratorium tablice wypalane w drewnie, a w kaplicy konwiktu Droga Krzyżowa a także Madonna (obecnie zasłonięta).


    7. W Tarnowie - Zbylitowskiej Górze (kościół obecnie parafialny, poprzednio przy klasztorze sióstr Sacré Coeur): mozaika Chrystus Zmartwychwstający w absydzie (1973) oraz malowana na tynku Droga Krzyżowa (1974).


    8. W Tarnowie, kościół p.w. św. Józefa i Matki Bożej Fatimskiej, w którym znajduje się Kaplica Pamięci Ofiar Obozów Koncentracyjnych - fryz Pochód Więźniów (artystce udało się przekonać księdza proboszcza, b. więźnia obozu koncentracyjnego, by w nazwie kaplicy nie uściślać „niemieckich obozów" - w tamtych czasach więcej o pomordowanych na Wschodzie nie można było głośno mówić).


    9. W Piwnicznej, parafia p.w. Narodzenia NMP - realizacja ścienna w absydzie kościoła przedstawiająca Dobrego Pasterza ma dłuższą historię. Postać Chrystusa tak się bardzo nie spodobała proboszczowi, że zamierzał zniszczyć dzieło. Długie perswazje, także ze strony znawców sztuki (zaangażował się m. in. ksiądz prof. Janusz Pasierb) zdawały się nie przemawiać do proboszcza. To, co można oglądać obecnie to efekt „poprawienia" mozaiki (nie udało się ustalić autora); Chrystus ma twarz zupełnie nie pasującą do reszty i niczym nie przypominającą żadnej z prac Marii. Także dorysowane kółko wokół Jego głowy w niczym nie przypomina światłości aureoli znanej z innych realizacji ściennych u podobnym charakterze.


    10. W Hübingen w Niemczech, w Ośrodku Wypoczynkowym diecezji w Limburgu - wykonana w roku 1978 i następnym praca ścienna przedstawiająca drogę rozwoju duchowego człowieka, której celem i kresem jest Chrystus.


    Prezentowane obecnie plansze z fotografiami prac Marii Hiszpańskiej-Neumann zostały przygotowane na wystawę Droga, zorganizowaną na terenie Centralnego Ośrodka Duszpasterstwa Akademickiego „Maciejówka" we Wrocławiu w roku akademickim 2008/9. Wystawa była zrealizowana w trzech cyklach:

    I prace różne, zrealizowane w latach 1943-1976, ale z niemal zupełnym pominięciem ilustracji książkowych, które zasługują na odrębną ekspozycję. Artystka w swoim życiu ozdobiła ok. 70 książek

    II część wystawy przygotowana w okresie Wielkiego Postu zgromadziła wybrane prace związane tematycznie z tym okresem roku liturgicznego.

    W części III zostały przedstawione wybrane realizacje ścienne z kościołów i kaplic na terenie Polski oraz jednej - w Niemczech (Hübingen).

    Chcemy, aby ta wystawa, zorganizowana w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, przypomniała osobę Marii Hiszpańskiej-Neumann, skromnej artystki, która za życia nigdy nie pozwalała się tym mianem określać.

    I Człowieka, który pomimo bolesnych doświadczeń osobistych i rodzinnych konsekwentnie i uparcie dążył do budowy mostów między ludźmi narodów, które w niedalekiej przeszłości były pogrążone w mroku wojny.


  • Pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II do Oświęcimia w 1979r

    Pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II do Oświęcimia w 1979r

     

     

  • Paweł Sawicki - Muzeum w Fotografii

    Generalnie moja praca nie ma nic wspólnego z fotografią. Jestem dziennikarzem Redakcji Kultury Polskiego Radia. Oprócz tego jestem też historykiem Holokaustu – dlatego tak wiele moich zdjęć powstaje w Oświęcimiu. Pracuję przy kilku projektach. Najważniejszym z nich jest „Europa wg Auschwitz”, który powstaje w Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Fotografuję od trzech lat. Kiedyś używałem aparatu analogowego, ale teraz mam lustrzankę cyfrową. W fotografii interesują mnie ludzie – ich emocje, reakcje i działania. Wierzę, że można powiedzieć wiele o świecie przez twarze ludzi. Pokazując ludzi w różnych sytuacjach można powiedzieć niemal wszystko o świecie.

    Paweł Sawicki

    Kontakt: Pawel.Sawicki@polskieradio.pl

  • Znaki Pamięci

    Dnia 9.06.2010 na zakończenie obrad Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej została przedstawiona wystawa pt.:

    Znaki Pamięci


    Wystawa została przygotowana przez pracowników Państwowego Muzeum Auschwitz - Birkenau.


    Jej charakter przedstawia opis z tablicy otwierającej:

    "Niezwykły balast emocjonalny miejsca pamięci, jakim jest obszar obozu Auschwitz, niezmiennie silnie wpływa na emocje i wyobraźnię odwiedzających go ludzi. Wzbudza smutek, empatię i refleksję, a u wierzących także pytanie; gdzie był Bóg..."


    "Prezentowane przedmioty nie mieszczą się w definicji zabytku lub artefaktu, zatem wykraczają poza cezurę zainteresowań zdefiniowanych zadaniami Muzeum. Niemniej zawarty w nich ładunek emocjonalny stanowi wymiar zbiorowej pamięci populacji połowy XX wieku i miejsca jakie Auschwitz zajmował w jej tożsamości".

     

  • Wystawa "Mój Kazimierz"

    {yoogallery src=[/images/galeria/moj_kazimierz] width=[200] height=140]}
  • 23.07–31.08.2016 - Wystawa prac Pawła Warchoła Z cyklu Fragmenty i Skargi Hioba

    plakat-23-P.warchol

    Wystawa prac Pawła Warchoła
    Z cyklu Fragmenty i Skargi Hioba

    23.07- 31.08.2016

     

    Si dipingo con ceevello, non con le mani - maluje się mózgiem, a nie rękoma - zwykł mawiać Michał Anioł. Nawet wówczas, a może właśnie wtedy, gdy mówi się o sprawach ostatecznych. Strasznych i przerastających zdolność pojmowania człowieka.

    Większych od wszystkiego poza sztuką, która potrafi je wyrazić sobie tylko właściwymi środkami. Tylko ona bowiem umie wznieść się na wyżyny terribilita, michelangelowskiej straszliwości i wstrząsnąć wyobraźnią ludzi, zmusić ich do ściszenia głosu, do nabożnego skupienia i konfrontacji swych niedoskonałych doznań z wizją artysty, bo tylko ona może osiągnąć nieograniczone, sprawić, że zaczynamy pojmować niepojęte, sięgać absolutu. Dobra i zła pospołu, nieba i piekła, jakim był Auschwitz, obóz zagłady, miejsce triumfu Arytmana nad Ormuzdem i Seta nad Ozyrysem

    Oświęcim, a raczej Konzentrationslager Auschwitz - nas przerasta. Przytłacza swym bezprzykładnym spiętrzeniem makabry nawet zdolność formułowania przeżyć ofiar, które niemal nigdy nie mówią o nim w obecności postronnych, wiedząc, że ich słowa, a nasze możliwości percepcyjne, są zbyt ubogie i nieadekwatne dla ogarnięcia rozplenionego w nim zła w jego sterylnej niejako postaci. Nawet oni...

    Czym więc jest próba ukazania Auschwitz podjęta, po latach, przez artystę który nie widział kolumn idących na zagładę więźniów, nie słyszał suchych wystrzałów broni i nie czuł odoru dymu palonych ciał? Czy może on podjąć się tego zadania? Czy jego zamierzenia nie są z góry skazane na klęskę, ba, czy nie są przejawem swoistej megalomanii nawet? Oczywiście - nie. Artyści wszelakiej epoki sięgali w głąb przeszłości i wybiegali wyobraźnią w regiony niedostępne ludzkiemu rozumowi oraz własnemu doświadczeniu, wiedząc że zadaniem i posłannictwem sztuki jest uczynić nawet niewidzialne widzialnym, nadać abstrakcyjnym pojęciom konkretny kształt. Że sztuka, ta prawdziwa, będąca moralnością i sumieniem świata, funkcjonuje w regionach wyższych od trywialnych realiów, a nawet empirycznego doświadczenia, że jej domeną jest wyobraźnia i że tylko ona bardziej od nich jest prawdziwa i przekonywająca. O tym właśnie przedmiocie sztuki pisał Gombrowicz w swoich Dziennikach, że jest ona wyniesieniem własnej jednostkowej prywatności do wymiaru kosmicznego.

    Paweł Warchoł mieszka w Oświęcimiu, tuż obok obozu zagłady, lecz urodził się w Krakowie, a naukę sztuk pięknych rozpoczął w malowniczym Wiśniczu Nowym, o rzut kamieniem od zamku Kmitów i Lubomirskich. Do Oświęcimia przybył już jako człowiek dorosły, lecz jeszcze nie w pełni dojrzały, bądź raczej - nie w pełni uformowany jako artysta. I poraził go genius loci miejsca. A ono odcisnęło na jego świeżej wrażliwości swe niemożliwe do wymazania piętno. Na swoją miarę potężne, więc graniczące z obsesją najszlachetniejszego rodzaju.

    Artysta poświęcił duży obszar swej sztuki, swej inteligencji i intuicji obozowi zagłady. Ściślej, Zagładzie jako takiej, ludzkiemu losowi w całej jego jednostkowej mizerii i upodleniu, którym niewyobrażalne spiętrzenie nadało monumentalne i patetyczne wymiary. Zaczął szukać syntezy masowej kaźni, właściwie jej części, mogącej zastąpić niemożliwą do ukazania całość, w znaku, symbolu oraz inspiracji, które byłoby zdolne wywołać w naszych umysłach łańcuchową reakcję obrazów i wyobrażeń. Symbolu, który na kształt błyskawicy rozjaśnia mroki naszej świadomości i pozwala dostrzec zjawiska w nowym, nieoczekiwanym świetle. W tym przypadku upiornym, jak wszystko, co łączy się z tą przeklętą ziemią. Bo artysta czuł i wiedział, że opis najpotworniejszej nawet rzeczywistości pozostaje stwierdzeniem faktu, wiadomością, których nagromadzenie powoduje nużący szum informacyjny, że prowadzi do zobojętnienia, przed którym chroni wyłącznie dyscyplina myślowa i posłuszna jej dyscyplina formalna. Ograniczył więc swój język do rysunku i ascetycznej, czarno - białej tonacji, wiedząc, że - jak twierdził Nietzsche - postrzeganie świata w symbolach jest warunkiem wielkiej sztuki, zaś czerń i biel grają w naszej kulturze rolę szczególną. Im więc oraz ich zestawieniom powierzył swe myśli i doznania również dla ich symbolicznego właśnie znaczenia.

    Zapewne również z wrodzonych skłonności, gdyż jest z temperamentu i upodobania rysownikiem. I to rysownikiem zgoła niepośledniej miary, co poświadczają liczne sukcesy o zarówno lokalnym polskim, jak i międzynarodowym charakterze, za którymi, czego można być pewnym, przyjdą kolejne. Wszak czerń jest personalizacją zła, nienawiści, ohydy, tragedii, katastrofy, zniszczenia i rozpaczy. Jej przeciwieństwo – biel - wyraża życie, odkupienie i prawdę. Zestawienie bieli z czernią natomiast wyzwala z niezwykłą mocą światło. Intensywne i niejako czyste, bo pozbawione przedmiotowych skojarzeń, jego kwintesencję zatem. Zaś światło wyraża Boga i jest nim, boć przecie Pan jest światłościąmoją i Jam jest światłością świata (Ewangelia wg Jana 8,12). Czyż zatem Auschwitz nie prowokuje, bądź też nie zmusza wręcz do mówienia o nim poprzez światło i jego brak?

    Do mówienia o nim za pomocą tego, co jest domeną umysłu, czyli rysunku oraz tego, co w sposób niejako biologiczny oddziałuje na naszą świadomość i podświadomość zarazem, na całą naszą sferę emocjonalną, czyli kontrast świateł i cieni? Język sztuki Warchoła jest więc adekwatny do treści. To zaś stwierdzenie, jakże proste i lapidarne, odnosi się do nielicznych tylko artystów. Tych najlepszych, którzy są mistrzami w swoim fachu, bo wszak mistrza poznaje się w ograniczeniach.

    Warchoł pracuje cyklami. Podobnie, jak wielu innych rysowników i grafików naszej dawno minionej doby, jak Jean Jacques Callot w swoich Nieszczęściach wojny i Goya, który poświęcił swój talent opisowi jej okropności, jak nasz Wyczółkowski w symbolistycznej serii rogalińskich dębów i Mieczysław Wejman w przejmujących Rowerzystach. Wszystkie owe cykle były - rzecz charakterystyczna - poświęcone człowiekowi i jego losom, których różnorodności, złożoności i towarzyszącego tym zjawiskom bogactwa nie można odczuć ani ująć w jednym, najmocniej nawet rozbudowanym obrazie, nie można pokonać zagadnienia i ukrytych w nim pułapek, kontekstów i trudności. A jednak cię zwyciężę! - miał szepnąć do jednego z dębów Wyczółkowski, powalony u jego stóp udarem serca. Nie dokończył pracy, nie zwyciężył, nie potrafił, gdyż nie mógł stworzyć idealnej personifikacji człowieczej doli, lecz w tym właśnie leży wielkość sztuki. Każdy krok na jej drodze otwiera nowe perspektywy, zmusza do postawienia nowych pytań, na które znów trzeba będzie szukać odpowiedzi, bo prawdą jest, że sztuka nie rozwiązuje problemów, lecz pozwala je dostrzec.

    Przed czternastu już laty zatem Warchoł wykonał cykl „Auschwitz", oparty na wcześniejszym cyklu Oratio - Drodze Krzyżowej, traktowanej jako teren medytacji i w stopniu większym wędrówki duchowej niż opowieści o ostatnim etapie Chrystusowej męki. Znajdujący się dziś w berlińskich zbiorach cykl Auschwitz wykonany jest w technice collage'u i rysunku. Do fragmentów autentycznych fotografii Warchoł dorysował swój osobisty, emocjonalny komentarz. Właśnie - rozciągnięty w czasie komentarz, gdyż Warchoł lubi i potrafi opowiadać bez słów, potrafi nasycić swoje prace potoczystą narracją skutkiem czego stają się one przedmiotem swoistej kontemplacji. Oko przesuwa się po nich i błądzi by znów powrócić do punktu wyjścia, do owej dokumentalnej fotografii właśnie i znów rozpocząć swą niekończącą się wędrówkę po zaklętym kręgu człowieczych losów. Równolegle rozpoczyna cykl Holzmachiny, w którym podobnie, jak w późniejszych o lat dziesięć Pancernikach, ujawnia się z niezwykłą mocą nowy rys osobowości artysty, a mianowicie silne skłonności do nadrealizmu w bretonowskim rozumieniu tego terminu, którym jest łączenie jawy i snu, opartej na empirycznym doświadczeniu świadomości i niepodległej żadnym rygorom podświadomości, w rzeczywistość wyższego rzędu, w nadrealizm. W tych cyklach artysta ukazał z premedytacją, jak należy mniemać, wszystkie możliwości swojego rysowniczego warsztatu, dla którego jedynym słusznym określeniem jest - mistrzowski, nieznający trudności, posłuszny wyłącznie wyobraźni artysty i celom, jakie on przed sobą postawił.

    W latach 1988-92 powstają Walce, potężne kamienne kręgi, artystyczna transpozycja rzeczywistych walców ciągniętych przez wynędzniałych więźniów, lecz w istocie metafora katorgi i bezsensownego, bo bezinteresownego okrucieństwa o kamiennym obliczu. Walce są groźne lecz bezosobowe. Bunkry (1997-2000) mają ludzką twarz. Zmrużonymi szczelinami oczu poszukują celu. Są groźne i w swej grozie niezniszczalne i ponadczasowe.

    Wszystkie dotychczasowe cykle Pawła Warchoła są znane zarówno znawcom sztuki, jak jej przypadkowym odbiorcom; doczekały się też obszernej literatury. Po raz pierwszy pokazany w 1995 r. w Oświęcimiu, złożony z siedmiu prac cykl Fragmenty, jest specyficzną kontynuacją i rozwinięciem cyklu Auschwitz. Również w nim autor łączy fotografię dokumentalną z rysunkiem, uzupełnia autentyczne fragmenty historii własną wizją tego samego miejsca. Dzieła te nie zawierają jednak, jak mówi artysta, żadnychrelacji historycznych czy publicystycznychEksploatuję (w nich wyłącznieformy

    Siedem prac. Siedem, jak ramiona żydowskiej menory. W każdej pracy świeci też, jak rozwiany płomień menory, nieregularna plama bieli w górnym rogu rysunku. Cykl kończy praca utrzymana w różnych tonacjach mroku, głębokiego przepastną głębią grobowej czerni lub szarego tylko, jak niknący w mroku ślad pełzającego jeszcze światełka nadziei. I tylko w prawym górnym rogu otwiera się droga ku jasności, szlak wiodący do skrytej w jej głębi tajemnicy. Bo artysta nigdy nie daje odpowiedzi na postawione pytanie i nie stara się tego uczynić wiedząc, że sztuka musi pozostać tajemnicą, że jednoznaczność ją zabija i trywializuje.

    Można natomiast i należy mówić o jej genezie: gdy byłem pytany , dlaczego robię te rysunki? – mówi autor – odpowiadam krótko, trudno nie zmierzyć się z tym tematem artyście mieszkającemu w budynku z napisem Kommandantur, który otwiera okno i codziennie patrzy na to miejsce. Uważam, że nie było to nic innego jak obowiązek artysty aby porozmawiać ze sobą na temat Auschwitz i próbować pokazać to innym.

    To prawda. Prawdą jest jednak również i to, że Warchoł, być może bezwiednie, przekroczył już granice minionego, że przekroczył granicę tragedii ograniczonej czasem i miejscem. A może to ona wyrwała się poza obozowe druty i rozproszyła po świecie? Może również dla tej przyczyny sztuka Pawła Warchoła jest nam tak bliska i tak przejmująca.

    Jerzy Madeyski, Kraków 2001 r.

     

    P.Warhoł

    Fragmenty (1)

    P.Warhoł

    Fragmenty (4)

    P.Warhoł

    Skargi Hioba (2)

Kontakt


Krakowska Fundacja
Centrum Dialogu i Modlitwy
w Oświęcimiu
ul. M. Kolbego 1, 32-602 Oświęcim

tel.: +48 (33) 843 10 00
tel.: +48 (33) 843 08 88
fax: +48 (33) 843 10 01

Dział Edukacyjny: education@cdim.pl
Recepcja: reception@cdim.pl

GPS: 50.022956°N, 19.19906°E

Facebook

Realizacja: Wdesk
2017 © Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu Polityka cookies
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies